PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BLOGI
Krzysztof Koehler
  23.06.2012

Hm, brytyjski film dziejący się w Indiach? Czy da się jeszcze z filmami (powieściami, dramatami) – dziełami kultury tego typu obcować, udając, że nie czytało się Edwarda Saida i całej już ogromnej literatury dotyczącej kolonialności czy mówiąc nowym językiem „dyskursów kolonialnych”?

Owszem, przyznaję: nie jestem w stanie oglądać filmu "Hotel Marigold" (w reżyserii Johna Maddena) bez tych  postkolonialnych (już dziś) cliches w głowie. Jest jak w wierszu Zbigniewa Herberta "Przemiany Liwiusza": nie postrzegam Indii nostalgicznymi oczyma białego człowieka sączącego dżin z tonikiem na tarasie swego domu. Raczej trochę widzę je oczyma tego, kogo kraj doznał kolonizacji, jeśli wierzyć temu, co od lat głosi profesor Ewa Thompson.


Kadr z filmu "Hotel Marigold", fot. Imperial-Cinepix

Oglądam więc opowieść o grupce starych ludzi (granych przez absolutną brytyjską czołówkę: Judi Dench Bill Nighy, Tom Wilkinson, Maggie Smith i inni) udających się trochę na wygnanie, trochę do domu spokojnej starości w poszukiwaniu jasnego końca życia (lub przygody otwierającej ostatni horyzont przed obsunięciem się w ostateczną starość) do reklamowanego jako ósmy cud świata hotelu Marigold w Indiach. Jest ta opowieść okazją do opisania charakterów ludzi białych, którzy do hotelu się przenoszą. Różnych charakterów: poranionej wdowy, wypalonego małżeństwa uciekającego przez ekonomiczną klęską, starej kobiety jadącej zrobić operację biodra. Mamy tu opowieść – bardzo poprawną politycznie – o przemianie: rasistki z przetrąconym życiem i zgorzknieniem wielkim jak Kilimandżaro (tak Kilimandżaro, gdzie popijał whiskey inny WASP, myśliwy Hemingway pociągając ją ze szklaneczki, wpatrzony w nietopniejące śniegi góry i sięgając po owoce podane niewidzialną ręką czarnej służącej) w osobę, która w Indiach dopiero polubiła życie i ludzi; mamy romantyczną opowieść o młodzieńczej miłości gejowskiej, zwieńczonej spełnioną śmiercią.

Anglicy zapewne mają pewien problem z Indiami, może jak my trochę z Kresami (był i u nas taki film-pocztówka kresowa swego czasu, a nazywał się „Dolina Issy”). Zatem te portrety starzejących się mieszkańców Albionu (ich język, ich dowcipne pointy, ich ironiczne uwagi, ich brytyjski sarkazm, ich „angielskość”) ukazywane są sukcesywnie na tle. No i właśnie jako czytelnik postkolonialnych wywodów mam pewien problem w akceptacji nie tyle brytyjskich bohaterów, co wymiaru owego „tła” w filmie.

Wpierw Indie, charakteryzowane werbalnie jak w kolorowych bedekerach (gdzie więcej obrazków niż opisów) i obrazkowo jako wciągające, kipiące energią miejsce (te „dokumentalne” sceny z życia hinduskiej ulicy w filmie! Te kipiące energią jazdy kamery! Te zachody słońca nad jeziorem!)

 A tubylcy? Domyślam się, że na filmie mocno odcisnął się język Bollywood (który może się stać przekleństwem hinduskiej kultury). W takim więc i stylu ukazani są krajowcy jako weseli, pogodni, przepraszam, trochę może nierozgarnięci, ale jakże sympatyczni ludzie, którym zawsze jest dobrze. Perspektywa jest mocno europejska, nawet bowiem gdyby mogło im być źle, to jednak nie może być im źle, skoro zamieszkują tak barwny pachnący, kolorowy, pełen żywiołowej energii świat. Czy w takim żywiołowym świecie można się czuć inaczej niż „zauroczony” nim turysta? Główny bohater miejscowy szef hotelu (Dev Patey) – nieudacznik, ale jakże rozbrajający w swej niezapobiegliwości i… głupocie, jego miłość (Tena Dease)  – piękna, naiwna brunetka, gotowa do miłości, o czystym sercu dziewczę i wrażliwe, jej brat…, są też przedstawiciele najniższej klasy, do nich też będzie należał głos: to oni wysłuchają monologu przechodzącej przemianę białej damy (która była całe życie służącą), to oni pogodzą matkę z synem; oni dobrze gotują, dobrze usługują, więcej rozumieją (nawet żona Hinduska rozumie dawną gejowską pasję swojego Hinduskiego męża i pięknie, i godnie przyjmuje przyjazd dawnego kochanka jej męża).

Wszystko to nie zmienia jednak faktu, iż wciąż wydaje mi się,  "Hotel Marigold" obraża Hindusów. Ale może się mylę? Może tak naprawdę jest? Może tam zawsze słońce świeci, jest wesoło, hałaśliwie i oszałamiająco? Może Hindusi chcą, może lubią, kiedy tak o nich opowiadają ich dawni kolonizatorzy?

Pewnie przesadzam.  To my Polacy, nie Anglicy, mamy problem z tożsamością i historią. Może tak należy postrzegać dawne kolonie: jako pewne miejsca podległe, domagające się białej ręki, nawet jeśli jest to ręka ponowoczesnej ironii i dystansu. Tylko, że niektórzy Polacy tego nie rozumieją, i z własnej, kolonizowanej, perspektywy patrząc, przeczuleni, dmuchają na zimne i czepiają się nie wiadomo czego. 

Tak: zatem się czepiam. Bo jakbym oglądał jakiś film zrobiony przez dawnego kolonizatora, w którym Polacy ukazani by byli jak Hindusi w "Hotel Marigold", to wcale nie czułbym się z tym dobrze.

 

Krzysztof Koehler
Portalfilmowy.pl
Zobacz również
Box Office. Polska poza Euro, czyli stopniowy powrót widzów do kin
Box Office. Sezon ogórkowy w kinach.
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll