PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
WOKÓŁ FABUŁY
  20.12.2013
Towarzysz Honecker wynalazł sposób. Podziałało na niesubordynowanych obywateli Berlina, podziała i na polskiego inteligenta.
Chłop polski sieje, orze, robotnik pracuje w hucie, a inteligenci, schodzo do piwnic, pijo kawe i szydzo – wykrzykiwał podczas spotkania Biura Politycznego Władysław Gomułka. Chodziło mu o lokal PIW-u przy ulicy Foksal 16. Była druga połowa lat 60., marzec zbliżał się wielkimi krokami, a kawiarnia stanowiła najsłynniejszą w kraju enklawę intelektualnej swobody. Gromadził się w niej „front odnowy”, nieformalna grupa, która – faktycznie – piła kawę, jadła pączki i dyskutowała do woli, a wieść o tych rozmowach niosła się po Warszawie echem i – docierając aż do gmachu KC – wzmagała w towarzyszu Wiesławie antyinteligenckie zacietrzewienie. „Front odnowy” nie zwracałby na siebie aż takiej uwagi, gdyby nie wyjątkowi ludzie, których nie sposób było ignorować. Antoni Słonimski (siadywał w głębi sali, razem ze swoim młodziutkim sekretarzem, Adamem Michnikiem), Stanisław Dygat (zanim cokolwiek zamówił milczał kilka minut z nieznanych nikomu powodów, którym było na imię Kalina), Tadeusz Konwicki (zaczynał mówić od progu) i Józef Szczepański (słusznie prorokował, że to się wszystko musi źle skończyć).

Sartre w PIW-ie
-Towarzysz pierwszy sekretarz nie ma racji, obie sale PIW-u są jasne, słońce wpada ukośnie z ulicy –polemizuje fałszywie Józef Cyrankiewicz, bo co to za różnica, czy inteligenci wzbudzają nienawiść rządzącego w piwnicach, czy na najwyższych piętrach. W istocie było tak: najpierw wchodziło się do księgarni, bezpośrednio z Foksal. To był teren pani Bianki Ciompały, wieloletniej pracownicy wydawnictwa, księgarki, którą starym bywalcom łatwiej sobie przypomnieć niż gości z dalszej, gastronomicznej części. Słonimskiv przychodził około południa, wybierał stolik na chybił-trafił, zamawiał kawę i w ciągu kilku chwil zaczynali się do niego dosiadać ci, którzy chcieli pogrzać się przez chwilę w blasku sławy mistrza, poczuć klimat, który – w pełnym wymiarze – od dawna był nie od odzyskania. Wnętrze kawiarni urządzono skromnie, ale przecież nie chodziło o blichtr, nikt PIW-u nie starał się porównywać do Kameralnej, która kilkanaście metrów dalej, po drugiej stronie ulicy, z dnia na dzień traciła na popularności. Trudno dziś powiedzieć, dlaczego. Taka była naturalna kolej rzeczy. „Kamera” przeszła do historii wraz z latami 50. Później nawet aktorzy Teatru Kameralnego wybierali knajpkę PIW-u, bez wahania zdradzając swoje wieloletnie miejsce spotkań. Na Foksal 16 regularnie wpadał Jean-Paul Sartre. Nie miał problemów ani z polską wizą (jako zwolennik komunizmu w wydaniu radzieckim), ani z pieniędzmi (jako modny na Zachodzie filozof). Przylatywał więc do Warszawy, żeby posiedzieć razem z polskimi intelektualistami. Dla szpanu. Posiedzieć raczej właśnie niż wziąć udział w dyskusji, bo o ile Słonimski i Dygat mówili po francusku, o tyle zwracali się w tym języku tylko do zagranicznego gościa. Sartre, co naturalne, wywoływał swoją obecnością sensację, ale do tego grona nie pasował. Wychodził z błędnego założenia, ze PIW jest miejscem spotkań tych, którzy socjalizm popierają, adorują nawet jako ideę, odrzucając naturalnie jego realny wymiar posiadający buraczaną twarz pierwszego sekretarza. -Typowa naiwność turysty – komentował Dygat po polsku. – Hłasko miał rację, zrozumieli by dopiero, gdyby zobaczyli sowieckie czołgi nad Sekwaną. A Tadeusz Konwicki wymyślił specjalnie dla sławnego gościa grę. Prostą, ale po kilku piwach zabawną. Zauważono, że podchmielony Sartre lubił przysłuchiwać się PIW-owskim dyskusjom. Kiedy zrozumiał jakieś słowo – robił minę adekwatną do swoich poglądów. Więc wzbudzano na jego twarzy wyraz zaciekawienia, przenikliwości, zadumy albo tajemniczy  uśmiech, używając słów „socjalizm” i „komunizm” w zdaniach, które nie nadają się do zacytowania na łamach porządnego czasopisma. 



Głową w mur
Problem kawiarni PIW-u (połączonej z księgarnią) był delikatny, więc być może dlatego załatwiono go w sprawdzony, zimnowojenny sposób. Kawiarnię należało zamknąć. Księgarnię – pozostawić otwartą. W grę wchodziła reputacja władzy jako krzewiciela kultury i oświaty. Trudno dziś sobie przypomnieć, kto osobiście wpadł na pomysł postawienia między salkami muru z białej cegły. Wedle niektórych relacji – sam pierwszy sekretarz powiedział, że -towarzysz Honecker miał jeszcze delikatniejszą sytuację i mur mu się do jej rozwiązania sprawdził. Na Foksal wybudowano go w dwa dni. Po prostu – na gości, którzy przyszli w poniedziałkowe przedpołudnie czekał surrealistyczny widok.

Była końcówka 1967 roku, antyinteligencka kampania nabierała tempa. -Zamurowali nam PIW,powiedział ktoś na mieście, a ja w pierwszej chwili nie potrafiłem zrozumieć tej przenośni. Zanim pojąłem, że nie jest to żadna metafora, zdążyłem jeszcze spytać, czy każdego, kto będzie próbował przedostać się do części gastronomicznej czeka kulka w plecy – wspominał Jan Józef Szczepański. Drzwi, choćby i zamykanych na sztabę, nie przewidziano; mur był jednolity, miał z całą bezwzględnością uświadamiać zdumionej „klasie inteligenckiej”, że stoi przed faktem nieodwołalnie dokonanym. „Mur PIW–owski” zasłaniano dywanami, plakatami, obrazami, próbując normalnie pracować w części księgarskiej. Jedna z legend dotyczących kawiarni mówi, że odcięta od świata salka, przez wiele lat wyglądała jak zastygła w bursztynie. Na stołach stały szklanki i pełne popielniczki, leżały gazety, a wajchy ekspresu do kawy firmy „Kubuś i Gogołkiewicz” czekały podniesione na kogoś, kto jednym ruchem naprawi uszkodzony przez politykę mechanizm. Niebyt trwał czterdzieści dwa lata, gazety leżały na zakurzonych stolikach, a czas na zewnątrz pędził zostawiając za sobą okres gomułkowskiej ascezy, gierkowskiej balangi za pożyczone, nocy stanu wojennego i przygnębienia lat 80. Nic nie zmienił przełom 1989 roku. Kawiarnię otworzono na nowo dwa lata temu; miało być „po staremu”. Okazało się jednak, że tym razem na krawędzi upadku jest wydawnictwo i nie wiadomo, czy nie zniknie wraz ze swoją legendarną księgarnią. Zatem albo – albo. Klątwa niezależna od czasów. Winni są znowu rządzący, ale to już inna opowieść: o tym, jak definiować dobro kultury, które zasługuje na wsparcie niezależnie od praw wolnego rynku wzbudzającego najwyższą nieufność słynnego francuskiego gościa. Pytanie, co się stanie z najważniejszą polską kawiarnią lat 60., pozostaje otwarte.


Marek Łuszczyna
Magazyn Filmowy SFP, 24, 2013
Ostatnia aktualizacja:  31.01.2014
Zobacz również
Miejsce: SPATIF
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll