PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Zaledwie ukończyliśmy "Ziemię obiecaną", otrzymałem propozycję współpracy od jednego z nestorów scenografii, Bolesława Kamykowskiego.
– Panie Andrzeju. Jest do zrobienia prosta i urocza bajka z panią Marią Kaniewską. Pamięta pan, która to reżyser? "Panienka z okienka" i tak dalej...
– Bardzo chętnie.
– No to niech pan zasuwa do kierownika produkcji, pana Jerzego Niteckiego, i podpisze umowę. Z czasem na przygotowania jest krucho.

Umowę o dzieło podpisałem i zadowolony z tak fortunnego obrotu spraw, ze scenariuszem pod pachą, pojechałem do hotelu. Wyciągnąłem się wygodnie na łóżku i zagłębiłem w gruby skrypt. Po kilkunastu stronach włos mi się zjeżył na głowie. Nerwowo przerzuciłem całość. No tak! Miałem sobie odpocząć po dwóch filmach gigantach w lekkiej, uroczej bajeczce! Trzeba być kretynem, żeby podpisać umowę, nie dowiedziawszy się nawet, co to za bajka. Z księgi, którą trzymałem na kolanach, wynikało niezbicie, że czeka nas przygotowanie sześciu epok historycznych, nie licząc dość bogatej oprawy scenograficznej scen współczesnych. Gromadka dzieci biega z piłką po Warszawie i uczestniczy w nieprawdopodobnych zjawiskach. Podbitą w powietrze piłkę łapie stojący na kolumnie król Zygmunt, a następnie schodzi na plac, aby pobawić się z naszymi bohaterami. Potem zjawia się między nimi tańczący z damami dworu król Stanisław August Poniatowski, bracia Montgolfier lądują swoim balonem przed pałacem w Łazienkach, piłeczka toczy się w kierunku królowej Anny Jagiellonki, która wraz ze swym orszakiem wsiada na Wiśle do kupieckiej barki... itd., itd.

Bolesław Kamykowski był uroczym krakusem z charakterystycznym akcentem, którego nigdy się nie wyzbył. Ponieważ i ja na zawołanie mogę przejść na krakowską zaśpiewkę, polubiliśmy się od razu. Na pierwszy ogień poszły przygotowania barki żaglowej dla Anny Jagiellonki. Bolek był zapalonym żeglarzem, więc przeszedłem przyspieszony kurs budowy łodzi i okrętów. Potężna barka powstała na dziedzińcu WFF i żeby ją przetransportować na plan, musieliśmy we współpracy z milicją zdezorganizować ruch na trasie Łódź–Warszawa. Po wielu perypetiach potężna lora dotarła do Wisły w okolicach Łomianek. Orszak królowej zajechał karetami na nadbrzeże, a dwa potężne dźwigi posadziły nasze dzieło na wodzie. Wielka łódź wyglądała naprawdę wspaniale. Bolek promieniał. Kamera ruszyła i Anna Jagiellonka, grana przez Annę Milewską, wkroczyła wraz orszakiem po trapie na pokład. Na naszych oczach, w całkowitej ciszy, barka powoli, ale systematycznie zaczęła się pogrążać. Reżyser Maria Kaniewska krzyknęła do operatora, Kazimierza Konrada:

– Kręć dalej dopóki jeszcze wystają z wody!

Ten okrzyk przywołał do rzeczywistości aktorów, którym woda sięgała już po pas. Jak na komendę runęli w namokłych, ciężkich kostiumach w stronę zbawiennego brzegu. Rzuciliśmy się i my wszyscy na pomoc niedoszłym ofiarom naszych szkutniczych umiejętności.

Dwa dni później dostarczono z wytwórni gondolę balonu braci Montgolfier, która miała być podczepiona do największego w Polsce balonu, specjalnie na tę okazję zamówionego w katowickim aeroklubie. Napełniony gazem balon miał według scenariusza wznieść się nad ogrodem łazienkowskim, a następnie łagodnie wylądować na tarasie Pałacu na Wodzie. Łazienki zostały na ten dzień zamknięte dla turystów, a do części parku, w której ten kolos miał być napełniany gazem, ściągnięto kilka dodatkowych jednostek saperów i straży pożarnej. Nie dość, że sam balon stanowił spore zagrożenie dla pałacu, to do jeszcze na jego tarasie miał pląsać balet z królem Stanisławem Augustem na czele. Pośród nich właśnie miała lądować nasza wspaniała, złocona gondola. Widok odtwarzającego rolę króla Stasia Mikulskiego, pamiętnego kapitana Klossa, ćwiczącego kolejne pas w jasnoniebieskich pończoszkach na nogach, perłowym kubraczku i siwej peruce, był tak zabawny, że szybko wróciłem do Bolka. To był widok ponad siły nawet dla człowieka filmu.

– Bolek, a jak wiatr zniesie ten balon na pałac to przecież nic z niego nie zostanie?
– Może nie zniesie.

Bolesław Kamykowski był urodzonym optymistą i niewiele rzeczy na świecie potrafiło wyprowadzić go z równowagi. Jako urodzony sceptyk bardzo mu zazdrościłem tej pogody ducha. Z niepokojem spoglądałem więc w niebo, na którym zaczęły gromadzić się chmury.

Minęło południe, a ciężarówki z Katowic ani widu, ani słychu. Król z baletem znudzeni pląsami, zasiedli w ogródku kawiarni Trou Madame. Ekipa rozlazła się po zakamarkach parku, a produkcja bezskutecznie próbowała dodzwonić się do Katowic. Saperzy i strażacy zostali w końcu wycofani do koszar. Dopiero pod wieczór udało się nawiązać kontakt ze śląskim aeroklubem. Telefon wywołał sporą konsternację, bo okazało się, że w Katowicach nic nie wiedzieli o terminie zdjęć. Skończyło się na małym, meteorologicznym balonie uwiązanym na sznurku i puszczanym na podwarszawskich łąkach. Miniaturę gondoli ulepiliśmy własnoręcznie z Bolkiem, a moja Anna pół nocy szyła na maszynie Łucznik kostiumiki dla dwóch lalek z Cepelii, które „zagrały” braci Montgolfier. Zasapany Bolek osobiście ciągnął balon przed kamerą, a ja asekurowałem go z boku dodatkową żyłką.

Pan Nitecki, pieklił się kilka dni z rzędu, ale na moją cichą uwagę, że prawdopodobnie tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności udało się nie zniszczyć pałacu łazienkowskiego bądź też Belwederu, wezwał samochód i odjechał do domu z ostrym atakiem woreczka żółciowego.

Nie był to jednak koniec jego gehenny w tym filmie.

O możliwościach grafiki komputerowej można było sobie w owych czasach poczytać jedynie w powieściach science fiction, a i to u autorów o bogatej wyobraźni i technicznym wykształceniu. Jakby na przekór temu nasz film był nafaszerowany efektami, które teraz można by było zrobić za pomocą prostego programu graficznego w domowym komputerze. Jak więc można było „magicznie” zmniejszyć aktora, by mógł skoczyć na stojący zegar? To proste! Pan Iwaszkiewicz wypożyczał piękny angielski zegar, stawiał w dekoracji, a ja wykonywałem rysunek jego górnej części, a w stolarni robili model w skali 10:1. Prawda, jakie proste?

Trudniejszym nieco zadaniem było przeniesienie sześciu maszerujących szwoleżerów gwardii, którzy przeszedłszy ulicą Freta na Nowym Mieście, wstępowali sztywnym krokiem na kręcącą się płytę staroświeckiego patefonu. Tuba sięgała chyba pomostów oświetleniowych hali zdjęciowej, a ogromnie ciężka płyta, popychana przez czterech mocarnych dyżurnych, poruszała się z oporami i nierówno. Pomimo wysiłków, dzielni szwoleżerowie nie dali rady utrzymać się na niej w marszowym porządku. Kolejno przewracali się i staczali z patefonu. Po kilkunastu próbach puszczono obolałych do domu i jeśli dobrze pamiętam, scenę po prostu skreślono. 

Po kilku tygodniach wielkie podwórze wytwórni szczelnie zawalone zostało gigantycznymi meblami, patefonem i czort wie jakimi jeszcze przedmiotami dla wielkoludów. Myślę, że podobnie wyglądała wytwórnia kilkanaście lat później, kiedy Janusz Sosnowski projektował scenografię do "Kingsajzu" Juliusza Machulskiego.

Pan Łyskawka, szef stolarni, przestał dziwić się już czemukolwiek i z kamiennym spokojem wykonywał coraz to bardziej ekstrawaganckie przedmioty. Poszedłem kiedyś do niego z kolejnym rysunkiem, ale ku memu zdumieniu ledwie przecisnąłem się obok jakiejś monstrualnej skrzyni, z której wnętrza dochodził rytmiczny stukot młotków. Wspiąwszy się na drabinkę, zobaczyłem dwóch tapicerów, wybijających wnętrze czerwonym aksamitem. Za sobą usłyszałem poirytowany głos pana Józefa:

– Może byście, do cholery nędzy, zabrali to coś, bo ja już naprawdę nie mam gdzie pracować!
– My? Ja nic takiego nie zamawiałem!
– Pan nie, ale ten starszy w muszce.
– Jest pan pewien? Przecież on się takimi rzeczami nie zajmuje.
– A ten rysunek to niby co jest?

Rozpostarł przede mną sporą płachtę, na której poznałem charakterystyczną kreskę Bolka. Podpis pod rysunkiem brzmiał: „Bombonierka, skala 1:1”. Spojrzałem wymownie na Łyskawkę, który aż spurpurowiał ze złości.

– A żeby was szlag trafił z tymi skalami! Wszystko do tej pory było dziesięć razy większe jak normalnie, a tu nagle jeden jedyny w normalnej skali. Staszek, Władek! Wyskakiwać mi z tego i żebym tej skrzyni za godzinę nie widział.

Coś tam jeszcze mamrotał pod nosem, wracając do warsztatu. Na szczęście zdjęcia i do tego filmu dobiegły końca. Wyniosłem z niego prostą, ale pożyteczną naukę, że na hasło „prosty, szybki film” należy wzmóc czujność i przygotować się na najgorsze.


Andrzej Haliński
Magazyn Filmowy SFP, 42/2015
Zobacz również
fot. SF Kadr/ Filmoteka Narodowa
Wiosenne pikowanie frekwencji
Mocny start "Kopciuszka"
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll