PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
start
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
start
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
start
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
start
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
start
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
start
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Połącz
Logowanie
Rejestracja
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
MENU
BAZA WIEDZY
FABUŁA
Niedawno, w przerwie zdjęć do nowego filmu Andrzeja Wajdy "Powidoki" realizowanych w Łodzi, Bogusław Linda powiedział dziennikarzom, że: „dzisiaj to miasto jest umarłe, to miasto meneli”. Wypowiedź stała się głośna, wielu łodzian zbulwersowała, ale aktor nie wycofał się z niej. Dodał tylko, że kocha to miasto.
Wyjaśnił zresztą, o co dokładnie mu chodzi – o to, że: „Łódź filmowa umarła, a kiedyś była tu Wytwórnia, a Wytwórnia to ludzie, których zatrudniała, czyli montażyści, dźwiękowcy, oświetleniowcy, statyści i wiele innych osób (…). Miasto popełniło straszny błąd, zamykając Wytwórnię. Teraz to już jest nie do odtworzenia”.

No, właśnie, to „se ne vrati”. Dawna Wytwórnia Filmów Fabularnych przy ulicy Łąkowej 29 powstała tuż po wojnie, w roku 1945. Upadła w końcu lat 90. ubiegłego wieku. Dzisiaj na jej miejscu stoi elegancki hotel Hilton i działa kilka nowych firm. W  okresie swojej największej prosperity (w latach 70.) WFF zatrudniała 1200 pracowników wykonujących ponad czterdzieści zawodów związanych z produkcją filmową (m.in. takich, jak: budowniczy dekoracji, perukarz, sztukator, imitator dźwięku, mikrofoniarz, makieciarz). Na halach zdjęciowych, w pracowniach scenograficznych i krawieckich, w stolarniach, montażowniach i studiach dźwiękowych powstawało kilkanaście filmów kinowych rocznie oraz filmy i seriale telewizyjne. Współtworzono rozmaite  dzieła – słabe i dobre, ale także wybitne, nominowane do Oscara (np. "Ziemię obiecaną", "Potop", "Faraona" czy "Noce i dnie").

Jednym z najgłośniejszych filmów realizowanych w łódzkiej Wytwórni była "Seksmisja" w reżyserii Juliusza Machulskiego. W kinach obejrzało ją 12 mln widzów. To było niesamowite, albowiem film powstawał w ponurym czasie – końcówce stanu wojennego. Machulski miał wówczas 28 lat, na koncie udany "Vabank".

„Przeglądając książkę o prognozach na XXI wiek, w rozdziale poświęconym genetyce, natrafiłem na pojęcie partenogenezy. Kiedy dotarło do mnie, że kiedyś mężczyźni będą niepotrzebni, postanowiłem zrobić o tym film” – tłumaczył po latach genezę powstania "Seksmisji". Napisał scenariusz o dwóch mężczyznach, którzy w roku 1994, w celach naukowych, poddają się hibernacji. Budzą się w 2044 roku i dowiadują się, że są już jedynymi przedstawicielami płci męskiej, którzy przetrwali wybuch bomby jądrowej. Męskie geny wyniszczyło promieniowanie, a kobiety rozmnażają się teraz poprzez partenogenezę. Bohaterowie filmu postanawiają przywrócić światu jego dawny stan. Podejmują się… seksmisji.

Jerzy Kawalerowicz, szef Zespołu Filmowego „Kadr”, powiedział Machulskiemu, że taki film science fiction będzie za drogi i zbyt skomplikowany dla polskiej kinematografii, Rozwiązaniem miała być koprodukcja z Czechami, ale do niej nie doszło. „Jak się rozeszło, że nie będę robić "Seksmisji", dostałem mnóstwo propozycji z innych zespołów i dopiero wtedy Kawalerowicz zgodził się na jej realizację” – zdradził Machulski. Kierownik produkcji, AndrzejSołtysik, wspominał: „Kiedy przeczytałem scenariusz, spadłem z krzesła. Jak to zrobić? Trzeba było uruchomić wyobraźnię, którą dziś zabijają komputery. Bo są gotowce. Natomiast wtedy trzeba było wysilić do ostatnich granic zmysł kreacji”. Tym bardziej, że wszystkiego brakowało. Metr negatywu taśmy Kodaka kosztował dolara! Unikało się więc dubli, oszczędzało. Do budowy dekoracji potrzebne było pleksi. Aby je pozyskać, zgodę musiał wyrazić… Sztab Generalny Wojska Polskiego, bo płyty pleksi to był wówczas „surowiec strategiczny”. Za scenografię odpowiadał Janusz Sosnowski, autorem zdjęć był Jerzy Łukaszewicz. „A ja miałem dla siebie niemal całą Wytwórnię” – wspominał Machulski. „Mimo to, brakowało nam miejsca na halach! Bywało tak, że kręciliśmy scenę w izolatce, a nad nami w tym samym czasie, ekipa budowlana stawiała dekorację parlamentu kobiet. Nad głowami słyszeliśmy stukanie młotków i wizg wiertarek”

Pracownicy WFF żyli filmem. Pracowali z oddaniem. „Znałem wszystkich stolarzy, wszystkich elektryków, jak wchodziłem na halę, witali mnie z uśmiechem, pytali: co dzisiaj będzie kręcone. To było niepowtarzalne” – opowiadał po latach reżyser "Seksmisji" – oryginalnej, prześmiewczo-groteskowej komedii, która wciąż potrafi zachwycać. Aczkolwiek Amerykanie uznali ją za… seksistowską. A polska cenzura wycięła kilka scen. Dzisiaj scenariusz "Seksmisji" też mógłby mieć kłopoty…

Stanisław Zawiśliński
Magazyn SFP nr 1/2016
  16.04.2017
fot. SF Kadr/Filmoteka Narodowa
W dialogu z Kieślowskim: inspiracje
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2017
Scroll