PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
MENU
WYDARZENIA
  9.01.2012

Z Joachimem Trierem o filmie "Oslo, 31 sierpnia" rozmawia Anna Bielak

Anna Bielak: Bardzo świadomie zdecydowałeś się rozpocząć zdjęcia do filmu pod koniec sierpnia, ponieważ twierdzisz, że wczesna jesień niesie ze sobą niecodzienną melancholię. Czym jest dla ona dla ciebie? Czym melancholia jest dla Andersa, bohatera twojego filmu?

Joachim Trier: Melancholia jest dla mnie pewnego rodzaju akceptacją daremności ludzkich wysiłków podejmowanych w imię ochrony rzeczy, które przeminą bez względu na wszystko. Ostatni dzień lata kojarzy mi się z końcem, upadkiem, odejściem, które jest nieuniknione. Popadanie w melancholię to też sposób na radzenie sobie ze śmiercią, przepracowywanie dramatu. Kiedy widzisz bardzo dojrzały owoc wiesz, że jeszcze chwila i zacznie on gnić. Póki to jednak nie nastąpi, rozkoszujesz się nim…


Kadr z filmu "Oslo, 31 sierpnia", fot. Aurora Films

A.B.: Nie mija tylko kryzys, o którym opowiadasz. Kryzys, który dotyka pokolenie trzydziestolatków. "Oslo, 31 sierpnia" jest filmem, w którym sięgasz do doświadczeń, jakie masz za sobą?

J.T.: Tak, mam bardzo osobiste podejście do tematu, który poruszam. Czasem, kiedy słyszysz jakiś muzyczny kawałek, coś sobie przypominasz. Kiedy oglądasz film, patrzysz na fotografię – uczysz się akceptować pewne rzeczy. Przez całe życie oglądałem bardzo dużo różnych filmów, jednak z jakichś powodów dopiero trzy lata temu – po trzydziestce, zobaczyłem „Błędny ognikLouisa Malle’a. Dopiero ten portret samotności sprawił, że zrozumiałem siebie samego i swoje emocje. Kiedy kończysz trzydzieści lat zauważasz, że większość ludzi wokół zakłada rodziny, na świat przychodzą dzieci, a ty nagle zdajesz sobie sprawę, że nie jesteś już dwudziestotrzyletnim marzycielem patrzącym w przyszłość z wielkimi nadziejami. Musisz raczej zaakceptować moment, w którym jesteś teraz. Pod tym względem film jest bardzo związany z moimi intymnymi doświadczeniami. Główny bohater jednak definitywnie nie jest moim alter ego. Nigdy nie miałem problemów z narkotykami, choć znam wiele osób, które miały i ich historie nigdy nie zostały opowiedziane. Podczas pisania scenariusza inspirowaliśmy się też francuską książką z 1931 roku – „Le Feu FolletPierre’a Drieu La Rochelle’a. Przekuwaliśmy jej motywy wykorzystując własne doświadczenia, temu nie da się zaprzeczyć.


Kadr z filmu "Oslo, 31 sierpnia", fot. Aurora Films

A.B.: Samotny nie jest tylko Anders i jego koledzy, którzy nie założyli rodzin. Czasem wydaje się wręcz, że małżonkom samotność doskwiera znacznie bardziej…

J.T.: … ponieważ są różne odmiany samotności. Życie Andersa jest pozbawione stabilnej struktury. Chłopak opuszcza klinikę odwykową. Dostaje szansę na tzw. „drugie narodziny”. Znajduje się w punkcie wyjścia, z którego obserwuje, jak potoczyły się losy jego znajomych. Podczas zbierania materiałów do filmu rozmawiałem z niezwykle inteligentnym mężczyzną po odwyku, który powiedział mi, że jeszcze rok po opuszczeniu szpitala, kiedy wchodził do sklepu, mechanicznie wkładał ręce do kieszeni, żeby nikt nie pomyślał, że właśnie po coś sięga, ponieważ chce to ukraść (jak dawniej). Akceptacja samego siebie – szczególnie nowego samego siebie jest niezwykle trudnym i długim procesem. Zaakceptowanie i realizowanie tradycyjnego modelu rodziny też nie jest łatwe, też może powodować poczucie zagubienia i samotności. Są również ludzie, którzy potrzebują czuć się wolni, żeby funkcjonować – nawet za cenę jeszcze większej samotności. Nie chcę jednak generalizować, a przykładów jest nieskończenie wiele.


Kadr z filmu "Oslo, 31 sierpnia", fot. Aurora Films

A.B.: Skoro zahaczyliśmy o wątek rodziny, pomówmy chwilę o twojej. Wychowałeś się w gronie niemal samych filmowców.

J.T.: O tak! Przez mój dom przeszła wręcz parada filmowców! Mój dziadek ze strony mamy był reżyserem, ale przestał realizować filmy po II wojnie światowej i traumie, jaką przeżył na froncie. Był też jazzmanem i jego pierwsze filmy miały niezwykle interesujący, trochę mroczny charakter. Moja mama bardzo dużo podróżowała, zrealizowała kilka dokumentów na temat emancypacji kobiet w Afryce. Mój tata to dźwiękowiec. Mój młodszy brat też zajął się kręceniem dokumentów, wcześniej zrobił również wiele teledysków muzycznych znanych z międzynarodowych stacji telewizyjnych. Jest też autorem dokumentu o norweskich handlarzach bronią, ociera się w nim o czarną komedię… Moja siostra jest nieco mądrzejsza [śmiech], to fotosistka na planach filmowych.


Kadr z filmu "Oslo, 31 sierpnia", fot. Aurora Films

A.B.: Twoja rodzina jest ogromna. Co stało się z rodziną Andersa w filmie? Widzimy jego dom, wchodzimy do niego, ale w środku jest pusto…

J.T.: To właśnie przejaw melancholii, o którą pytałaś – obecność pustki. To był zamierzony zabieg dramaturgiczny z mojej strony. Anders spotyka wielu znajomych, ale kiedy wraca do domu – tam gdzie powinien czuć się dobrze z najbliższymi – dostrzega, że wokół jest pusto. Chciałem stworzyć bardzo subiektywny rodzaj narracji, pokazać świat głównie z perspektywy jednego bohatera. Pustka w domu mówiła więc więcej, niż mogliby powiedzieć rozgadani członkowie rodziny. To Anders jest kluczem do okrywania historii.

A.B.: W twoim pierwszym filmie – „Reprise” bardzo ważną rolę pełnił wątek literacki. W "Oslo, 31 sierpnia" najlepszy przyjaciel Andersa, Thomas jest dziennikarzem…

J.T.: Hans Olav Brenner? Tak, to poza tym niezwykła postać. Hans nie jest aktorem i nigdy wcześniej nie grał w filmie. Pisałem scenariusz z myślą o Andersie Danielsenie Lie. Problem pojawił się wtedy, gdy musiałem znaleźć dla niego przyjaciela, z którym dobrze by się zgrał. Żaden ze znanych norweskich aktorów nie nadawał się do tej roli, nie był w niej naturalny, a na wielkim, kinowym ekranie nie da się udawać. Co więc zrobiliśmy? Zatrudniliśmy przyjaciela Andersa, to prezenter telewizyjny, dziennikarz. Przeprowadził w życiu wiele wywiadów, jest bardzo oczytany, okazał się świetnym słuchaczem, a to były najważniejsze umiejętności potrzebne do zagrania roli Thomasa. Wracając do wątków literackich – nie chcę tu udawać eksperta – raz zostałem prawie wyrzucony z liceum, bo tak zajęła mnie pasja do robienia filmów. System edukacji w Norwegii jest jednak bardzo interesujący, większość uniwersyteckich wykładów jest otwarta, więc czasem znajomi do mnie dzwonią mówiąc: „W środę jest ciekawe seminarium na temat filozofii Fryderyka Nietschego, idziemy?” [śmiech]. Nigdy nie byłem regularnym studentem, ponieważ zawsze chciałem robić filmy, więc autentycznie korzystam z takich okazji w wolnych chwilach. Zresztą kiedy chce się zrobić film z tak dużą ilością dialogów jak w „Oslo…”, dobrze jest mieć w ekipie inteligentnych ludzi, którzy potrafią mówić nawet do ściany. Dać się zaskoczyć, kiedy ktoś puka do twoich drzwi i chce rozmawiać o życiu. To trudne, to podstępne, to interesujące, to eksperyment.

A.B.: Anders Danielsen Lie to też trochę eksperyment. Anders jest lekarzem, skończył studia, pracuje w szpitalu, gra w twoich filmach po godzinach…

J.T.: Anders jest niesamowicie utalentowany, to też muzyk! Poznałem go, kiedy przyszedł na casting do „Reprise”. Jego mama jest aktorką, on zagrał wcześniej tylko w jednym filmie jako dziecko. Kiedy stanął przede mną na castingu, cały czas mówił tylko o Pasolinim, ale w bardzo zabawny sposób. To było niezwykłe. Zaintrygował mnie. Po realizacji „Reprise” wrócił do pracy w klinice, która udzielała darmowych porad seksualnych nastolatkom. Było to dosyć niekomfortowe, ponieważ po premierze „Reprise” został okrzyknięty w Norwegii najbardziej seksownym mężczyzną roku [śmiech]. Teraz jest lekarzem i chce nim być w przyszłości.

A.B.: Dlaczego bohater nosi takie samo imię jak odgrywający jego rolę aktor? Mieszanie fikcji z rzeczywistością jest celowym zabiegiem z twojej strony?

J.T.: Używałem jego prawdziwego imienia pisząc scenariusz, a potem nie mogłem już go zmienić. Przykleiło się do bohatera. Zresztą dziewczyna, która szuka Andersa w filmie – Iselin – to jego prawdziwa żona. W filmie rolę epizodyczną gra też mój brat, przysłuchuje się jednej z rozmów na imprezie. Na planie cały czas było mnóstwo znajomych. Komunikowanie się z nimi było dla mnie bardzo istotne. Badanie czy rozumieją to, co chcę powiedzieć lub z drugiej strony – czy nie jestem zbyt dosłowny.

A.B.: Rozumieją cię trzydziestolatkowie, co z młodszą widownią?

J.T.: Mam nadzieję, że przeżycia bohatera nie są im całkowicie obce. Kiedy oglądałem „Klub winowajców”Johna Hughesa byłem dużo młodszy niż jego bohaterowie, ale chyba gdzieś podskórnie już czułem, że za kilka lat spotkają mnie podobne problemy [śmiech].

A.B.: Opowiadasz jednak o ciekawym problemie pokoleniowym. W maju 2011 roku w magazynie „The Guardian” ukazał się artykuł Amelii Hill o kryzysie dopadającym ludzi po dwudziestce, o depresji, niezadowoleniu i emocjonalnym rozedrganiu. O ludziach, którzy mają rodziny lub nie, mają pracę bądź o nią walczą, są w związku albo szukają partnera – w każdej sytuacji są niezadowoleni.

J.T.: Widzę to wszystko wokół siebie. Może dlatego tak trudno mi o tym opowiadać, łatwiej było pokazać na ekranie? Staram się być uczciwy wobec siebie, ale nie chcę przyjmować roli zbawiciela swojego pokolenia borykającego się z problemami. Mam prawo do opisu tego, jak się ubierają, o czym rozmawiają, w jaki sposób okazują sobie uczucia lub nienawidzą samych siebie.

A.B.: Jeśli popatrzymy na „Oslo…” w tym kontekście łatwo zauważyć, że film nie jest tylko historią Andersa, to też opowieść o mieście. Dla mnie każde miejsce ma swoją własną muzykę. Jaka jest ta, która rozbrzmiewa w Oslo?

J.T.: Absolutnie! To też historia o mieście. Bardzo interesuje mnie obserwacja miejsc i tego, jak przechowują pamięć, jak w tym czasie się zmieniają… Zmienia się też ich brzmienie. Słucham mnóstwo muzyki i mam za sobą epizody z wieloma gatunkami i stylami. Specyfiką Oslo, o czym warto wspomnieć, było to, że w latach osiemdziesiątych słuchano tam prawie wyłącznie zagranicznej muzyki – amerykańskiej lub angielskiej. Fala norweskich muzyków pojawiła się jakiś czas temu niespodziewanie i zalała rynek. W ciągu ostatnich dziesięciu lat pojawia się też coraz więcej filmów, które opowiadają o tym, co nas dotyczy, a nie starają się asymilować obce wzorce. Idziemy chyba w dobrym kierunku?

Film Joachima Triera "Oslo, 31 sierpnia" w kinach od 13 stycznia.

 

 

Anna Bielak
informacja własna
Ostatnia aktualizacja:  30.07.2012
Zobacz również
[wideo] Kate Winslet o pracy u Polańskiego
"Rzeź". Polański zastawia pułapkę
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2018
Scroll