Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Feliks Falk jest kolejnym bohaterem cyklu „Człowiek z filmu”. W programie filmy: „Baryton”, „Komornik” i „Joanna” oraz spotkania z twórcami. Organizatorem wydarzenia jest Stowarzyszenie Filmowców Polskich. Zapraszamy do obejrzenia relacji.
"Baryton"
To może wydawać się dziwne, ale inspiracja do "Barytonu" była bardzo daleka. Przeczytałem kiedyś krótką wzmiankę o filmie Felliniego "A statek płynie". Od razu pomyślałem, że reżyser miał fantastyczny pomysł na kino. Wszystko dzieje się na statku. Różne spięcia, różne konflikty, różni ludzie... i nie da się z niego uciec. Pomyślałem: statku już nie zrobię, bo wykorzystał go Fellini. Pociąg odpada, bo to jest problem produkcyjno-techniczny. No to gdzie? Hotel - wspominał Feliks Falk.
Prowadzący spotkanie Andrzej Bukowiecki zwrócił na występującą w "Barytonie" plejadę polskich aktorek i aktorów. - To już był kolejny film w mojej reżyserii, w którym współpracowałem ze Zbigniewem Zapasiewiczem. Znaliśmy się, lubiliśmy i ceniliśmy, więc już przy pierwszej rozmowie o "Barytonie" zgodził się i przesunął wszystkie inne sprawy, włącznie z teatrem. (...) W skompletowaniu tak znakomitej obsady na pewno pomogło, że mój brat Andrzej występujący w "Barytonie" był zawsze bardzo lubiany przez środowisko aktorskie. Wszyscy go znali, wiedzieli, że ma brata reżysera, czyli mnie, a ja też ich często poznawałem ich w prywatnych sytuacjach. Znałem to środowisko, lubiłem, ceniłem; aktorzy czuli się dobrze w moich filmach, bo byli zauważani i przede wszystkim zaopiekowani - wspominał Janusz Zaorski. - To byli zdyscyplinowani, wspaniali ludzie i nigdy nie było, że coś się przedłuża - dodał.
RELACJA ZE SPOTKANIA:
„Baryton” w reżyserii Janusza Zaorskiego to jedno z najciekawszych dzieł polskiego kina lat 80., łączące cechy dramatu psychologicznego, filmu kostiumowego oraz kina politycznego. Autorem scenariusza jest Feliks Falk, co widać w precyzyjnej konstrukcji postaci i dusznej, niemal klaustrofobicznej atmosferze opowieści. Akcja filmu toczy się w styczniu 1933 roku – w momencie, gdy w sąsiednich Niemczech do władzy dochodzi Hitler. Główny bohater, światowej sławy śpiewak operowy Antonio Taviatini (w tej roli genialny Zbigniew Zapasiewicz), wraca do rodzinnego miasta, zatrzymując się w luksusowym hotelu w jednym z pomorskich uzdrowisk. Mimo pozornego blasku i uwielbienia tłumów, Taviatini przechodzi głęboki kryzys – traci głos, a wraz z nim sens dotychczasowego życia. Hotel staje się areną bezwzględnych gier: menedżer, żona, ambitny sekretarz i dawni znajomi tworzą wokół artysty krąg „sępów”, z których każdy próbuje ugrać coś dla siebie, nie zważając na osobistą tragedię śpiewaka. Film w mistrzowski sposób ukazuje samotność jednostki wybitnej, koniec pewnej epoki kulturowej oraz narastający niepokój związany z nadchodzącym totalitaryzmem.
GALERIA ZDJĘĆ:
fot. Anita Walczewska East News/SFP
"Komornik"
Szpital na celowniku, czyli mroczne inspiracje
Grzegorz Łoszewski wspominał, że bezpośrednią inspiracją do napisania scenariusza były jego wizyty na Dolnym Śląsku, gdzie z bliska poznał hermetyczne środowisko syndyków i komorników. Zauważył, że był to w Polsce czas ogromnej dezorientacji, zwłaszcza wśród młodych ludzi, którzy na potęgę gubili się w dylemacie „być czy mieć”. „Ci ludzie zachowywali się w sposób absolutnie bezwzględny, a jednocześnie o czymś marzyli” – mówił Łoszewski o ówczesnych egzekutorach. Co zaskakujące, okazało się, że ich największym zawodowym pragnieniem było posiadanie w rewirze zadłużonego szpitala, co z automatu gwarantowało gigantyczne prowizje. Scenarzysta prowokacyjnie zapytał jednego z urzędników, czy wszedłby z egzekucją na oddział intensywnej terapii (OIOM). Ten po namyśle odparł: „Wiesz co, to jest chyba dobry pomysł”. Przerażające jest to, że zaledwie kilka miesięcy po premierze „Komornika” w polskich szpitalach faktycznie zaczęło dochodzić do takich zajęć. Analizując psychologię głównego bohatera, Lucjana Bohme, scenarzysta odwołał się do niezwykle mrocznej konstatacji: bohater to bezlitosny pedant, który formalnie mógłby uchodzić za wzór, a zarazem jest „skończonym suk***” i człowiekiem dogłębnie wypranym z empatii.
Współczesny „Wodzirej” i kradzież scenariusza
Dla Feliksa Falka, czołowego twórcy kina moralnego niepokoju, scenariusz Łoszewskiego był strzałem w dziesiątkę. „Dokonałem pewnego czynu kradzieży, zanim się jeszcze wszyscy inni o tym scenariuszu dowiedzieli” – żartował ze sceny reżyser, wspominając, że otrzymał tekst przed oficjalnym zakończeniem konkursu scenariuszowego Hartley-Merrill. Falk od razu poczuł, że ta historia – z bezrobotnym i biednym Wałbrzychem w tle – idealnie rezonuje z jego wcześniejszymi głośnymi dziełami o zacięciu społecznym, takimi jak „Wodzirej” czy „Szansa”. Urzekł go nie tylko szybki rytm akcji, ale i specyficzny język marginesu: „Naszpikowany ten scenariusz był takim metajęzykiem (...) szereg takich powiedzeń, których ja nie słyszałem. Po prostu były fantastyczne” – zachwycał się reżyser. W zamyśle Falka, bezwzględny Lucjan Bohme to swoiste, nowe wcielenie kultowego wodzireja Lutka Danielaka („Wodzirej”) w warunkach drapieżnego kapitalizmu.
Grzegorz Łoszewski wspominał, że bezpośrednią inspiracją do napisania scenariusza były jego wizyty na Dolnym Śląsku, gdzie z bliska poznał hermetyczne środowisko syndyków i komorników. Zauważył, że był to w Polsce czas ogromnej dezorientacji, zwłaszcza wśród młodych ludzi, którzy na potęgę gubili się w dylemacie „być czy mieć”. „Ci ludzie zachowywali się w sposób absolutnie bezwzględny, a jednocześnie o czymś marzyli” – mówił Łoszewski o ówczesnych egzekutorach. Co zaskakujące, okazało się, że ich największym zawodowym pragnieniem było posiadanie w rewirze zadłużonego szpitala, co z automatu gwarantowało gigantyczne prowizje. Scenarzysta prowokacyjnie zapytał jednego z urzędników, czy wszedłby z egzekucją na oddział intensywnej terapii (OIOM). Ten po namyśle odparł: „Wiesz co, to jest chyba dobry pomysł”. Przerażające jest to, że zaledwie kilka miesięcy po premierze „Komornika” w polskich szpitalach faktycznie zaczęło dochodzić do takich zajęć. Analizując psychologię głównego bohatera, Lucjana Bohme, scenarzysta odwołał się do niezwykle mrocznej konstatacji: bohater to bezlitosny pedant, który formalnie mógłby uchodzić za wzór, a zarazem jest „skończonym suk***” i człowiekiem dogłębnie wypranym z empatii.
Współczesny „Wodzirej” i kradzież scenariusza
Dla Feliksa Falka, czołowego twórcy kina moralnego niepokoju, scenariusz Łoszewskiego był strzałem w dziesiątkę. „Dokonałem pewnego czynu kradzieży, zanim się jeszcze wszyscy inni o tym scenariuszu dowiedzieli” – żartował ze sceny reżyser, wspominając, że otrzymał tekst przed oficjalnym zakończeniem konkursu scenariuszowego Hartley-Merrill. Falk od razu poczuł, że ta historia – z bezrobotnym i biednym Wałbrzychem w tle – idealnie rezonuje z jego wcześniejszymi głośnymi dziełami o zacięciu społecznym, takimi jak „Wodzirej” czy „Szansa”. Urzekł go nie tylko szybki rytm akcji, ale i specyficzny język marginesu: „Naszpikowany ten scenariusz był takim metajęzykiem (...) szereg takich powiedzeń, których ja nie słyszałem. Po prostu były fantastyczne” – zachwycał się reżyser. W zamyśle Falka, bezwzględny Lucjan Bohme to swoiste, nowe wcielenie kultowego wodzireja Lutka Danielaka („Wodzirej”) w warunkach drapieżnego kapitalizmu.
RELACJA ZE SPOTKANIA:
Chyra, Szyc i wielki żal Morgensterna
Podczas spotkania twórcy ujawnili także zawiłe kulisy castingu. Falk od razu zaoferował główną rolę Andrzejowi Chyrze, lecz ten początkowo odmówił. Wtedy propozycja trafiła do Borysa Szyca. Niestety, przedłużające się problemy z dopięciem budżetu sprawiły, że gdy pieniądze się znalazły, Szyc rozpoczął już pracę w serialu „Oficer”. Wówczas Falk ponownie powrócił do Chyry, który „tym razem opamiętał się” i rolę przyjął. Ciekawym elementem obsadowej układanki była też Małgorzata Kożuchowska, która – obsadzona wbrew swoim dotychczasowym łagodnym warunkom z popularnych seriali – stanowiła na ekranie nieoczywistą przeciwwagę dla brutalnego świata komorników. Na sam koniec dyskusji Grzegorz Łoszewski ujawnił fakt, o którym sam Feliks Falk wcześniej nie miał pojęcia. Okazało się, że ogromny żal o niezrealizowanie „Komornika” przez siebie miał legendarny twórca Janusz Morgenstern. Podczas wręczania Łoszewskiemu nagrody Hartley-Merrill, Morgenstern wziął go na bok i z goryczą wyznał: „Ja ten film powinienem zrobić. To powinien być ostatni mój film”. Jak skwitował to scenarzysta, Morgenstern na etapie czytania tekstu po prostu nie zauważył w nim twardej, życiowej konkretności – tej samej, którą natychmiast i bezbłędnie dostrzegł Feliks Falk.
fot. Wojciech Olkuśnik/East News/SFP
"Joanna"
Przed pokazem odbyła się rozmowa Andrzeja Bukowieckiego z Urszulą Grabowską i Feliksem Falkiem.
fot. Wojciech Olkuśnik East News/SFP
Film „Joanna” z 2010 roku to jedno z najdojrzalszych i najbardziej poruszających dzieł Feliksa Falka. Reżyser odchodzi w nim od społecznej publicystyki na rzecz kameralnego, niemal ascetycznego dramatu psychologicznego, stawiając pytania o granice poświęcenia i cenę zachowania człowieczeństwa w nieludzkich czasach. Akcja filmu toczy się w okupowanym Krakowie. Tytułowa Joanna (wybitna rola Urszuli Grabowskiej) to młoda kobieta, której mąż zaginął na froncie. Jej życie zmienia się drastycznie, gdy w kościele natrafia na siedmioletnią żydowską dziewczynkę, Różę, która została sama po tym, jak jej matkę zabrano podczas łapanki. Joanna, kierowana czystym odruchem serca, postanawia ukryć dziecko w swoim mieszkaniu. Sytuacja komplikuje się, gdy podczas rewizji niemiecki oficer odkrywa obecność dziewczynki. Zamiast jednak wydać obie kobiety, proponuje Joannie swoisty pakt: zachowa tajemnicę w zamian za regularne spotkania i jej uległość. Joanna, chcąc ratować życie dziecka, zgadza się na ten upokarzający układ.
Film „Joanna” z 2010 roku to jedno z najdojrzalszych i najbardziej poruszających dzieł Feliksa Falka. Reżyser odchodzi w nim od społecznej publicystyki na rzecz kameralnego, niemal ascetycznego dramatu psychologicznego, stawiając pytania o granice poświęcenia i cenę zachowania człowieczeństwa w nieludzkich czasach. Akcja filmu toczy się w okupowanym Krakowie. Tytułowa Joanna (wybitna rola Urszuli Grabowskiej) to młoda kobieta, której mąż zaginął na froncie. Jej życie zmienia się drastycznie, gdy w kościele natrafia na siedmioletnią żydowską dziewczynkę, Różę, która została sama po tym, jak jej matkę zabrano podczas łapanki. Joanna, kierowana czystym odruchem serca, postanawia ukryć dziecko w swoim mieszkaniu. Sytuacja komplikuje się, gdy podczas rewizji niemiecki oficer odkrywa obecność dziewczynki. Zamiast jednak wydać obie kobiety, proponuje Joannie swoisty pakt: zachowa tajemnicę w zamian za regularne spotkania i jej uległość. Joanna, chcąc ratować życie dziecka, zgadza się na ten upokarzający układ.
GALERIA ZDJĘĆ:
fot. Wojciech Olkuśnik East News/SFP
Organizatorem wydarzenia w Kinie Kultura było Stowarzyszenie Filmowców Polskich.
RJ/GW
SFP
Ostatnia aktualizacja: 2.04.2026
„Bałtyk” Igi Lis nagrodzony we Francji
W Studiu Munka i Szkole Wajdy żyje idea Zespołów Filmowych
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2026
