PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Bohaterem nowego numeru „Magazynu Filmowego” (nr 3/1017) jest Jerzy Hoffman. Oto fragment wywiadu Andrzeja Bukowieckiego z tym znakomitym artystą, który w całości będzie można przeczytać na łamach pisma już 13 marca.
Wybitny reżyser Jerzy Hoffman – współtwórca słynnej czarnej serii w polskim filmie dokumentalnym, autor filmowych adaptacji „Trylogii” Henryka Sienkiewicza, z których "Potop" otrzymał nominację do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny, członek założyciel i w latach 1983-1987 wiceprezes Zarządu Stowarzyszenia Filmowców Polskich, laureat wielu nagród, w tym Orła – Polskiej Nagrody Filmowej za Osiągnięcia Życia, Kawaler Krzyża Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski, kończy 15 marca – 85 lat.

Andrzej Bukowiecki: Najserdeczniejsze życzenia urodzinowe od „Magazynu Filmowego”.

Jerzy Hoffman: Dziękuję bardzo. Ale może byśmy zaczęli trochę mniej oficjalnie?

Proszę bardzo. „Robienie każdego filmu było dla mnie frajdą” – tak pan powiedział pod koniec 2015 roku z okazji przyznania panu Nagrody Specjalnej SFP za całokształt osiągnięć artystycznych. Pokonywanie niezliczonych trudności organizacyjnych, produkcyjnych, technicznych, nierzadko też politycznych – o artystycznych nie wspominając – jakie towarzyszyły choćby ekranizacji „Trylogii” to naprawdę była frajda?

Była! Bo albo robi się coś z poczuciem spełniania misji dziejowej, którego ja nigdy nie miałem, albo właśnie po to, jak w moim przypadku, żeby innym i sobie sprawić frajdę. Oczywiście, kręcenie filmu było cholernie ciężką pracą. Ale też przyjemnością, zabawą, czy jak tu mówimy: frajdą. Albowiem w przerwach na posiłek na planie, bądź gdy dzień zdjęciowy dobiegł końca, była okazja, by zasiąść z aktorami i ekipą przy stole, spojrzeć sobie nawzajem w oczy, pogadać o tym i owym. Anka Dymna pięknie pisze we wspomnieniach, jak to w czasie zdjęć plenerowych do „Znachora”, w 1981 roku, kiedy trudno było w sklepach zdobyć coś do przekąszenia, urządzaliśmy zbiorowe grzybobrania, a wieczorami – niezapomniane biesiady przy smażonych i duszonych grzybach. I to była właśnie ta frajda robienia filmów: po trudach zdjęć przychodził czas, by już na luzie pobyć z interesującymi, często też po prostu bardzo sympatycznymi ludźmi, których na co dzień trudno spotkać, bo zawsze są czymś zajęci.

Życie towarzyskie integrowało, mobilizowało do lepszej pracy?

Oczywiście! Najlepszy dowód, że kiedy go brakowało – a tak było w czasie zdjęć do polsko-erefenowskiego dramatu okupacyjnego „Wedle wyroków Twoich…”, gdyż z uwagi na budżet liczony w markach niemieckich musieliśmy pracować w szaleńczym tempie, praktycznie bez wytchnienia – to i film wyszedł mi nie najlepiej. Mobilizująco oddziaływały nie tylko chwile relaksu. Pamiętajmy, że nawet w lepszych latach PRL nie śniło się o tak komfortowych warunkach do pracy na planie dla aktorów i ekipy, jakie są dzisiaj. Dowożono – i to tylko przy tak zwanych zdjęciach trudnych – pamiętną „regeneratkę”: zupę z wkładką mięsną, którą nie można było się najeść. Dlatego zawsze zwracałem uwagę na to, aby w pobliżu planu była dobra knajpa. W ogóle starałem się zadbać o możliwie największe wygody. Dla wszystkich bez wyjątku, bo malarz maluje obraz sam, pisarz pisze książkę sam, ale reżyser robi film z innymi ludźmi i od tego, czy będą przez niego szanowani, zależy jakość ich pracy. Jeśli wózkarz poczuje się dowartościowany, stanie na głowie, żeby skomplikowana jazda kamery wyszła płynnie. Uważam, że szacunek dla współpracowników to jeden z podstawowych wyznaczników pracy reżysera. Moim szczególnym oczkiem w głowie byli aktorzy. Bo w filmie na zawsze zostają tylko oni. W teatrze mają szansę na drugim, dziesiątym, pięćdziesiątym przedstawieniu coś zmienić, poprawić w swojej grze. W filmie – nie, więc przed kamerą, także dlatego, że taśmy było mało, bo kupowało się ją za dewizy, musieli być bardzo skoncentrowani. Łatwiej o wzmożony wysiłek, koncentrację, jeżeli jest się szanowanym.

Wytężona praca, frajda, dobra atmosfera oparta na wzajemnym szacunku. Z czym jeszcze we wspomnieniach kojarzy się panu realizowanie własnych filmów?

Z łobuzerką, rozumianą jako robienie filmu sposobem, gdy nie daje się normalnie. W 1957 roku kręciliśmy z Edkiem Skórzewskim i kilkuosobową ekipą reportaż „Na drogach Armenii”, który miał być pracą dyplomową operatora Wacka Florkowskiego w moskiewskim WGIK-u. Umowa z uczelnią przewidywała, że za zdjęcia płaci strona polska, ale tych pieniędzy było stanowczo za mało. Na miejscu opchnęliśmy trochę chodliwych towarów z Polski, w tym dżinsy, lecz kasy wciąż brakowało. Zatelefonowałem więc do sekretariatu premiera Armenii. Powiedziałem, że jesteśmy z Polskiej Kroniki Filmowej i przyjechaliśmy nakręcić film o ich kraju, o czym z pewnością już wiedzą. W odpowiedzi usłyszałem oczywiście, że nie mają pojęcia. Winę za to zwaliłem na bałagan w polskiej dyplomacji i szerzej poinformowałem o naszych zamiarach, powołując się na dobre historyczne relacje między Polakami i Ormianami. Poprosiłem tylko o jedno: żeby premier zechciał wystąpić w filmie i powiedzieć kilka słów. Skutek był taki, że odtąd o nic nie musieliśmy zabiegać u premiera, bo ten wezwał do siebie ministra kultury oraz dyrektora tamtejszej wytwórni filmowej i wydał im stosowne polecenia. Przez trzy tygodnie byliśmy obwożeni na koszt naszych gospodarzy po górach Kaukazu. Organizowano nam zdjęcia wszędzie, gdzie nam się zamarzyło. Dostaliśmy transport, światło i kierownika produkcji, który codziennie mnie upominał: „Kończ pracę, bankiet czeka”.

Andrzej Bukowiecki
Magazyn Filmowy 3/2017
Ostatnia aktualizacja:  3.03.2017
Zobacz również
fot. Borys Skrzyński/ SFP
[Foto] Nominowani do nagród im. Zbyszka Cybulskiego
Bydgoska Tożsamość Filmowa – stypendia scenariuszowe 2017
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll