PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BLOGI
Andrzej Haliński
  22.01.2016
Niewiele filmów w historii polskiej kinematografii było tak wyczekiwanych przez widownię jak "Ogniem i mieczem".
Pewnego dnia, podczas zdjęć na poligonie w Biedrusku pod Poznaniem, znużony potwornym upałem i chwilowo nikomu niepotrzebny, postanowiłem zrejterować nad pobliskie jezioro. Byłem zupełnie sam na pomoście. Położyłem się, zapatrzyłem w chmury. Aż tu nagle pomostem wstrząsnął potężny grzmot! Zerwałem się na równe nogi i rozejrzałem wokoło. Jezioro było idealnie spokojne, a palącego niemiłosiernie słońca nie przysłaniała nawet najmniejsza chmurka. Skąd ten huk, który wziąłem za piorun? Aha, przecież zdjęcia szturmu Zbaraża w pełni! Może coś się stało? Biegiem na pobliskie wzgórze. U podnóża twierdzy istne pandemonium. Konie galopują w różnych kierunkach, kaskaderzy wraz z masztalerzami próbują opanować sytuację. Nasz znakomity pirotechnik, Kazio Wróblewski, na prośbę reżysera wykonał próbną salwę ze wszystkich, czyli 60, dział rozmieszczonych w murach. W dole husaria w pełnym rynsztunku, starannie ustawiona do kadru, a nad nią wrze praca pirotechników, zbrojących ładunkami rury stalowe imitujące lufy dział. Walnęło! Nie spodziewające się niczego konie runęły przed siebie, demolując, co tylko stało na ich drodze. Rekord pobił wałach Podpięty, który grał inflancką kobyłę. Ten flegmatyczny stwór wielkości średniego słonia jednym skokiem pokonał rowy obronne, które do tej pory bezskutecznie szturmowała piechota zaporoska, i pogalopował w siną dal. A na jego grzbiecie oczywiście jeździec, który jakimś cudem utrzymał się w siodle. Na szczęście był nim wspaniały kaskader o ksywie „Długi”, jedyny, który wzrostem dorównywał Wiktorowi i z tej racji dublował go w najbardziej niebezpiecznych  scenach. Kiedy zapanował jako taki spokój, z murów wychylił się Kazio i słodziutko zapytał:
– Panie reżyserze, chyba damy mniej tego ładunku, bo nam rury popękają?
– Ani mi się waż! Było wspaniale, tylko trzeba uprzedzić konie.
Było to jedno z groźniej wyglądających przypadkowych zdarzeń, których w filmach z udziałem koni, jest zwykle co niemiara.

Kiedy wreszcie zapanował względny spokój, Józef Jarosz, kierownik zdjęć, ogłosił przerwę obiadową. W pobliskim lasku ustawiony był tzw. camp, czyli szereg autobusów i przyczep campingowych, a między nimi stoliki pod parasolami upstrzonymi napisami „Okocim” (ten browar był jednym ze sponsorów naszego filmu). Oczywiście natychmiast uformowała się długa kolejka do barobusu. Dla starszyzny, czyli reżysera, operatorów, głównych aktorów i ich świty, wyznaczono specjalną przyczepę, gdzie można było zjeść szybciej, a nawet być obsłużonym przez personel kuchni. Wszyscy przyjmowali to jako rzecz normalną i ten nieco feudalny obyczaj nikogo nie raził oprócz... Bohuna. Nie widziałem, ażeby Sasza Domogarow chociaż raz dał się namówić: zawsze pokornie stał w kolejce wraz ze statystami. Nie była to żadna demonstracja, tylko tak objawiało się jego wysoko rozwinięte poczucie solidarności z całą ekipą. Muszę przyznać, że podbił tym moje serce, albowiem mnie też często jedzenie stawało kością w gardle, gdy widziałem przez okienko przyczepy, tłoczący się tłum.

Ale wróćmy do zdjęć. W filmie przyjęto zasadę, że wszelkie nacje mówią swoimi językami, a więc np. chan tatarski powinien posługiwać się językiem tureckim. Towarzyszył nam specjalnie wynajęty lektor i Adam Ferency wykuł „na blachę” dość długi monolog. Po paru próbach oraz korektach wymowy, kamera ruszyła i wpatrzony w zachodzące słońce groźny wysłannik Allacha na ziemię przemówił z marsową miną. Mówił i mówił, aż wreszcie skończył i siedział w ciszy z oczami wbitymi w horyzont.

Mijały minuty; Adam patrzył przed siebie, a wokół panowała śmiertelna cisza. Wreszcie Hoffman nie wytrzymał:
– Stop kamera! Adaś, dlaczego zamilkłeś?
– Ponieważ skończyłem to, co miałem powiedzieć.
– A skąd my mamy o tym wiedzieć? Czy ja znam turecki?
– Ja też nie znam!
– Co do cholery? Gdzie jest ten lektor, który tu cały czas stał?
Ktoś cichutko powiedział:
– Poszedł zrobić sobie coś do picia.
– Akurat w tym momencie? Przecież mogliśmy siedzieć jak te durnie jeszcze z godzinę! Dawać go tu i powtarzamy.

Powtarzanie zdjęć w tym samym miejscu, czyli w kotlince pod murami twierdzy, spowodowało naturalnie coś w rodzaju „zadomowienia się” i opracowanie pewnych rutynowych działań. Tyły Zbaraża, szczelnie obwieszone reklamami sponsorów filmu, obrosły parasolami dostarczonymi przez browar Okocim i ogródkami, a w nich każda grupa zawodowa wygospodarowała sobie miejsce na grill i do odpoczynku.

Codziennie rano ze specjalną pieczołowitością rozstawiany był wielki parasol, chroniący zarówno monitory przekazujące obrazy z trzech kamer, jak i fotele reżysera i jego najbliższych współpracowników. Tuż przy Jerzym rozsiadał się więc wygodnie operator, Grzegorz Kędzierski,  nonszalancko rozpierał drugi reżyser, Adek Drabiński. Chwilę później nadchodził czas na „wielkie żarcie”, którego dostawcą był nieodłączny asystent Hoffmana, Zdzisław Szymborski. Ten uroczy, nie najmłodszy już mężczyzna o bujnej przeszłości aktorskiej wziął na siebie obowiązki opieki nad reżyserem i na każde skinienie gotów był podać coś do jedzenia, picia; zawsze pod ręką miał też konieczne lekarstwa.

Zdzisio, człowiek o nienagannych manierach, cierpliwy i z natury delikatny, dawał się wykorzystywać do granic wytrzymałości. Ten mistrz epizodu z podziwu dla Mistrza, graniczącego z uwielbieniem, przyjął z radością swoją nową rolę. Chciał być potrzebny. Jego zadaniem była opieka nad reżyserem; chodziło o to, aby jaj najmniej czasu marnował on na wędrówki do campingu. Wspólnicy spod parasola szybko zorientowali się, że można tę komfortową sytuację wykorzystać i czynili to bez najmniejszych skrupułów. Tak więc od rana z miłego zacienienia dobiegały ponaglające okrzyki:
– Zdzisiu! Gdzie te kanapki? Masz tu z nimi być za pięć minut, bo jak nie, to będziesz dublował kobyłę Podbipięty.

Starszy pan ledwo nadążał z realizacją zamówień, biegając między obozowiskiem cateringowym a grupą rozpartych wygodnie twórców. Z tumanów kurzu wzniecanego przez setki szarżujących koni i uzbrojonych statystów, wyłaniał się niczym zjawa. Zręcznie manewrując między husarzami, docierał w końcu do celu z torbą pełną kanapek i nieodłącznym wielolitrowym termosem chińskim w drugiej ręce.

Gdy zdjęcia dobiegły końca, po tych naprawdę wyczerpujących stu dniach zapanował taki spokój, że nie mogliśmy się dosłownie odnaleźć. Co pewien czas budziłem się z łomotem serca, przerażony, że czegoś nie dopilnowałem, a dekoracja na pewno nie będzie gotowa na czas.

Po długim okresie montażu i zgraniu muzyki, nadszedł czas na uroczystą premierę. Niewiele filmów w historii polskiej kinematografii było tak wyczekiwanych przez widownię jak "Ogniem i mieczem". Premiera, poprzedzona świetnie przeprowadzoną kampanią medialną, odbyła się równocześnie w Teatrze Wielkim i Sali Kongresowej. Przewożono nas jak kukiełki do kłaniania się z jednego obiektu do drugiego.

Niestety, na tej premierze zabrakło jednej, jakże ważnej dla Jerzego osoby, jego ukochanej żony Walentyny. Nieuleczalnie chora, nie doczekała triumfu swego męża, w którego końcowy sukces tak głęboko wierzyła.

Wala bardzo długo walczyła z chorobą, której kulminacja nastąpiła właśnie w trakcie zdjęć. Odwiedziła nas co prawda kilka razy na planie, ale widać było, ile ją to kosztuje wysiłku. Była bardzo dzielną kobietą. Na imieninach Jerzego w Biedrusku przytrzymała moją rękę i patrząc przygasłymi, ciemnymi oczami, powiedziała ze swym śpiewnym akcentem:
– Andrzej! Ja bym tak chciała żebyście dostali Oscary za ten film. Tak bym chciała tego doczekać!

Było to życzenie nierealne, ale te słowa długo brzmiały mi w uszach, albowiem już nigdy więcej nie było mi dane z nią rozmawiać.

Nietrudno sobie wyobrazić, ile wysiłku wymagało od Jerzego kierowanie zdjęciami, kiedy trzeba było telefonować co chwilę do kliniki.
Żelazny człowiek! Nie mógł przecież przerwać zdjęć, aby być przy cierpiącej żonie.

Show must go on!

Kilka dni po warszawskiej premierze nastąpił „festiwal próżności”, jaki chyba nigdy nie był udziałem polskich filmowców. Wesoły autobus wyruszył w tournée po największych miastach kraju i wszędzie powtarzał się ten sam schemat: hotel, przebieranie w stroje wieczorowe, niemilknące oklaski na stojąco, bankiet wydany przez wojewodę, krótki sen i dalej w drogę.

Producenci postanowili także zafundować dużej części ekipy wyjątkową atrakcję, a mianowicie prawie dwa tygodnie na Międzynarodowym Festiwalu w Cannes. Film nie był zgłoszony do konkursu, ale przewidziano specjalne pokazy, konferencję prasową w hotelu Carlton i wieczorny bankiet.

No i na tę imprezę większość z nas po raz pierwszy musiała „wbić” się w smokingi. Czułem się nienaturalnie i poruszałem sztywno jak automat. Na szczęście obowiązki reprezentacyjne i towarzyskie stanowiły jedynie niewielką część naszego programu – reszta to były wspaniałe podróże po Prowansji i relaks na Lazurowym Wybrzeżu.

Potem przyszła kolej na premiery zagraniczne, z których mnie najbardziej utkwiły w pamięci dwie. Pierwsza w Izraelu, połączona ze sporą dawką turystyki. Pluskanie się w Morzu Martwym, zwiedzanie najpiękniejszych i najbardziej znanych zakątków Ziemi Świętej, a wieczorami pokazy filmu w Jerozolimie, Hajfie i Tel Awiwie.

Miałem też moment osobistej satysfakcji (to druga ze wspomnianych premier) w moim ukochanym Toronto. Pierwszy pokaz odbył się w najbardziej prestiżowej sali widowiskowej w centrum miasta, Hummembird Centre. Mile łaskotało mnie koło serca, kiedy kłanialiśmy się ponad trzyipółtysięcznej widowni, a na sali pośród wielu przyjaciół znajdował się mój syn Tomasz i jego ówczesna narzeczona Yuki. W tym momencie poczułem, że wróciłem do tego miasta „z tarczą”, a przecież wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej…


Fragmenty książki „10 000 dni filmowej podróży” Andrzeja Halińskiego; Prószyński i S-ka, 2002.

Andrzej Haliński
Magazyn Filmowy SFP, 52/2015
Zobacz również
fot. Kuba Kiljan / Kuźnia Zdjęć / SFP
Film Patryka Vegi rządzi w kinach
Box Office 2015. Podsumowanie
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2021
Scroll