PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BLOGI
Józef Gębski
  20.03.2016
Wiedziałem, że na kasetach z taśmą mam skarby, a być może jest to materiał na MÓJ film, który został mi dany. Pisałem wtedy abstrakcyjne scenariusze, w nadziei, że każda chwila w tej dżungli da mi pomysł na jeszcze inne ujęcie albo też polegnę w tej „mogile nieznanego filmowca”, pod siłą zdjęciowego magazynu wizualnej prawdy.
Film jest innym medium, jednak trudniejszym niż słowo pisane. Trzeba znaleźć dobre miejsce dla kamery, aby przydało ujęciu „wartości dodatkowej”, aby stało się emocją, niekoniecznie wspieraną informacją słowną. W warsztacie filmowca, tak nauczał nas Jerzy Bossak, trzeba wokół takiego ujęcia-wydarzenia obudować tkankę kadrów, tych przed i po węzłowym ujęciu – tak, aby powstał cały sugestywny obraz.

Nie ma drzew na Workucie. To teren podbiegunowy, toteż rośnie tu tylko niska kosodrzewina. Dlatego krzyże nie są z drzewa, ale z metalowych odpadów kopalnianych.

Jak geograf... z kamerą, poruszaliśmy się po tym upiornym cmentarzysku, nad którym górowały kopalniane szyby. Ciągła mżawka, przenikające zimno, stanowiły plastyczny znak żałoby. Takie kadry domagały się fotografii. Miałem w ręce aparat fotograficzny i zawzięcie pstrykałem fotki, z których potem wydałem album.

W miejscowym Memoriale obejrzałem tony dokumentów więziennych. Każdy „zakluczony” miał swoją teczkę osobową, szukałem – rzecz jasna – szczególnie nazwisk polskich. Było ich dostatecznie wiele, licznik taśmy w kamerze nawoływał do opamiętania w tej śledczej działalności filmowca. Scenariusz filmu dojrzewał już w wyobraźni. Dwa kadry łączyły się w ciąg, te spajały się w kolejne. Plener, dokument, fotografia, wreszcie żywi, jeszcze żyjący świadkowie, ludzie idący ulicami najprawdopodobniej kryli nowe, nieutrwalone narracje. Rozmawiałem z pracownikami archiwum, ci odsyłali mnie do żyjących, osiadłych byłych więźniów, którzy rozklejali się podczas opowieści, ale po rosyjsku zachowywali niezrozumiały dla ludzi Zachodu wysoki stopień przetrzymania trudów życia codziennego. To są prawdziwi ludzie z marmuru, którzy pamiętają i… zapominają jednocześnie, wszak przed nimi jest jeszcze bieżące życie.

Nie należy popadać w nastrój przygnębienia, ci ludzie opowiadając, chętnie sięgają po czarny humor rosyjskiej nacji i… bagatelizują strach, skoro jednak mimo wszystko dało im się to przetrzymać. To wszystko jawi mi się jako lekcja nowej dramaturgii, którą przeszła cała ludzkość po Holocauście, po bombardowaniu miast, bombie atomowej i płomieniu napalmu.

Okazało się, że wśród tych, co zostali, zamieszkując nadal połagierne baraki zamieniane teraz na domy niby-mieszkalne, i w nich już płodząc dzieci, idą w nieznaną przyszłość.

Wiedziałem, że na kasetach z taśmą mam skarby, a być może jest to materiał na MÓJ film, który został mi dany. Pisałem wtedy abstrakcyjne scenariusze, w nadziei, że każda chwila w tej dżungli da mi pomysł na jeszcze inne ujęcie albo też polegnę w tej „mogile nieznanego filmowca”, pod siłą zdjęciowego magazynu wizualnej prawdy.

Kilka dni pracy z kamerą, potwierdziło moje przypuszczenia, że oto filmowe życie jest silniejsze niż formaty zadane w trakcie edukacji. Tamte scenariusze nie przewidywały tego, co zobaczyłem. Nie mówił o tym żaden znany mi podręcznik pisania, że właściwie warto po prostu pokazać ten materiał widzom, bez zbędnej reżyserii.

I wtedy podjęliśmy decyzję o dalszym filmowaniu piekła. W samolocie do Magadanu, na sam koniec kuli ziemskiej, oczekiwaliśmy jeszcze bardziej nieznanego. Sprzyjający to był czas, kiedy ekipa z polskiej Wytwórni Filmów Dokumentalnych mogła polecieć, zakwaterować się... No, nie tak łatwo. Magadan był strefą dosyć zamkniętą, przeto w dokumentach podróży zaznaczaliśmy, że lecimy do Japonii, ale w Magadanie zatrzymamy się na przesiadkę. Udało się, i po zakwaterowaniu się w hotelu, zadzwoniliśmy do miejscowego Memoriału, który się nami zajął. W chwilę potem rozmawialiśmy z wiceszefem Memoriału, prywatnie dyrektorem artystycznym miejscowego teatru, który właśnie planował wystawienie sztuki Sławomira Mrożka. Razem z nim przybył dr Etlis, psychiatra, leczący syndrom połagierny wśród ocalonych kobiet. Zresztą sam był długoletnim więźniem Magadańskiego okręgu Dalstroju... krainy wydobywającej złoto, płynące tutaj w każdym strumieniu albo ukryte w ziemi na głębokość łopaty.

W latach 30. odkryto pokłady złota i metali towarzyszących, a wkrótce znaleziono pokłady pierwiastka najbardziej pożądanego – uranu. Wtedy otwarto, 250 kilometrów za Magadanem, obóz koncentracyjny (większy terytorialnie niż Warszawa), gdzie dobywano również boksyt, rudę cynku i... mierzono ludzką niespożytą energię i wytrzymałość na krańcowe zimno. Właśnie tam, po dobrowolnym zaciągu komsomolców, dopływały statki pełne niepokornych buntowników, którzy mieli pracować na chwałę komunizmu. Było ogromnie dużo Polaków, ale i wielu przedstawicieli rożnych egzotycznych nacji. Byli tam również Niemcy, którzy zaszli za daleko, aż pod Stalingrad, toteż tutaj musieli odpokutować za winy swoich mocodawców.

Butugyczag – jeszcze teraz go widzę – jest niezmierzony, ale jest to jeden z najbardziej egotycznych i „pięknych” krajobrazów, jakie w życiu widziałem. To góry oraz malownicze skały na szczytach, a u podnóża – jak w tureckiej Kapadocji – jamy, niezliczone tunele, rowy i… całe podziemne miasto. To sztolnie skalne, poprzez które dobierano się do skarbów ziemi. Te sztolnie wyglądają jak szczeliny na obrazach Bruegla, zatem kiedy widzę inscenizowane kadry z Radzieckiej Kroniki Filmowej, doceniam realizm wizji piekielnych Bruegla.

Do Butugyczagu przewieziono nas transportem łączonym. Najlepszą drogą komunikacyjną jest rzeka – płytka, wyłożona otoczakami, po których auto „łazik” porusza się z wprawą żaby. Butugyczag objawił nam się doliną komunikacyjną, a na jej zboczach rozsiane były zabudowania obozowe z baraków kamiennych. W niektórych zobaczyłem kadry żywcem wyniesione z filmu Andrzeja Tarkowskiego "Stalker". Oglądając to mroczne dzieło, sądziłem zawsze, że to jest filmowa aranżacja. Tutaj zaś nabrałem przekonania, że młody asystent geologa, Andriej Tarkowski, kiedyś tutaj był i wszystko zapamiętał. Ale tego, co zobaczył nie publikował, czas był bowiem nadto skryty. Toteż kiedyś, już jako dojrzały artysta, robiąc film science fiction o meteorycie, który zniszczył centrum cywilizacyjne, uruchomił… zapamiętane wizje łagrów – te, które nawiedzał w czasie naukowych wędrówek po Sybirze. Pokazał je w filmie "Stalker" jako „donos do cywilizowanego świata” na wypadek gdyby ktoś jeszcze niedowierzał jaką to zbrodnią były gułagi. Nic się tam od czasu niewolnictwa nie zmieniło. Baraki z narami takie, jakie widziałem w filmie Tarkowskiego, stały tutaj jako codzienna rzeczywistość. Sterty obuwia i kurtek po więźniach leżały jak w oświęcimskim pobojowisku. W dołach, gdzie dawnej przechowywano kiedyś materiały eksplozyjne, leżały teraz sterty ludzkich szkieletów. Czaszki – horribile dictu – były anatomicznie otwierane dla badania wytrzymałości człowieka na… promieniowanie. Wielka fabryka uranu, dziś zarośnięta jak Borobudur w wietnamskiej dżungli, ziała teraz wiecznym strachem. A sterta półproduktu uranowego, w postaci hałdy żółtego piasku, przy którym licznik Geigera szalał, nadal groziła śmiercią. Obok leżały puszki z półproduktem zdolnym zabić tysiące ludzi (jak na polach Iraku). Tak, to była wizja piekła. Tu i ówdzie stał – jak u Tarkowskiego – nieczynny telefon, była waga do ważenia pajek chleba (coś więcej niż kromka), były jakieś zetlałe sterty papierzysk, które każdy wnikliwy archiwista zachowałby dla kwerendy śledczej i naukowej. Na ścianach były liczne napisy i szpetne rysunki. Ocalały hasła patriotyczne dekorujące pomieszczenia pracy i setki metrów drutów kolczastych rozpiętych, jak do... filmu.

Nasza kamera chłonęła te kadry żarłocznie, a operator Waldek Grodzki meldował, że lada moment nie będzie ani metra taśmy. A tu jeszcze tyle nowych kadrów, jak chociażby ten z obozem żeńskim „Bachantka” (co za poetycka i cyniczna nazwa), który właśnie wyjrzał zza szczytu góry, tej na której filmowaliśmy barak administracyjnego nadzoru.

Okazuje się, że tak nieludzka kraina przejęła kobiety, pracujące w fabryce cynku, tuż obok obozu uranowego i przyległego cmentarzyska.

Nagle połapaliśmy się, że skończyły się zapasy taśmy. Trudno. Film jest materią trudną, humanistyczną, kreującą, medytacyjną. Dzieło filmowe to nie zaprojektowana technologia określona scenariuszem czy scenopisem, ani też nie jest to pszczeli plaster miodu. Miałem świadomość, że takiej ilości materiału muszę teraz podołać intelektualnie. Nie o uporządkowanie ujęć szło (wszak to nie jest fabuła z numerkami na klapsach), tutaj szło o konstrukcję bynajmniej nie śledczą – kto winien? W filmie o Hiroszimie można oskarżać imperializm japoński, ale również nie można pobłażać i cenić ludobójczego eksperymentu militarnego. Nie zabijaj nigdy nikogo, to – myślę – jest motywem nas humanistów z kamerą. Ten napis widziałem na tablicy ku czci księdza Jana Ziei w warszawskim kościele ss. Wizytek.  
Józef Gębski
Magazyn Filmowy SFP, 54/2016
Zobacz również
fot. ickr.com
"Zwierzogród" zdetronizował polską komedię romantyczną
Dwa filmy na drodze do miliona
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2022
Scroll