PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
NIEPODLEGŁOŚĆ
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
Niepodległość
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Galę zamknięcia 40. Festiwalu Filmowego w Gdyni uświetniło wręczenie Tadeuszowi Chmielewskiemu – wybitnemu reżyserowi, scenarzyście i producentowi – Platynowych Lwów za całokształt twórczości. W tym całokształcie, obok znakomitych filmów – i to nie tylko komedii, z których słynie laureat – mieści się też m.in. wieloletnia działalność w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich oraz powołanie do życia i sprawowanie kierownictwa artystycznego cenionego Zespołu (późniejszego Studia) Filmowego „Oko”.
Andrzej Bukowiecki: Panie Tadeuszu, wydanie „Magazynu Filmowego”, w którym ukaże się nasza rozmowa, będzie poświęcone w dużej mierze tegorocznemu Festiwalowi Filmowemu w Gdyni. Jubileusz skłania do podsumowań. Jaką rolę odegrały, zdaniem pana, początkowo gdańskie, a już od prawie trzydziestu lat gdyńskie, festiwale polskich filmów fabularnych?
 
Tadeusz Chmielewski: Pierwszy festiwal odbył się w 1974 roku, jeszcze gdzie indziej – w Sopocie. Po przenosinach do Gdańska uroczyste wieczorne pokazy urządzano w dużym kinie Leningrad. Wspominam te seanse szczególnie mile, bo przychodzili na nie mieszkańcy Trójmiasta i przyjezdni turyści, słowem – zwykła publiczność. Ciekawie z nami dyskutowała. Sam festiwal odegrał – i wciąż odgrywa – rolę znaczącą. Przede wszystkim umożliwia zapoznanie się z całoroczną produkcją filmową. W czasach PRL broniła nas ona w rozmowach z władzami, oczywiście jeśli była wartościowa. Obecnie, przy spełnieniu tego samego warunku, staje się atrakcyjną ofertą w pertraktacjach z Polskim Instytutem Sztuki Filmowej czy prywatnymi producentami, kiedy to jakość wcześniej zrealizowanego filmu wpływa na decyzję o dofinansowaniu następnego obrazu danego twórcy. Ale festiwal to nie tylko filmy, to także fora SFP, coroczna okazja do wymiany opinii w szerokim własnym gronie, a także z decydentami. Bo przecież walne zjazdy naszej organizacji odbywają się raz na cztery lata. W słusznie minionej epoce, naszych forów zazdrościły nam narodowe festiwale filmowe innych demoludów – tam widocznie nie pozwalano na takie zebrania. Reasumując, festiwal polskich filmów fabularnych to osiągnięcie, które bardzo sobie cenimy.

Z Sopotu pana komedia "Wiosna, panie sierżancie" wyjechała bez laurów. Za to cztery lata później, pański kryminał "Wśród nocnej ciszy", oparty na powieści Ladislava Fuksa „Śledztwo prowadzi radca Heumann”, opuszczał Gdańsk z nagrodą za scenografię dla Teresy Smus-Barskiej. Nie sposób zakwestionować słuszności przyznania tego trofeum, lecz czy nie było panu przykro, że tak znakomity, mistrzowsko wyreżyserowany, sfotografowany i zagrany film otrzymał tylko to jedno wyróżnienie?
 
No, ale jednak został zauważony! I doceniony przez jury w dziedzinie, na którą w trakcie realizacji kładłem duży nacisk. Bardzo zależało mi na tym, żeby wnętrza, które budowaliśmy w studio, były dokładnie takie same, jakie mogły być w pomorskim miasteczku z okresu międzywojennego, gdzie umieściłem akcję filmu. I żeby specyficznie pruskim nastrojem pasowały do ceglanych murów, które na potrzeby scen plenerowych znaleźliśmy w Bydgoszczy, Toruniu i Wrocławiu. Wiele wymagałem więc od Teresy i bywało, że dochodziło między nami do spięć. Toteż kiedy po zakończeniu zdjęć, na zwyczajowym przyjęciu dla ekipy, zacząłem o niej mówić, wszyscy myśleli, że teraz to dopiero się po niej „przejadę”. A ja wygłosiłem pean na jej cześć. Bo w znacznym stopniu to właśnie ona – potrafiąc sprostać moim wymaganiom i wielu trudnym sytuacjom, wynikłym z przyczyn obiektywnych – sprawiła, że obraz realiów międzywojnia w filmie Wśród nocnej ciszy jest nadzwyczaj prawdziwy. Dzięki temu widz gładko wchodzi w tę epokę, w jej klimat. Do dziś chylę za to czoła przed Teresą i zawsze będę dzielić z nią radość z nagrody, którą otrzymała w Gdańsku.
 
W roku 1987, na pierwszej gdyńskiej edycji festiwalu, obfitującej w pokazy „półkowników” z czasu stanu wojennego, jeden z nich, "Wierna rzeka", ekranizacja powieści Stefana Żeromskiego o powstaniu styczniowym, przyniosła Jerzemu  Matuszkiewiczowi nagrodę za muzykę, a panu – za reżyserię. Czyż nie było ryzykowne powierzenie stworzenia partytury do filmu historyczno-kostiumowego jazzmanowi?
 
A czyż Matuszkiewicz nie napisał do "Wiernej rzeki" pięknej, klasycznej muzyki? Byłem pewien, że mu się to uda, bo znałem jego kompozytorską wszechstronność. Świadczyła o niej choćby różnorodność jego ilustracji muzycznych do moich filmów. A współpracowałem z nim, począwszy od "Pieczonych gołąbków" z 1966 roku. Znamy się jeszcze dłużej, jesteśmy z tego samego rocznika studentów Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi, tyle że ja studiowałem reżyserię, a on, przyszły kompozytor – proszę sobie wyobrazić – sztukę operatorską. Od czasu studiów przyjaźnimy się, od lat mieszkamy po sąsiedzku. Moim zdaniem nagroda należałaby mu się również za motyw przewodni z komedii "Jak rozpętałem drugą wojnę światową", tylko że wtedy nie było jeszcze festiwalu.


Tadeusz Chmielewski, fot. Tomasz Urbanek/ East News 
 
Wracając do tego z „półkownikami”, na którym – przypomnę – Wierną rzekę nagrodzono także za reżyserię, chciałem zapytać, czy ma pan własną filozofię tej najważniejszej z pańskich profesji filmowych?
 
Trudno w to uwierzyć, ale kiedy zdawałem do Szkoły Filmowej, a nawet jeszcze przez jakiś czas na studiach, sądziłem, że reżyser to ktoś, kto opisuje wszystko, co ma znaleźć się na ekranie. Nie wiedziałem, że jest to zadanie scenarzysty, nie słyszałem o kimś takim. Może dlatego potem do większości swoich filmów sam pisałem scenariusze i starałem się mieć filmy poniekąd „wyreżyserowane” już na papierze oraz w okresie przygotowawczym. Realizację poprzedzała na ogół drobiazgowa dokumentacja, toteż od pierwszego do ostatniego dnia na planie zdjęciowym wiedziałem, gdzie postawić kamerę, ile czasu ma trwać ujęcie, jak powinno być kadrowane i tak dalej. Przykładowo: zanim w wybranym przeze mnie i scenografa Bolesława Kamykowskiego zamku Czocha koło Gryfowa Śląskiego ruszyły zdjęcia do filmu "Gdzie jest generał…", spędziłem w nim kilka dni, nasiąkając atmosferą jego komnat, dziedzińców i krużganków. Film właściwie powstał już wtedy, bo poznałem możliwości, jakie dawała mi tamta sceneria, wiedziałem, co i jak mogę w niej nakręcić.

Tak, tylko że podczas zdjęć, w tę scenerię wkroczyli żywi ludzie: przede wszystkim aktorzy, którzy postacie, stworzone przez pana w scenariuszu, wypełnili własnymi osobowościami. Ekipa z autorem zdjęć na czele zapewne też wniosła swoje pomysły…
 
Ależ oczywiście! Już po pierwszych dniach zdjęciowych z Elżbietą Czyżewską i Jerzym Turkiem zorientowałem się, że Marusia i Orzeszko będą innymi ludźmi niż ci, których sobie wymyśliłem. Skorygowałem scenariusz w taki sposób, żeby w pełni wykorzystać potencjał tych dwojga wspaniałych aktorów. Muszę zresztą przyznać, że aktorzy często mnie zaskakiwali. Emil Karewicz jako hitlerowiec przesłuchujący Franka Dolasa w "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" tak zabawnie łamał sobie język na Grzegorzu Brzęczyszczykiewiczu i Chrząszczybrzewoszycach w powiecie Łękołody, że ja i pozostali członkowie ekipy zasłanialiśmy rękami usta, by nasz śmiech nie zakłócił zapisu dźwięku. Wspomniał pan o autorze zdjęć. Mój debiut, komedię "Ewa chce spać" z 1957 roku, sfotografował Stefan Matyjaszkiewicz. Mój pierwszy film barwny i najbardziej warszawski z wszystkich, jakie zrobiłem – "Nie lubię poniedziałku"Mieczysław Jahoda. Złego słowa nie mogę powiedzieć o tych operatorach. Jednak najbliższy był mi zawsze – i jest – Jerzy Stawicki. Jako autor zdjęć współpracował ze mną przy wszystkich pozostałych filmach. I to nie dopiero od pierwszego dnia zdjęć, ale od najwcześniejszych przygotowań. Lojalnie realizując moje koncepcje wizualne, zawsze wnosił do nich coś twórczego od siebie. To wielki artysta i wspaniały człowiek, mój oddany przyjaciel, z którym współpracę nawiązałem już na studiach. Teraz co dzień do siebie telefonujemy, tak po prostu, żeby zapytać, co słychać, czy wszystko w miarę w porządku, bo obaj, co tu kryć, nie jesteśmy już najmłodsi i w pełni sił. W tych pogaduszkach wspominamy nieraz nasze stare dzieje.
 
Cofnijmy się do czasów względnie nowych i wróćmy do wątku festiwalowego. W 1998 roku na festiwalu w Gdyni komedia Jacka Bromskiego "U Pana Boga za piecem" zdobyła m.in. nagrodę za pański scenariusz, później nominowany także do Orła – Polskiej Nagrody Filmowej. Jednak z czołówki filmu wycofał pan swoje nazwisko, zastępując je pseudonimem Zofia Miller. W świetle sukcesów scenariusza zakrawa to na paradoks.
 
Chcę od razu zaznaczyć, że bardzo cenię Jacka Bromskiego za to, co robi dla naszego środowiska będąc prezesem Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Co więcej, uważam "U Pana Boga za piecem" za zgrabną komedię. Tyle, że nie był to już „mój” film – zmiany wprowadzone przez reżysera tak dalece rozminęły się z wyjściowym scenariuszem, któremu nadałem tytuł "Ave Marusia", i w którym starałem się opowiedzieć prostą historię o sympatycznej Rosjance ulegającej zauroczeniu polską prowincją, i w ogóle naszym krajem, że nie mogłem firmować ich własnym nazwiskiem. Z drugiej strony jako szef Studia Filmowego „Oko”, które było jednym z producentów komedii Bromskiego, musiałem zachować się profesjonalnie i odpowiedzialnie, utrzymując nad filmem opiekę współprodukcyjną. Studio otoczyło nią także obie kontynuacje – "U Pana Boga w ogródku" i "U Pana Boga za miedzą", ale scenariuszowo nie miałem z nimi już nic wspólnego. Notabene, pierwsza z nich otrzymała w Gdyni w 2007 roku Nagrodę Specjalną Jury.

Ma pan w dorobku filmy poważne. Dwa wybitne – "Wśród nocnej ciszy" i "Wierną rzekę" oraz sprawnie zrealizowany kryminał "Dwaj panowie „N”" .  Domeną pańskiej twórczości stały się jednak komedie. Co o tym przesądziło?
 
Kiedy na czwartym roku studiów w Szkole Filmowej zostałem asystentem reżysera, a ściślej reżyserów – Jana Batorego i Henryka Hetchtkopfa – przy "Podhalu w ogniu", wiedziałem, że nieubłaganie zbliża się moment, w którym przyjdzie mi zaproponować publiczności coś własnego. Zastanawiałem się, czym by tu zadebiutować, żeby płacić możliwie najmniejszą daninę na rzecz ustroju i władzy, która – mówiąc w uproszczeniu – dawała pieniądze na filmy. Kryminałem? Czemu nie – można byłoby się w nim wykazać umiejętnościami dramaturgicznymi, zbudować niezły suspens. Zaraz jednak uświadomiłem sobie, że przestępcę musiałaby wytropić i schwytać „ukochana” Milicja Obywatelska, a gdybym zdecydował się na kryminał rozgrywający się przed wojną, musiałbym pewnie przyłożyć policji sanacyjnej, do czego też się nie paliłem, choćby ze względu na mego ojca, który był policjantem. Nawet po Październiku nie było jeszcze dobrego klimatu dla takiego filmu, jak późniejsze "Wśród nocnej ciszy". Zatem kryminał odpadał. Stosunkowo najbardziej neutralna wydała mi się komedia. Nauczony przez Antoniego Bohdziewicza, wspaniałego profesora Szkoły Filmowej, dzięki któremu stałem się reżyserem, uważnie śledziłem prasę w poszukiwaniu ewentualnych tematów na film. W jednej z gazet znalazłem wzmiankę o tym, że pewien chłopak o dwa dni za wcześnie przyjechał do miasta, w którym miał rozpocząć naukę. Z powodu chwilowego braku miejsca na nocleg przyjął ofertę milicji – nocował na komisariacie. Znów ta milicja! Ale z czasem przeobraziła się w fikcyjną policję, a wszystko miało dziać się w nienazwanym mieście, w nocy, co także odrealniało całą sytuację. Dzięki tym zabiegom, choć publiczność wychwytywała aluzje do rzeczywistości PRL, nikt nie mógł mi zarzucić ani kpienia sobie z Milicji Obywatelskiej, ani chęci przypodobania się rządzącym. Tak brzmi odpowiedź na pańskie pytanie, dlaczego postawiłem na komedie i taka jest geneza mego debiutu – komedii "Ewa chce spać". Wdzięku przydało filmowi zastąpienie chłopaka z notatki prasowej dziewczyną na ekranie: tytułową Ewą. Zagrała ją siedemnastoletnia Barbara Kwiatkowska, również debiutantka.


"Ewa chce spać", reż. Tadeusz Chmielewski, fot. SF Kadr/Filmoteka Narodowa

Komedia uchodzi za najtrudniejszy, obok kryminału, gatunek filmowy. Czy wobec tego debiutowanie komedią było z pana strony aktem odwagi?
 
Żywiłem oczywiście pewne obawy, ale ponieważ chciałem wykreować świat śmieszny, a przy tym ciepły, ukazać z odcieniem sympatii nawet raczej negatywne postacie, i z nikogo nie szydzić – co zresztą stało się moją dewizą we wszystkich komediach – wierzyłem, że mi się uda.
 
Udało się jeszcze jak: debiut – i od razu Złota Muszla oraz Nagroda Związku Scenarzystów Hiszpańskich za scenariusz na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w San Sebastian. Po niemiłosiernie skrytykowanej, w istocie bardzo niedocenionej, komedii "Walet pikowy" i kryminale "Dwaj panowie „N” " porwał się pan na komedię wojenną "Gdzie jest generał…", która podobała się recenzentom i przyciągała tłumy do kin. Mniej więcej w tym samym czasie, niespełna dwadzieścia lat od zakończenia wojny, z niemniejszym powodzeniem, sił w tym gatunku spróbował Stanisław Lenartowicz, kręcąc Giuseppe w Warszawie. Wspomniał kiedyś, że niepokoił się, jak jego film zostanie przyjęty. W stolicy stały jeszcze ruiny, pamięć o okupacji była świeża, a tu polski reżyser robi o tamtych potwornych czasach komedię. Czy pana nurtowały podobne wątpliwości?

Wydają mi się one nie całkiem uzasadnione. Przecież zarówno Lenartowicz w swoim filmie, jak i ja w obydwu moich komediach wojennych, nie mieliśmy zamiaru kalać pamięci o wojnie i jej ofiarach. Bazowaliśmy jedynie na autentycznym humorze okupacyjnym, który był bronią Polaków w walce z hitlerowcami, jedną z form oporu, zwłaszcza w Warszawie. Lenartowicz i ja przetarliśmy szlaki dla polskiej komedii wojennej, toteż "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" kręciłem na przełomie lat 60. i 70. nie mając już żadnych dylematów moralnych, zwłaszcza, że od okupacji upłynęło wtedy jeszcze więcej czasu. W tym filmie prawdziwy był nie tylko humor. Wiele rzeczywistych cech naszych rodaków skupiał w sobie główny bohater, szeregowiec Franek Dolas – trochę pechowiec pakujący się w przeróżne tarapaty, trochę spryciarz, ale też romantyk i sowizdrzał z ułańską fantazją, zdolny do poświęceń. Nie mogłem wybrać do tej roli lepszego aktora od Mariana Kociniaka, ale trzeba też pamiętać, że samą postać przeniosłem na ekran z powieści Kazimierza Sławińskiego „Przygody kanoniera Dolasa”.

Działał pan w byłym Komitecie Kinematografii, wykładał w Szkole Filmowej w Łodzi oraz na warsztatach scenariopisarskich dla literatów w Warszawie. Zasiada pan w Polskiej Akademii Filmowej. Pańskim „dzieckiem” i oczkiem w głowie jest Studio Filmowe „Oko”, do którego jeszcze w naszej rozmowie wrócimy. Zacznijmy jednak od wieloletniej działalności w SFP, którego jest pan członkiem-założycielem. Na kolejnych walnych zjazdach powierzano panu funkcje: przewodniczącego Sekcji Filmu Fabularnego, sekretarza, wreszcie wiceprezesa naszej organizacji. Był pan pierwszym przewodniczącym działającego w jej strukturach Związku Autorów i Producentów Audiowizualnych ZAPA. Jak ta cała aktywność stowarzyszeniowa zapisała się w pańskiej pamięci, co było w niej najważniejsze?
 
Mądry wybór, jakiego dokonałem, nie godząc się na to, aby na VI Walnym Zjeździe, który obradował w grudniu 1983 roku, jeszcze w napiętej atmosferze stanu wojennego, wybrano mnie prezesem. Wcześniej, w czerwcu, funkcji tej zrzekł się Andrzej Wajda, cieszący się poparciem większości  środowiska, ale niechętnie widziany przez władze, które zdaje się w ogóle uzależniły dalsze istnienie SFP od pozbycia się reżysera "Człowieka z żelaza" z gremiów kierowniczych organizacji. Wajda, samemu składając rezygnację, przedłożył dobro Stowarzyszenia nad własne. Na owym VI Walnym Zjeździe Kazimierz Kutz ostro zaatakował Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, więc w wyborach prezesa SFP otrzymał najwięcej głosów, wszak uczestnicy Zjazdu przeważnie podzielali jego poglądy, byli związani z Solidarnością i potępiali stan wojenny. Ale Kutz nieoczekiwanie odmówił prezesowania, twierdząc, że ono go nie interesuje. Drugie miejsce w głosowaniu zająłem ja, ale też odmówiłem. Wtedy nie mogłem powiedzieć otwarcie, dlaczego. Dziś mogę. Otóż po krytykującym partię wystąpieniu Kutza, pewna grupa aktywistów partyjnych agitowała przeciwko wybraniu go prezesem, zachęcając do głosowania na mnie, jako osobę nie zacietrzewioną, którą chyba faktycznie byłem i jestem. Nie chciałem jednak zostać prezesem z partyjnego nadania, o czym poinformowałem wówczas tylko Jerzego Kawalerowicza. Trzeci na liście pod względem ilości zdobytych głosów był Janusz Majewski. Okazał się bardzo dobrym prezesem na trudne czasy. Dodam, że przez wiele lat dawna siedziba Stowarzyszenia, przy ulicy Puławskiej, była moim drugim domem. Jeśli akurat nie pracowałem na planie, dzień w dzień spędzałem w niej na załatwianiu różnych spraw długie godziny. Mam jeszcze dawne kalendarze, w których skrzętnie notowałem terminy wszystkich spotkań, zebrań itp.

W dwa tygodnie po burzliwym VI Walnym Zjeździe SFP, na którym nie dał się pan wybrać na prezesa, 1 stycznia 1984 roku, powierzono panu kierownictwo artystyczne Zespołu Filmowego „Oko”. O ile wiadomo, też w gorącej atmosferze…
 
Niewiele brakowało, a padlibyśmy ofiarą naszej własnej uchwały, podjętej na zebraniu Sekcji Filmu Fabularnego SFP. Głosiła ona, że kierownikami artystycznymi powstających wówczas nowych zespołów filmowych mogli zostać wyłącznie reżyserzy o uznanym dorobku. Za uchwałą głosowała również większość członków partii, dlatego zaakceptował ją, choć rzecz jasna bez entuzjazmu, Wydział Kultury Komitetu Centralnego PZPR. W tej sytuacji, ówczesny wiceminister kultury i sztuki Jerzy Bajdor musiał się do niej zastosować, co też obiecał trzyosobowej delegacji Stowarzyszenia, w której wraz ze mną byli Jerzy Hoffman i krytyk filmowy Ryszard Koniczek. A ledwo obiecał – dotrzymał słowa, tylko że w taki sposób, iż nogi się pod nami ugięły. Zaproponował mianowicie odebranie Zespołu Filmowego „Silesia” Ernestowi Bryllowi, którego miałby zastąpić Mieczysław Waśkowski. Argumentował, że jest to przecież nasz kolega z SFP, znany reżyser. Ten „nasz kolega” był znany głównie z niszczycielskich zapędów wobec "Przesłuchania" Ryszarda Bugajskiego. Dwie godziny później Bajdor zatelefonował do mnie i powiedział, że wycofa się ze swojej propozycji, jeśli z wyboru środowiska zostanę kierownikiem artystycznym nowego zespołu. Środowisko na to przystało, ale ja swoją decyzję uwarunkowałem jeszcze zgodą władzy na zabranie pod moje skrzydła Brylla w charakterze kierownika literackiego. Otrzymałem ją. Tak narodziło się „Oko”.
 
I znów należy zapytać, co w ponad dwudziestopięcioletniej działalności Zespołu, a potem Studia, było dla pana najistotniejsze?
Dla mnie osobiście – możliwość sprawdzenia, czy doświadczenia, które zebrałem jako reżyser i scenarzysta, które mogło się przydać młodszym kolegom zgromadzonym w „Oku”. W tej materii nie byłem zresztą nowicjuszem, gdyż przedtem, należąc przez pewien czas do utworzonego przez Andrzeja Wajdę Zespołu Filmowego „X”, w którym zrobiłem "Wśród nocnej ciszy" i "Wierną rzekę", wraz z jego kierownikiem literackim Bolesławem Michałkiem – wybitnym krytykiem i moim wielkim przyjacielem – konsultowałem scenariusze młodych wówczas twórców kina moralnego niepokoju. Za najważniejsze dla samego „Oka” uważam to, że znalazło się w nim miejsce dla kina artystycznego. I to zarówno w okresie ogólnej mizerii artystycznej filmu polskiego po stanie wojennym, czego dowodzi m.in. "Kobieta z prowincji" Andrzeja Barańskiego, równo trzydzieści lat temu entuzjastycznie przyjęta na festiwalu w Gdańsku, jak i w czasach chaosu wywołanego transformacją ustrojową państwa, które również nie sprzyjały twórczości ambitnej. O tym, że w „Oku” nawet wtedy o niej nie zapomnieliśmy, świadczą choćby obsypane prestiżowymi nagrodami "Wrony" Doroty Kędzierzawskiej. „Oko” ponadto wykorzystało szansę, jaką stworzyła kinematografii Telewizja Polska, otwierając się na współpracę przy filmach średniometrażowych i serialach. Stanisław Jędryka nakręcił ciekawy dramat okupacyjny "Umarłem, aby żyć", a Janusz Dymek – kontrowersyjny, lecz dzięki temu głośny serial "Tulipan". Przykłady można by mnożyć.


"Nie lubię poniedziałku", reż. Tadeusz Chmielewski, fot. Jerzy Stawicki/SF Kadr/ Filmoteka Narodowa

W trudnych warunkach ekonomicznych, w jakich przynajmniej w pierwszym dziesięcioleciu swego istnienia działało „Oko”, łatwo o konflikty, nieporozumienia. Jaka atmosfera panowała w Zespole?
 
Ależ właśnie atmosfera była najwspanialsza ze wszystkiego! Przyjazna, rodzinna. Powstawały filmy lepsze i gorsze, brakowało a to pieniędzy, a to możliwości, a to mocy przerobowych. Czasem człowiek zawiódł, bo był tylko człowiekiem. Lecz dzięki dobrej atmosferze jakoś wszystko zawsze udawało się – jak mówi dziś młodzież – „ogarnąć”. Wielka w tym zasługa naszego szefa produkcji, Jana Włodarczyka. To był fantastyczny menedżer – bardzo inteligentny i pracowity, nie było dla niego rzeczy niemożliwych. Tak… Bohdziewicz, Bolo Michałek i Jasio Włodarczyk to chyba trzej ludzie, którym najwięcej zawdzięczałem w życiu.

No i chyba komuś jeszcze…
Jasne! Mojej żonie i wieloletniej asystentce na planie, Halinie. Jest cały czas przy mnie i rozkłada nade mną parasol ochronny: kiedy pojawiają się problemy – bierze je na siebie.

Oglądając się wstecz na swoje długie, twórcze życie, co by pan uznał w nim za najcenniejsze?
 
Bardzo ważna dla mnie zawsze była moja rodzina, a obok niej chyba to, że raczej w ogóle nie miałem wrogów, i że swymi filmami, zwłaszcza komediowymi, dałem widzom, jak sądzę, trochę radości. Dziś, kiedy jestem outsiderem, który od lat nie stoi przy kamerze i już aktywnie nie działa w SFP, radością napawają mnie sukcesy kina polskiego w ostatnich latach. Młodych, utalentowanych filmowców przybywa nam lawinowo. Przychodzą – nie tak jak my – wyłącznie z łódzkiej Szkoły Filmowej, zresztą bardzo przeze mnie cenionej, lecz z różnych uczelni, w których zgłębiają tajniki kina. A czasem i bez wykształcenia specjalistycznego wykazują się nie lada zdolnościami.

Fakt, że otrzyma pan w Gdyni Platynowe Lwy – kolejne trofeum za całokształt twórczości po Nagrodzie Stowarzyszenia Filmowców Polskich i Orle – chyba również sprawia panu radość?
 
A jakże! Mam nadzieję, że zdrowie pozwoli mi odebrać nagrodę osobiście, wtedy podziękuję za nią ze sceny. Już teraz jednak, korzystając z okazji, czyli gościnnych łamów „Magazynu Filmowego”, chciałbym wyrazić wdzięczność Komitetowi Organizacyjnemu Festiwalu, jego Radzie Programowej oraz naszemu Stowarzyszeniu, bowiem te gremia decydują o przyznaniu Platynowych Lwów.

Panie Tadeuszu, tym tonem może przemawiać twórca wyłącznie filmów poważnych, a przecież pan jest jednak głównie mistrzem polskiej komedii. Więc może na koniec coś bardziej w tym stylu…
 
Niech będzie. Oświadczam zatem, że w zupełności wystarczyłby mi jeden Lew i wcale nie musi być z platyny!
Andrzej Bukowiecki
Magazyn Filmowy SFP, 49/2015
  9.01.2016
fot. Tomasz Urbanek/ East News
In memoriam: Adam Walaciński
Chmielewski - realistyczny surrealista?
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll