PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
WYDARZENIA
  17.09.2017
O adaptacjach filmowych i o widokach na zbliżenie współczesnej literatury i filmu rozmawiamy z Tomaszem Tyczyńskim, kuratorem Muzeum Gombrowicza we Wsoli (Oddziału Muzeum Literatury w Warszawie) i organizatorem Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza.
Czy Gombrowicz jest filmowy?
Nie. Mówił o tym choćby Jan Jakub Kolski, który realizując „Pornografię” stoczył z powieścią Gombrowicza walkę. Język jest niezmiernie ważny dla jego powieści, ale nie ma przełożenia na obraz. Kolski poległ na Gombrowiczu w tym sensie, że jego "Pornografia" jest czymś zupełnie innym. Jest obok.

Ale jest spójna.
Tak, i dlatego mi się podoba, nie sposób też nie docenić świetnego aktorstwa. Dla mnie najlepszą adaptacją Gombrowicza jest ostatni film Żuławskiego, „Kosmos”. Reżyser opowiedział swoją historię, prowadził grę z Gombrowiczem, zrobił film o robieniu filmu. Jeśli Gombrowicz da impuls, wtedy efekt jest znakomity. Ale Jerzy Skolimowski reżyserując "Ferdydurke" wiernie zaadaptował powieść i nie dał rady. Z tej skomplikowanej gry z gębą, maską, pupą niewiele zostało. Oczywiście, Gombrowicz dbał o fabułę, o atrakcyjną akcję, nie stronił od chwytów rodem z powieści kryminalnej, bo chciał być czytany, ale nie jest to wystarczająca materia filmowa. Gombrowiczowskich „opowieści” nie da się po prostu przełożyć na film. Trzeba z Gombrowiczem powalczyć. W „Kosmosie” mamy walkę wielkiego z wielkim.
Chociaż ciekawe, jakby wyglądałaby adaptacja „Opętanych”.

Znam takich, którzy marzą o tej produkcji.
Nie dziwię się. Mógłby być to specyficzny serial literacki. Przecież „Opętani” ukazywali się jako powieść w odcinkach – ostatni wydrukowany został 3 września 1939. To taki dziwny kryminał, w którym niewiele się dzieje, między ludźmi wydarzają się tajemnicze rzeczy, intryga sensacyjna prowadzi do rozwiązania dość rozczarowującego, ale to akurat zdarza się w wielu kryminałach. Gombrowicz potrafił myśleć obrazem i to widać w tej niezwykle plastycznej powieści.
Jednak Gombrowicz zdecydowanie łatwiej adaptuje się do teatru. Teatr ma tę przewagę, że jest z definicji umowny, jest grą, a film bardziej „wciąga” widza w świat przedstawiony. Żuławski mówił, że odniósł sukces, gdyż „Kosmos” nie jest nudny jak film studyjny. Widz zasadniczo lubi dać uwieść się historii opowiadanej w filmie. 


Tomasz Tyczyński, fot. Ł. Wójcik

W ciągu ostatnich kilku miesięcy Stowarzyszenie Filmowców Polskich zorganizowało kilka spotkań literatów i filmowców, aby zbliżyć ze sobą te dwa środowiska. Nie znając się, nie współpracujemy ze sobą. Bywają lata, kiedy nie powstała ani jedna pełnometrażowa adaptacja współczesnej literatury.
Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Były udane próby przełożenia najnowszej literatury na język filmu. Xawery Żuławski zrobił dobry film na podstawie „Wojny polsko-ruskiej…” Doroty Masłowskiej. Masłowska wykazała się w swojej powieści absolutnym słuchem językowym, wprowadziła nowy slang do języka literatury, a Żuławski z kolei przełożył ten język na bardzo oryginalny obraz. To była dobra przygoda filmowa. 
Przerzucając corocznie kilogramy zadrukowanego papieru dostrzegam, że język filmu staje się pisarzom – zwłaszcza młodym – coraz bliższy. Może to wynikać z tego, że pisarze dużo oglądają, że są zanurzeni w kulturze audiowizualnej. Albo też  mają gdzieś z tyłu głowy przekonanie, że jeśli odniosą sukces wydawniczy, pociągnie on za sobą adaptację filmową, a w konsekwencji – sukces, rozpoznawalność, pieniądze.

Przewodniczący Kapituły Nagrody Jerzy Jarzębski i Rita Gombrowicz, fot. E. Witkowska

Czytając corocznie dziesiątki powieści zgłaszanych do Nagrody im. Witolda Gombrowicza, czy dostrzegasz potencjał filmowy przynajmniej w niektórych z nich?
Patrzę na listę zeszłorocznych laureatów. I ciężko mi wyobrazić sobie przekład Weroniki Murek na język filmu. Ale kto wie? „Sanatorium pod Klepsydrą” też nie było powieścią filmową, tymczasem Has zrobił filmowe arcydzieło. Na przykład nagrodzona w ubiegłym roku „Solfatara” Macieja Hena, powieść szkatułkowa, w której autor opowiada o rewolcie ludowej w Neapolu, to materiał na bardzo widowiskową produkcję filmową. Może dlatego, że Maciej Hen jest operatorem telewizyjnym, potrafi myśleć obrazem, co widać w jego późnym debiucie literackim. Być może trzeba, aby „Solfatara” znalazła swojego Hasa, tak jak powieść Potockiego.
Widzę też duży potencjał w powieści „Skoruń” Macieja Płazy, atrakcyjna dla reżyserów, którzy inspirują się „tematyką wiejską”. Zdecydowanie potencjał filmowy ma nominowana do naszej nagrody powieść Aleksandra Wenglasza „Zdjęcie inaczej zabić”. Ma zarysowaną intrygę sensacyjną i wyraziste postaci. Ale jest też eksperymentem literackim, trudnym w odbiorze. Nie bardzo wierzę, żeby ta warstwa powieści dała się przełożyć na scenariusz filmowy. Ale sam pomysł fabularny pewnie tak. Warto jednak zadać sobie pytanie: po co? Po co filmować powieść, w której najważniejsze dzieje się w języku i jest na film nieprzekładalne.

Bo film i literatura to dwa nierozerwalne byty? Film z literatury czerpał od swoich początków. Taka też jest tradycja polskiej szkoły filmowej….
Tradycja to jedno. Wiadomo też, że literatura szybciej niż film reaguje na zmiany. Choćby dlatego, że 30 tysięcy na wydanie książki łatwiej zorganizować niż 3 miliony na produkcję skromnego filmu. Dlatego powieść często dostarcza żywego materiału do ekranizacji.
Są też książki, które w moim przekonaniu nie są jeszcze literacko dojrzałe, ale historie w nich opowiedziane mogłyby być dobrym materiałem na film. Widać w nich pewien sposób myślenia, wpływ kultury obrazu, której pisarze siłą rzeczy także podlegają. Robi też swoje skrótowość przekazu internetowego. Sporo takich powieści jest zgłaszanych do naszej nagrody.
Zastanawiam się także, kto kogo bardziej dziś potrzebuje. Czy reżyserom literatura jest na pewno potrzebna? I czy wszystkim pisarzom zależy na takiej popularności ich utworów, którą dają adaptacje filmowe?

Na spotkaniach filmowców i literatów w Serocku wielokrotnie podkreślano, że współczesna literatura jest ciężko przekładalna na język filmu, gdyż rozgrywa przede wszystkim warstwę językową.
Jest to słuszna uwaga, choć z drugiej strony wybór jest ogromny. Współczesna polska literatura jest bogata. Zwróć uwagę, że pojawił się nurt literatury zaangażowanej społecznie, która jest idealnym materiałem na film. Laureatka tegorocznej Nagrody Gombrowicza: Anna Cieplak napisała interesującą powieść o gimnazjalistach i szerzej: o współczesnej polskiej rodzinie – i to jest materiał na film.
Myślę jednak, że literatura nie powinna podlizywać się filmowi kosztem swojej formy. Tworzy się przecież w języku, w zdaniu, a nie tylko poprzez opowiadaną historię. Na przykład Konwicki z sukcesem zabrał się za właściwie nieprzekładalną na film prozę Miłosza. Warto więc eksperymentować.

Muzeum Gombrowicza we Wsoli, fot. M. Bociański Muzeum Literatury

  W jaki sposób można zbliżyć do siebie środowiska literatów i filmowców, zwłaszcza młodych? Wspólne wyjazdy i konferencje nie są rozwiązaniami systemowi, choć czasem przekładają się na indywidualne wspólne projekty. Czy widzisz jakąś możliwość wykorzystania Nagrody Gombrowicza do tego celu?
W naszej Nagrodzie nie ma bariery wieku. Debiutują czasem nawet ludzie w okolicach sześćdziesiątki. Nagrody literackie są dla debiutantów szczególnie ważne, pozwalają na zaistnienie, przebicie się. Jeśli jednak chodzi o zwiększenie liczby adaptacji filmowych, to Ameryki się tutaj nie wymyśli, niestety. Może warto przyznawać specjalne wyróżnienie za potencjał filmowy w tekście literackim? A może dobrze byłoby stworzyć specjalne szkoły, kursy pisania scenariuszy skierowane do literatów? Żeby scenariusze tworzyli lub współtworzyli ludzie, którzy mają słuch literacki, niezbędny, by na przykład napisać dobre dialogi.
Niewątpliwie jednak nagrody literackie to dobry przesiew. Można by wykorzystać je do stworzenia listy potencjalnych adaptacji. Kluczowe jest jednak rzeczywiście to, aby więcej o sobie wiedzieć. Nad tym oba środowiska powinny popracować.
 







Anna Wróblewska
artykuł redakcyjny
Ostatnia aktualizacja:  17.09.2017
Zobacz również
fot. Ł. Wójcik
Kino Dzieci: spotkania i warsztaty
„Andrzej Wajda. Ostatni romantyk polskiego kina”
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll