PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Telewizja Polska obchodzi swoje 60 - lecie. Z tej okazji przypominamy najważniejsze zjawiska z jej historii. Ze Stanisławem Janickim, autorem programu "W starym kinie" rozmawia Jacek Dziduszko

Portalfilmowy.pl: Pracował pan w telewizji publicznej ponad 30 lat...


Stanisław Janicki: Dokładnie 32 lata.

PF: Miał pan więc okazję zaobserwować, co w tym czasie w TVP zmieniało.


SJ: Muszę pana rozczarować – nie byłem etatowym pracownikiem telewizji. Dlatego też trwałem tam aż tyle lat; nie byłem uzależniony od nikogo, nie byłem w żadnych układach, a wszelkie burze, które szalały na zewnątrz mnie nie dotyczyły. Mój program po prostu był – nikomu nie szkodził, nikt nie miał do niego pretensji – na tej zasadzie egzystowałem. Nigdy nie widziałem na oczy – i nie rozpoznałbym –'''krwawego'' Macieja Szczepańskiego, prezesa telewizji. Miałem do czynienia jedynie z nieżyjącą już Hanią Goszczyńską, czyli moją serdeczną koleżanką ze studiów i współtwórczynią ''Starego kina'', a ona moje prośby kierowała wyżej, do redakcji filmowej. Przez pewien czas byli to moi koledzy, bo znałem Jacka Fuksiewicza jeszcze z ''Filmu'' i Janusza Gazdę, z ''Ekranu''.

 
Początki programu Stanisława Janickiego, fot. TVP

PF: Na czym polegała więc pańska praca w telewizji?

SJ: Po prostu siadaliśmy z Hanią i ustalaliśmy jakie programy będziemy robić w najbliższym czasie. Ja wymyślałem temat, Hania załatwiała filmy. Po czym siadałem przy stole montażowym z wybranymi filmami do konkretnych programów – oglądałem te filmy i wybierałem stosowne fragmenty – wtedy to się nitkowało –  i do widzenia! W domu mając już stosowne fragmenty kombinowałem cały scenariusz. Potem o oznaczonej godzinie danego dnia pojawiałem się w studiu i nagrywaliśmy program.

PF: Pierwsze pańskie programy szły na żywo...


SJ: I to była atrakcja! Z jednej strony pot mi się lał strumieniami po grzbiecie, z drugiej była to podniecająca przygoda. Oczywiście ten okres, kiedy program szedł na żywo, od strony organizacyjnej wyglądał inaczej niż później, kiedy telewizja stawała się coraz bardziej, powiem szczerze, fabryką. Czułem się już trochę jak urzędnik. Wracając jednak do tego tematu - to były moje wszystkie kontakty z telewizją. No, dwa razy jeszcze dostałem nagrodę prezesa Radiokomitetu – na jednym rozdaniu w ogóle nie byłem, bo wtedy już robiłem filmy. Na drugim być może był nawet sam prezes telewizji.

PF: A z czasów, kiedy programy były nagrywane na żywo, utkwiły panu w pamięci jakieś anegdoty?

SJ: Pamiętam w szczególności dwie rzeczy. Nagrywaliśmy wtedy program o Eisensteinie w Pałacu Kultury. To się nazywało ''Przygoda meksykańska''.

PF: Czyli o ''Que Viva Mexico?''

SJ: Oczywiście. Ale mnie dosyć szybko znudziło to, że siedziałem przy stoliku, z tyłu czerwona kotara itd., więc wymyśliłem, że przy każdym moim kolejnym wejściu – bo wtedy ''W starym kinie'' to były programy o kinie, a nie wstępy do filmów – będzie inne tło. Mój scenograf, Rysio Radwański miał za zadanie zrobić kilka teł inspirowanych ikonografią meksykańską, czyli z kaktusami itd. Te stanowiska były gotowe. Nieszczęście polegało na tym, że w Pałacu Kultury wtedy ktoś przed nami też robił program. Wchodziliśmy do studia mając dziesięć minut czasu na przygotowanie. Nie było więc możliwości, żeby te stanowiska ustawić. Więc Rysio ustawił pierwsze, zaczął drugie – i tyle, bo już wchodziliśmy na antenę! Rozpocząłem opowieść o tej „Przygodzie Eisensteina” i zapowiadałem stosowny fragment filmu. Podczas jego emisji był czas na ustawienie następnego stanowiska. Nie muszę mówić, jaki to był suspens, czy zdążymy… ale zdążyliśmy.

Przypomina mi się też program o awangardzie francuskiej. Proszę sobie wyobrazić – program 1 TVP, niedziela, godzina 12:00, a tu awangarda lat 20. i 30. Nie wymądrzałem się o tym jakoś specjalnie, tylko starałem się przedstawić widzom, że był po prostu taki okres w kinie. No i miałem filmy z Filmoteki Narodowej, wtedy chyba jeszcze nawet z Filmowego Archiwum. Był tam między innymi ''Balet mechaniczny'' Fernanda Legera. Robię więc zapowiedź, film idzie, a ja patrzę. Telekino się pomyliło: puścili film od tyłu, w dodatku - do góry nogami! Najpierw mnie o mało szlag trafił, potem pomyślałem – niech leci, w końcu awangarda, byle tylko skończyli przed tytułem! Niestety, poleciał i tytuł, więc każdy mógł się zorientować, że coś poszło nie tak.


Stanisław Janicki, fot. KinoPolska

PF: ''W starym kinie'' ewoluowało przez lata – z programów o kinie ilustrowanych fragmentami filmów zmieniło się w filmowy seans z zapowiedzią. Ale kiedy ogląda się współczesne programy, choćby teleturnieje, widać jak często zmieniają się formaty – dynamika programu, scenografia, prowadzący. Pański program przez te 30 lat również musiał przechodzić jakieś zmiany.


SJ: Mnie ten gorset trochę uwierał, więc gdzie tylko się dało, starałem się coś zmieniać. Okazją do zmian były rozmaite rocznice. Proponowałem wówczas, żeby robić program w plenerze. Wymyśliłem cykl: „Moje pierwsze filmy”. To nie zawsze były debiuty – z Kawalerowiczem trudno było robić program o ''Gromadzie'', ale już o ''Celulozie'' i ''Pod gwiazdą frygijską'' prędzej. Wziąłem więc Kawalerowicza, Lucynę Winnicką i Józefa Nowaka do samochodu, wywlokłem do Włocławka i prosiłem, żeby odnajdywali miejsca, gdzie te filmy były robione. Pamiętam, stoimy, reżyser opowiada przez kamerą i nagle przychodzi taki chudziutki mężczyzna, po chwili ośmiela się i mówi do Kawalerowicza: ''Panie reżyserze, jak pan robił tę scenę z bezrobotnymi, czekającymi na pracę, to ja byłem jednym z nich''. Kawalerowicz zachwycony, kamera dalej idzie, a on mówi dalej: ''Wie pan, ale ja brałem udział w 1938 roku w strajku, który opisał pan Neverly a pan filmował''. Więc od razu poszliśmy na miejsce, gdzie stały barykady. W podobny sposób nakręciłem odcinki o Wajdzie, Zanussim, Konwickim, Sempolińskim, Munku (który już nie żył) oraz o Kutzu. Ten o Kutzu otwierał serię, uważam go za jeden ze swoich najlepszych reportaży. Zresztą, Kutz też był zadowolony – w Szopienicach, gdzie spędził dzieciństwo, fantastycznie opowiadał przed kamerą.

PF: A jednak Telewizja Polska zakończyła z panem współpracę pod koniec lat 90. Teraz realizuje pan swoje pomysły – także te, których nie udało się zrealizować na Woronicza – w Telewizji Kino Polska, dostępnej w kablówkach i platformach satelitarnych. Pytanie więc, czy dzisiaj w ogólnodostępnej telewizji nie ma już miejsca dla klasyki filmowej, kina przedwojennego?

SJ: Bez przerwy ludzie na ulicy zaczepiają mnie: „Dlaczego nie ma ‘Starego kina’?''. To był program, który w swoich czasach stanowił coś wyjątkowego, nie tylko dlatego, że pokazywał czasy przedwojenne, ale też klasykę kina światowego. Pewne znaczenie  – powiem nieskromnie – miał mój sposób mówienia, zachowania i zwracania się do widzów. Nigdy nie traktowałem widza jako kogoś, kto jest głupi i mam go pouczać. Program miał być niegłupi, ale też nie nudny. To wszystko.


PF: Konsekwentnie od lat trzyma się pan w swoich programach tematyki starego kina. Czyżby kino współczesne było poza kręgiem pana zainteresowań?


SJ: Stare kino przez lata było tylko moim hobby, bo zajmowałem się czymś innym – krytyką i publicystyką filmową. Do pewnego momentu – do 1973 roku, kiedy sam zacząłem robić filmy. Wtedy przestałem pisać o filmach innych. I od tej pory to jest moje główne zajęcie, choć teraz to hobby – stare kino – zajmuje mi znowu czasu niż kiedyś, tym bardziej że doszło nowe medium – radio. Mam od siedmiu już lat swoje cotygodniowe okienko (konkretnie „Odeon”) w RMF Classic.

PF: Skoro stare filmy odbiera się dziś jako ramotki, to co w nich jeszcze jest interesującego?


SJ: Początkowo telewizja w ogóle mnie nie interesowała. Byłem młodym, zapalonym krytykiem filmowym. Wtedy, w latach 60. w Polsce rocznie do kin wchodziło około 200 filmów, z czego połowa pochodziła z bloku wschodniego (w tym filmy polskie). Pozostałe 50 procent to były najciekawsze filmy z krajów kapitalistycznych, wybierane przez Filmową Radę Repertuarową, do której też należałem. To wówczas pojawili się na ekranach Bergman, Nowa Fala, odrabialiśmy też zaległości z kina amerykańskiego. Więc jeśli miałem do czynienia z takim repertuarem, to co mnie mogło interesować w telewizji? Jedynie teatr i lądowanie człowieka na Księżycu.
Telewizją się nie interesowałem, ale kiedy już zacząłem robić programy, o polskim filmie przedwojennym nie miałem zielonego pojęcia. Na studiach profesor Jerzy Toeplitz organizował nam projekcje, pokazując co ciekawsze filmy z historii kina. Raz zrobił projekcje z polskim kinem przedwojennym. Ale wybór był selektywny, wybrał filmy  najlepsze. Jeśli komedia to ''Piętro wyżej''. Melodramat? ''Trędowata'' albo ''Gehenna''. Historyczny? ''Barbara Radziwiłłówna''. Nurt patriotyczny? ''Młody las''. Ambitna produkcja? Do wyboru ''Dziewczęta z Nowolipek'', ''Granica'' albo ''Ludzie Wisły''. I to było wszystko. Reszta mnie nie interesowała. No i nagle dostaję program, gdzie również mamy mówić o wszystkich polskich filmach. Pierwszy program, który zrobiliśmy, był poświęcony właśnie polskiemu kinu przedwojennemu. Nazywał się ''Nie tylko ‘Trędowata’''. Ale jak siadałem przy stole montażowym i miałem powiedzieć kto w tej scenie występował  okazało się, że nie odróżniam Jadwigi Smosarskiej od Elżbiety Barszczewskiej.

Najpierw więc było poznawanie tego kina: kto jest kim, o czym opowiadały fabuły itd. Następnie zainteresowała mnie strona obyczajowa, jak wtedy układały się relacje międzyludzkie, jak się ludzie ubierali. I tak po kolei. A skończyło się na tym, że dziś najciekawsze dla mnie nie są same filmy, tylko historie ludzi, którzy je robili. A najbardziej interesujące są losy naszych filmowców w czasie II wojny światowej. No i jest jeszcze sentyment - jednak sześć lat w przedwojennej Polsce przeżyłem. A moi rodzice – i w ogóle otoczenie rodzinne – to wszystko byli ludzie z tamtych czasów.


Jacek Dziduszko
portalfilmowy.pl
Ostatnia aktualizacja:  31.12.2013
Zobacz również
Trzy produkcje TVP nominowane do nagród Prix Europa w Berlinie
Zdjęcia do spektaklu „Tango” Sławomira Mrożka zakończone
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2021
Scroll