PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BLOGI
Józef Gębski
  8.10.2018
Jest tylko komedia, wszystko co jest na świecie jest tylko komedią, my jesteśmy komikami, a to, co zachodzi między nami to są… gagi. Zabawne. Jak u Charlesa Chaplina i Roberta Benigniego.
Być może mylił się Arystoteles, opisując swoją teorię tragedii w „Poetyce”. Być może z racji kolejnych przekładów, a to na arabski, a to na łacinę, a to wreszcie i na koniec na nasz polski język, i wtedy, w kolejnych przeróbkach zginęły jakieś dodatkowe, a ważne słowa. Arystoteles może chciał napisać (pewnie napisał), że to co nazywamy w sztuce tragedią jest po prostu pierwszym aktem komedii, która pokazuje, że Edyp jest półgłówkiem i jak Yossarian w „Paragrafie 22” jest cymbałem i dezerterem, że Hamlet uległ najzwyczajniejszemu chciejstwu, a nasz Konrad, jak w „Weselu” – Poeta, po prostu dobrze się „zaprawił” i plecie androny.

Jest tylko komedia, wszystko co jest na świecie jest tylko komedią, my jesteśmy komikami, a to, co zachodzi między nami to są… gagi. Zabawne. Jak u Charlesa Chaplina i Roberta Benigniego.

Polska literatura i sztuka rozpoczynają się raz jeszcze, tuż po wojnie. Tadeusz Borowski napisał „zostanie po nas złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń”. Miał proroczą rację. Iluż ludzi  zapomniało o wojnie, zamieniając ją na połajanki drewnianymi karabinami w trakcie rekonstrukcji powstania, albo rozgrywając "Miasto 44" jako hollywoodzki majstersztyk wirtualnej kamery zabijającej młodych jak motyle. Witold Gombrowicz użył sobie w „Pornografii”, opowiadając o pewnym seksualnym eksperymencie pod Krakowem, we wsi, w której Niemcy kupują drób i nabiał. Cała nasza komedia narodowa to dzieje Władysława Szpilmana, który opowiedział dzieje swoje Jerzemu Waldorffowi, ten zamienił je w „przekrojowe” opowiadanie, potem Czesław Miłosz i Jerzy Andrzejewski zrobili z tego scenariusz, na jego podstawie Jerzy Zarzycki nakręcił zupełni inny filmik, a władza ludowa w Wiśle doprawiła mu humorystyczną pointę w postaci wejścia Armii Radzieckiej naprowadzonej przez bohaterskiego radiotelegrafistę. Roman Polański utkał z tego dywan patriotyczny z finałowym ujęciem... zresztą za Oscara... a i tak, publiczność na świecie uparcie przyjmuje i wie, że w czasie wojny w Warszawie było tylko jedno jedyne powstanie... w getcie. Nie da rady, historia nie nadaje się do kina. Pozwólmy jej baraszkować w kazaniach sejmowych.

Chyba, że ktoś ma Andrzeja Munka. Munk – za Borowskim – wiedział, że o niedawno przeżytym czasie nie należy opowiadać tradycyjnymi formatami, opartymi na przygodach bohatera i złych przeciwników, tym bardziej nie należy na końcu go uśmiercać (bo sami jeszcze żyjemy i piszemy)... a ten bohater jak przeżyje, może nie zechce w ogóle wracać do dawnego cierpienia, ale będzie je oddalał i może nawet ośmieszał.

Tak postępował Jerzy Stefan Stawiński. Jego "Eroica", może największy komediodramat w dziejach kina europejskiego, jest zupełnie nowym głosem. Nie historia jest tu bohaterem, wręcz bezradny prof. Aleksander Jackiewicz nazywał rzecz anty-historią, a Dzidziusia antybohaterem... To idiota, zupełny pomiot czasu, który nie chce bohatersko zginąć. Miota się więc w misjach handlowych w Warszawie pomiędzy powstańcami a hitlerowcami, tymczasem jego żona w najlepsze, w ciszy Zalesia, wiedzie romans z porucznikiem węgierskich huzarów, który w rewanżu mógłby pomóc militarnie powstaniu, o ile zażyczy sobie tego dowództwo powstania. Nie zażyczyło sobie. Bohater Stawińskiego i Munka jest… statystą, tak jak pan Hulot marginalnie i śladowo, biorącym udział we Francji czasów kryzysu algierskiego, który jest obecny tylko poprzez radio włączane w ośrodku wczasowym.

Historia Dzidziusia nie nagrodziła, ale żona otrzymała swoje gratisowe karesy. Dzidziuś w końcu pójdzie gdzieś tam sobie… jak się później okaże w filmie Kazimierza Kutza "Straszny senDzidziusia Górkiewicza" wróci do Zalesia, ale  tam – jakby z nawyku – wda się w podobną aferę korupcyjną. Obie opowieści Stawińskiego pokazują, że każdej historii jest niezbędny sequel... on dopiero ujawni, że wszystko było i jest tylko komiczne. Tak postępował Joseph Heller w „Paragrafie 22”, tak postępował każdy autor, a nawet Andrzej Stojowski dorobił sequel sienkiewiczowskiej „Trylogii”.

Stawiński, mimo najtragiczniejszych doświadczeń (to on przeszedł pół Warszawy kanałami, tracąc większość oddziału AK – Andrzej Wajda zrobił z tego "Kanał") mówił uparcie, że każde życie ma swoje meandry i zawsze postępuje wbrew jednostce. Zawsze zawróci raz jeszcze, ale już do farsy. W drugiej noweli Eroiki Stawiński zakwestionował mity o wdzięcznej pamięci następnego pokolenia. Oficerowie w obozie w Murnau żyją tam bohaterską legendą porucznika Zawistowskiego, który uciekł podkopem z obozu, a tak naprawdę umiera na strychu baraku oficerskiego. Munk i Stawiński dostali po głowach od dyżurnej krytyki filmowej i od patriotów…  Ciekaw jestem, jaki film by zrobił Munk o „Solidarności”?

"Zezowate szczęście" tego duetu poszło jeszcze dalej, kreując na „bohatera” filmu kompletnego nieudacznika. Piszczyk – tak brzmi jego miano – piszczy w kołach historii zmieniającej się tak szybko, jak kolejne zestawy przywódców partii i narodu. Piszczyk zawsze ponosi klęskę, a sam pisarz Stawiński napisze dalszą część – sequel (przeniesie go na ekran Andrzej Kotkowski z Jerzym Stuhrem w miejsce zmarłego tragicznie Bogumiła Kobieli), ale jest jeszcze część trzecia – Piszczyk w nowej liberalnej Polsce, ale to już miałby być… film animowany. Rozmawiałem o tej koncepcji z autorem. On czuł, że nie tylko historia ludów jest zabawna, ale zabawne jest wszystko… w ogóle wszystko.

Na drugim biegunie komedii działała jednoosobowa firma komediowa – Bareja. Kiedyś lekceważony, po śmierci przedwczesnej adorowany, był zjawiskiem-dojrzewaniem. Stanisław Bareja zaczynał aktorskimi epizodami w rodzaju Fatty Grubaska, które raczej sytuowały go po stronie charakterystycznego epizodzisty, aby po debiucie w gatunku milicyjnego detektywa, i w pierwszym serialu telewizyjnym... nie budził nadziei na komedię.

Bareja zaczynał robić komedie, jako że w tym czasie mierna komedia była gatunkiem „mniejszym”, i gdyby nie jego szacunek do Tatiego… nigdy by nie doszedł do "Misia". Ogromne zasługi  poniósł profesor Antoni Bohdziewicz, któremu nie udawały się własne komedie – nazbyt teatralne, krakowskie i operetkowo-werbalne, ale jego francuskość oddziaływała na studentów łódzkiej Szkoły Filmowej. Jego wykłady – sam pamiętam kilka – orientowały nas w kierunku René Claira, coraz bardziej stojącego na krawędziach operetek. Wykłady Bohdziewicza, odkrywały jednak fascynację tajemnicą obserwacji Tatiowskich. Sam pamiętam (kiedy byłem na pierwszym roku reżyserii), jak Bohdziewicz polecił nam prowadzić przez cały rok dziennik… obserwacji. Musieliśmy założyć kajet i codziennie wpisywać tam rodzajowe obserwacje z miasta (bez tej tresury nigdy bym nie doszedł do dzisiejszego uwielbienia kina gagowego). Notowałem sceny uliczne, dialogi w rozmaitych zasłyszanych okolicznościach, notowałem wydumane gagi i… własne dialogi. Notowałem z lektur myśli o komedii. Oglądałem znajdujące się w szkolnej filmotece komedie Chaplina i Tatiego, Bohdziewicz wyróżniał w nich... europejską... francuskość.

Antoni Bohdziewicz, mistrz zawodu, opowiadacz, inspirator – wychował nas wszystkich. Wiele mu zawdzięcza Janusz Majewski – nie bez kozery miłośnik i mistrz komedii, jest tu też Marek Piwowski – ciężko przez mistrza doświadczany autor najprzedniejszej komedii polskiej "Rejs". Właściwie każdy, kto załapał bakcyla gagu, przeszedł przez doktrynę kina Bohdziewicza. Nigdy nie zapomnę słów zachęty w chwili, kiedy mu wyznałem, że chciałbym poznać (odwiedzić) Tatiego. Powiedział mi wtedy, żebym się pośpieszył…

Bohdziewicz znał Claira, który po powrocie z Ameryki, „zjankesił” się i zapomniał o wdzięku Paryża, ale Urok szatana był dosyć udanym marzeniem o dawnej lekkości galijskiego śmiechu w porównaniu do kowbojskości amerykańskich… wodewilów. Bohdziewicz witał każde nasze marzenie o tym, żeby wykrzesać gag. Może pojmował go nazbyt mechanicznie jako konstrukcję intelektualną, podlegającą jakiejś tam matematyczności, podczas gdy Tati parł ku naturalności gagu, jego szczególnej cechy psychicznej, bardziej niż mechanicznie śmiechotwórczej.

Bareja w swoich pierwszych próbach komedii był takim mechanicznym gagmanem, ale panująca w szkole atmosfera dokumentu dawała w tym połączeniu… pyszne, oryginalne filmy, trwałe jak stal. Nic dziwnego, żyliśmy przecież w samym centrum komedii socjalizmu.
Józef Gębski
Magazyn Filmowy SFP 5/2016
Zobacz również
fot. Henryk Kucharski/SF Kadr/Filmoteka Narodowa
Tydzień 40 / 05 – 07 PAŹDZIERNIKA 2018
Tydzień 39 / 28 – 30 WRZEŚNIA 2018
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll