PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Wspomnienia reżysera Jerzego Antczaka spisane z okazji 90. urodzin tworzą niezwykle osobistą księgę życia wielkiego twórcy. Przypominamy wywiad z reżyserem opublikowany w "Magazynie Filmowym SFP". Stowarzyszenie Filmowców Polskich jest partnerem honorownym książki.
"Jak ja ich kochałem" to szczegółowy, barwny, pełen zabawnych anegdot i poważnych rozterek zapis jego życia, a przez to żywy dokument historii polskiej sceny filmowej, teatralnej i telewizyjnej od lat 50. do współczesności. To także, co podkreśla autor, hołd złożony z miłością wszystkim tym, z którymi był związany na różnych etapach życia. To wreszcie opowieść o wielkim reżyserze ludzkich losów – przeznaczeniu.

Jerzy Antczak, nominowany do Oskara za Noce i Dnie i dwukrotny zdobywca Diamentowych Lwów oraz Nagrody Specjalnej „Platynowe Lwy" za całokształt twórczości (wtedy też Noce i dnie wybrane zostały polskim filmem czterdziestolecia), jest żywą legendąpolskiego filmu, teatru i Teatru Telewizji. Od lat pięćdziesiątych kształtował charakter polskiej sceny teatralnej i telewizyjnej – wystarczy przywołać nawołujący do prawdy historycznej Proces Norymberski, czy nagradzane na całym świecie spektakle m.in. Wujaszek Wania Czechowa. Bez niego i jego awangardowych, odważnych realizacji polski teatr mógłby wyglądać zupełnie inaczej.


 

W ciekawych retrospekcjach reżyser snuje opowieść o swych wybitnych współpracownikach i wielkich realizacjach. Tworzy obraz i świadectwo historii polskiego kina i teatru, oddaje klimat czasów, które dawno minęły. Przywołuje wielkie nazwiska m.in.: Jadwigi Barańskiej, Ryszardy Hanin, Jerzego Bińczyckiego, Gustawa Holoubka, Tadeusza Łomnickiego, Leona Niemczyka, Józefa Węgrzyna, Janusza Warneckiego, Władysława Hańczy, Tadeusza Fijewskiego i wielu, wielu innych, lecz również postaci nieznane – sekretarki, członków ekip filmowych, sąsiadów, nie pomija nikogo, bo bez nich – jak twierdzi – nie byłby tym, kim jest.


Jadwiga Barańska i Jerzy Antczak, fot.Borys Skrzyński / SFP


***


KINO ROZPALA MOJE ZMYSŁY

Z Jerzym Antczakiem rozmawia Marcin Radomski.


Marcin Radomski: Na początek porozmawiajmy o kulturalnych fascynacjach mistrza kina. Do jakich książek pan wraca?
Jerzy Antczak: W naszym domu panuje kult genialnego pisarza Ryszarda Kapuścińskiego. Moja żona, Jadwiga Barańska, kolekcjonowała jego książki od niepamiętnych czasów. Pisząc wspomnienia, znowu sięgnąłem do którejś z książek Kapuścińskiego.

Dlaczego?
Aby rozbudzić wyobraźnię i jak się to mówi „rozgrzać duszę”. W „Lapidarium” świetnie opisuje przemijanie, nieodwracalność zdarzeń i wagę jednego błędu, który może odmienić nasze życie. Uwagi Kapuścińskiego pasują jak ulał do moich zmagań. W jego arcydziełach szukam duchowego wsparcia.

A jakie kino pan kocha?
Oczywiście jest kilku reżyserów, ale żaden z nich nie odcisnął na mnie takiego piętna jak Akira Kurosawa. Cała jego twórczość stała się dla mnie niemal modlitewnikiem i źródłem reżyserskiego natchnienia. Mam na myśli filmy Rashōmon i Siedmiu samurajów. Od Kurosawy wziąłem głównie magię długich obiektywów i charakterystyczne u niego elementy przyrody. Jest jeszcze jeden reżyser, który mnie porwał bez reszty. To Orson Welles i jego Obywatel Kane. Ale nie mówię nic nowego, bowiem ten geniusz, odkrywając najskrytsze zakątki sztuki kina, stał się inspiracją niemal wszystkich reżyserów świata.

Jakich polskich reżyserów najbardziej pan ceni?
Mam trzech, których kocham bezgranicznie: Kazimierz Kutz, Stanisław Różewicz oraz Kuba Morgenstern. Wszyscy są bliscy mojemu sercu przez prostotę narracji, ale na czele tej trójki stawiam Kubę Morgensterna, z którym łączyła mnie niemal miłość. To był nie tylko wspaniały reżyser, ale człowiek wielkiego serca. Wróćmy do czasów młodości. Urodził się pan w koszarach we Włodzimierzu Wołyńskim. Jak pan wspomina lata dzieciństwa? To miejsce, w którym były trzy wspaniałe teatry. Bo czymże jest garnizon wojskowy, gdzie aktorzy ubrani są w kostiumy innego kroju i wyglądu niż nasz codzienny ubiór.

Jakie to były teatry?
Pierwszy to słynna na całą Polskę Szkoła Podchorążych Rezerwy Artylerii. Drugim był 23 Pułk Piechoty, w którym służył mój ojciec. Wreszcie trzeci teatr to elitarny 27 Pułk Artylerii Lekkiej.

Wojsko pana pociągało?
Niesamowicie, niemal oszałamiało jak narkotyk. Święta pułkowe, uroczyste przysięgi, defilady, gry wojenne, a potem same manewry, podczas których w pocie czoła doskonalono wojenne rzemiosło – wszystko to wsiąkało w moją duszę. Od najmłodszych lat żyłem poniekąd w nierealnym świecie. Moją uwagę pochłaniał bez reszty ten dziwny świat, gdzie dorośli bawili się jak dzieci. Dość wcześnie dostrzegłem też, że ostateczny rezultat rodził się pod dyktando jednego człowieka. I bardzo często, patrząc z boku na zbiorowy wysiłek żołnierzy, marzyło mi się, aby stanąć na ich czele i wydawać komendy.

W 1953 roku ukończył pan jednak Państwową Wyższą Szkołę Aktorską im. Leona Schillera w Łodzi. Dlaczego wtedy zdecydował się pan na aktorstwo i jak ono pomogło w dalszej reżyserskiej karierze?
Nie potrafię powiedzieć, co kazało mi najpierw studiować aktorstwo, by potem poświęcić się reżyserii. Mam mocno rozwinięty szósty zmysł i chyba to on mi podpowiedział, że nie można jako reżyser kierować zespołem aktorskim bez znajomości narzędzi. Po prostu, mając takie doświadczenie, łatwiej mi znaleźć z aktorami wspólny język.
Jadwiga Barańska powiedziała: „Prawdziwy aktor umiera przed kamerą”. Zgadza się pan?
To, co Jadzia powiedziała, jest metaforą, ale wiem z doświadczenia, jak ogromny wysiłek towarzyszy powstawaniu postaci w filmie. Zarejestrowane na taśmie emocje są niezmienialne. Dla aktora oddanego swojej sztuce bez reszty, świadomość tego rodzi napięcie równe „patrzeniu śmierci w oczy”.

Dramat Anny von Hoym z Hrabiny Cosel zapamięta każdy widz, dzięki wielkiej roli Jadwigi Barańskiej (debiut na dużym ekranie). Fascynująca bohaterka, drażniąca i wzruszająca jednocześnie. Jak opisałby pan jej postać?
Anna von Hoym potwierdza moje niezachwiane przekonanie o wyższości kobiet nad mężczyznami. My jesteśmy próżni, łakomi na pochlebstwa, które są wspaniałą pożywką do panoszenia się i głupich decyzji. Kobiety mają pancerz ochronny w postaci niezwykłych cech charakteru i intuicji, które nie tylko pozwalają, ale wręcz nakazują dokonywać niewyobrażalnych wyborów, nawet za cenę samozagłady, jak to zrobiła hrabina Cosel. Postać ta jest większa niż życie. Jadwiga jest aktorskim zwierzęciem, które nie potrzebuje drobiazgowych uwag. Jej instynkt jest jak busola, która prowadzi do celu.

Hrabina Cosel to adaptacja powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego, jeden z niewielu filmów o początkach XVIII wieku. Co dla pana znaczyła realizacja tego kostiumowego romansu?
To był początek mojej przygody z kinem.

Jakie wspomnienia się z tym wiążą?
Z jednej strony to był koszmar, z drugiej jeden z cudów w moim życiu. Zacznę od koszmaru, mianowicie podczas komisji scenariuszowej sprawiono baty Kraszewskiemu. Mówiono: kogo obchodzą perypetie Augusta Mocnego i jakiejś niemieckiej hrabiny? Podkreślano kilka razy, ze szczególnym naciskiem, że rola Hrabiny Cosel jest bardzo złożona i wymaga doświadczonej filmowo aktorki. Nie mówiąc już o tym, że – jak sugeruje Kraszewski – musi być piękną kobietą. W końcu padło pytanie: kto to będzie reżyserował? Odpowiedziano, że obecny tu reżyser Antczak. I wtedy pogłaskano mnie po ramieniu, że jestem dobry w telewizji, ale chyba jeszcze nie dojrzałem do pełnometrażowego debiutu. Sytuację uratował Aleksander Ford, który do tej pory nie brał udziału w dyskusji i powiedział ściszonym głosem: „Prace pana Antczaka dla telewizji dają mu licencję robienia Hrabiny Cosel”. I to właśnie był cud. Film został zrealizowany.

Jadwiga Barańska pracowała też jako scenarzystka "Damy kameliowej" w pana reżyserii (1994) i współscenarzystka filmu "Chopin. Pragnienie miłości", w którym można ją oglądać w drugoplanowej roli matki tytułowego bohatera. Jak się panu współpracowało z żoną?

Wspaniale. Ja, „kartofel z Wołynia” skłonny do melodramatycznych manifestacji i nadużywania przymiotników, znalazłem w Jadzi cudownego partnera, który potrafił poskramiać moje zabiegi. Jest to dla mnie zdumiewające, jak przy swojej aktorskiej nadwrażliwości potrafi jak rzeźnik jednym ciosem topora odrąbać to, co uwiera. Jadzia posiada niewiarygodny zmysł syntezy, skrótu myślowego. A co w tym wszystkim jest niezwykłe, jej ingerencje nigdy nie naruszają tego, co najważniejsze. Przypomnę, że oprócz współpracy przy scenariuszu Chopina oraz samodzielnego scenariusza Damy kameliowej, dała mi dwie adaptacje telewizyjne dla Teatru Telewizji – Ścieżki chwały oraz Cezara i Pompejusza. Pana dzieła od kilkudziesięciu lat towarzyszą kolejnym pokoleniom Polaków. Noce i dnie – adaptacja powieści Marii Dąbrowskiej – mają swoje wieczne miejsce w historii polskiego filmu. Proces ich realizacji trwał pięć lat.
Jaki to był dla pana wysiłek?
Dwojaki. Pierwszy związany był z nienawiścią jednego z najbardziej prominentnych scenarzystów. Na Krakowskim Festiwalu Filmowym, gdzie byłem jurorem, Aleksander Ścibor-Rylski – bo o nim mowa – wiedząc, że pracuję nad scenariuszem do Nocy i dni, zaczął szydzić z tego pomysłu. A ponieważ najczęściej był pijany, nie hamował języka i ciął mnie, gdzie popadło. Na końcu, wytykał głośno Jadzi Barańskiej jej nieprzydatność do roli Barbary. Któregoś dnia, mocno napity, dysząc skisłym oddechem, parsknął: „Barańska położy panu film!”. Na co usłyszał: „Niech się pan ode mnie odpierdoli!”. Zrobił się skandal. Z trudem nas rozdzielili. Nastąpił drugi, najważniejszy etap – zaprezentowanie scenariusza przed komisją. Niestety, zasiadał w niej ów zaciekły wróg Barańskiej. Kiedy Jerzy Kawalerowicz wrócił z komisji zielony z gniewu i powiedział zmęczonym głosem, że po ciężkich bojach scenariusz został zatwierdzony, zapytałem go: „Czy ten człowiek, któremu kazałem się odpierdolić bardzo rył?”. Kawalerowicz odparł: „Tak! Ale kiedy walczył jak lew, użyłem cynicznego argumentu. Powiedziałem: »Olek, pozwól Antczakowi zrobić ten film. Niech się rozłoży i już do końca życia będziesz miał go z głowy!«. Na co Olek jak oszalały zaczął krzyczeć: »Masz rację. Niech wystruga gniota, a wtedy wyskrobiemy skurwysyna z kina na zawsze!«”. To opowieść o wysiłku psychicznym.

A jak sama realizacja filmu?
Określając zadanie z góry skazane na zagładę, potocznie mówi się: „trzeba być szalonym, aby się do tego zabierać”. Niemal wszyscy traktowali mój pomysł sfilmowania „Nocy i dni” jako wybryk szaleńca, a obsadzenie w roli głównej mojej żony uważali za równe aktowi samobójstwa. Prowadzenie takiego interesu to zadanie natury wojskowej. Gdybym nie urodził się w koszarach i nie widział z bliska reżimów dyktatury wojskowej, która za cenę krwawych ofiar pozwala wygrywać bitwy, a potem w czasie okupacji – kiedy ojciec jako inspektor Armii Krajowej przygotowywał się do odbioru zrzutów samolotowych oraz do akcji bojowych – nie potrafiłbym ujarzmić tej potwornej machiny.

Film "Noce i dnie" powstał w 1975 roku, a 12-odcinkowy serial telewizyjny o tym samym tytule dwa lata później. Sportretował pan polską inteligencję i ziemiaństwo z przełomu XIX i XX wieku. Co najbardziej interesowało pana w powieści Dąbrowskiej?
Wielkość „Nocy i dni” tkwi w pozornej nieefektowności, w tym, co ukryte w najgłębszych warstwach.

Jakich?
W literaturze jest niewiele książek utkanych z polskich mgieł, polskiego błota, ze śniegu, wichru. Suma tych elementów wtopionych w los człowieka jest czymś niezwykłym, co kazało mi sięgnąć po ten utwór. To nie jest zwykła adaptacja. Ja hoduję opowieść, pielęgnuję jak ogrodnik ogród, jak rolnik pole. W książce zawarte jest kilkadziesiąt lat życia Polaków, los całego pokolenia. Cztery pory roku. Ziemia, którą trzeba uprawiać. I przemijanie: działanie czasu na materię. Utarło się, że bohaterami „Nocy i dni” jest dwoje ludzi – Bogumił i Barbara, ale przecież wraz z nimi wszystko idzie do kresu ludzkiego przeznaczenia. Żyli, pracowali, dorabiali się... I umarli... To właśnie owa ballada o ludzkim bytowaniu porwała mnie.
Wraca pan do utworu muzycznego – „Walc Barbary” Waldemara Kazaneckiego, który osiągnął po latach status evergreenu?
To tak, jakby zapytać dlaczego po 63 latach pożycia małżeńskiego wciąż kocham Barańską. Wracam do tego utworu, ponieważ genialne rzeczy trwają wiecznie. Obecność Barańskiej w moim życiu i magia „Walca Barbary” są karmą dla mojej duszy. Pozwalają mi istnieć, kochać świat i nie bać się nieuchronności przemijania.

Jak on się narodził?
Powstawał pół godziny, przy piwie.

Wydaje się to niewiarygodne.
Przysięgam. Po wychyleniu „hejnałem” drugiego piwka, Waldek zasiadł do fortepianu i zaczął coś malować dźwiękami. Ciągle był niezadowolony. Przechodził od tonacji do tonacji. Motyw stawał się coraz bardziej śpiewny. Wstrzymywałem oddech, aby nie wyrwać go z nastroju. Nagle przerwał. Otworzył trzecie piwko, ale upił tylko trochę i postawił obok fortepianu. Położył ręce na klawiaturze. Zapachniało czymś niezwykłym. Kiedy oderwał palce od klawiatury, skrzywił się. Sięgnął po piwko. Wypił je do dna i tym swoim nieśmiałym, delikatnym półszeptem powiedział: „Potraktuj to jako »rybkę«”. Odpowiedziałem: „Nie, Waldusiu, to nie jest »rybka«. To w całości wejdzie do filmu”.

A liczył się pan po premierze z opiniami krytyków filmowych?
Tak. Złe recenzje bolą, dobre sprawiają radość. O Nocach i dniach pisano obszernie. Największe szczęście sprawił mi tekst Bogdana Maciejewskiego dla tygodnika „Kultura”. Pamiętam fragment: „Dał nam Antczak barwny, fascynujący i uczciwy obraz minionego świata. Dał prawdę o wrastaniu ludzi w ziemię i historię”.

Kinowa wersja "Nocy i dni" została w 1976 roku nominowana do Oscara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny. Co to wtedy znaczyło?
Czułem euforię i jednocześnie byłem w szoku. Recenzja Kevina Thomasa, jednego z najsurowszych krytyków piszących do „Los Angeles Times” rozbudziła nadzieję, że jedziemy po Oscara. W książce „Jak ja ich kochałem” po raz pierwszy opisuję niemal w stenograficznej formie, jak blisko byliśmy zwycięstwa. Niestety, na przeszkodzie stanął jeden człowiek, który potrafił ubezwłasnowolnić Akademię. To Arthur Cohn, producent filmu "Czarne i białe w kolorze", który zdobył Oscara. Wyjątkowy krętacz. W 1970 roku zdobył pierwszego Oskara w kategorii obrazów nieanglojęzycznych, reprezentując Włochy. Do tego czasu w Akademii istniało prawo, które wymagało, aby producent filmu oraz finansowanie pochodziły z kraju, który przesyła film do konkursu. Cohn, swoimi sposobami, zmienił to prawo w Akademii i od 1970 roku producent i pieniądze mogły pochodzić spoza nominowanego kraju. Tak więc obraz Czarne i białe w kolorze, reprezentujący Wybrzeże Kości Słoniowej, jest wynikiem zabiegów Cohna.

Jak pan zareagował, gdy film porównywano do "Przeminęło z wiatrem"?
To właśnie Kevin Thomas pisał, że Noce i dnie to polskie Przeminęło z wiatrem. Określał mój film jako wspaniały, rozległy i epicki. Dzieło prawdziwie kipiące życiem, ze znakomitą obsadą, na czele z Jerzym Bińczyckim, a szczególnie Jadwigą Barańską, która zdobyła Srebrnego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie za jej bogate, cudowne, pełne niuansów dokonanie aktorskie.

Trzecim filmem, o którym chciałem porozmawiać jest Chopin. Pragnienie miłości. To dzieło o miłości, muzyce i tęsknocie za ojczyzną. Pod koniec lat 70. ubiegłego wieku wyemigrował pan z żoną do USA. Czy tworząc tę historię, myślał pan o swoich doświadczeniach emigracyjnych?
Oczywiście. Ja duchowo nigdy nie wyjechałem z kraju i stigma emigranta nie wygasła we mnie nigdy. I to pozwalało mi rozumieć Chopina, którego zagryzała tęsknota za krajem. Ale nie to decydowało, że podjęliśmy się z Jadzią tego tematu. Próbowaliśmy w filmie odkryć dyspozycje duchowe tego artysty. Bo do tego, że był wielkim kompozytorem nie trzeba nikogo przekonywać. Szukaliśmy odpowiedzi na pytanie: kim właściwie był Chopin?

I jak wam udało się ją znaleźć?
Musieliśmy podjąć decyzję, czy wolno nam zobaczyć Chopina inaczej niż przekazują laurki. Chcieliśmy rozróżnić boską muzykę od człowieka, który ją tworzył. Człowieka borykającego się z wybojami życia. Zaciekawił mnie opis Franciszka Liszta, który był bardzo blisko Chopina. W książce pt. „Fryderyk Chopin” przeczytałem, że trudno było spotkać naturę bardziej kapryśną, skłonną do dziwactw czy ekscentrycznych zachowań. Według mnie i Jadzi ta uwaga jest kluczem do zrozumienia charakteru Chopina. I wielu jego tajemniczych postępowań. Mieliśmy świadomość, że scenariusz musi wejść głęboko w zakamarki duszy kompozytora. Przy całym szacunku dla jego geniuszu muzycznego, musi być to portret wielowymiarowy. Odsłaniający, jak Chopin był wielki, a czasami mały. I przyziemny w swoich odruchach. I czynach. Ciągle dręczyło nas pytanie: czy mamy prawo ujawniać to wszystko? Pokazać, że jego życie było krzykiem człowieka, który sam nie wiedział, kim jest naprawdę? W finale pracy nad scenariuszem zdecydowaliśmy się pokazać Chopina w szlafroku. Bez ukręconych loków, przygniatanego ciężarami codzienności. Było bowiem dwóch Chopinów. Ten wyfraczony według najnowszej mody, uśmiechnięty, rozdzielający na lewo i prawo w salonach skarby swojej sztuki. I ten drugi – histeryczny, zmienny w nastrojach, odpychający pychą, zmagający się ze śmiertelną chorobą i atakami depresji. I na koniec, doszliśmy do takiej konkluzji: Chopin był to smutny, zamknięty w sobie człowiek, który nigdy nie wyrzekł głośno słowa o miłości. Przebiegał palcami po klawiaturze nie tylko, aby grać, ale aby żyć. I gdy ją zamykał, wracał w swoją nieobecność.

Jaka jest cena emigracji?
W naszym języku nie istnieje słowo „emigracja”. Emigrant to człowiek, który opuszcza miejsce urodzenia, aby zakorzenić się w nowej rzeczywistości. My duchowo nie opuściliśmy miejsca naszego urodzenia. Kotwica naszej duszy jest ciągle w Polsce. I pozostanie tam do ostatniego tchnienia.

Pana filmy opowiadają o polskiej historii i przeszłości. Dlaczego interesowała pana „niedzisiejszość”?
To nieprawda. Kostium, w który odziani są moi bohaterowie jest tylko konwencją. Człowiek w swoich odczuciach, strukturze, emocjach, pragnieniach pozostaje niezmienny od zarania. Dla mnie nie istnieje rozróżnianie „dzisiejszości” od „niedzisiejszości”. Słowa te rozdziela tylko szata bohatera.

Czy przeszłość wiąże się dla pana z niespełnieniem?
Nie. Uważam, że los był dla mnie bardzo szczodry i chyba udało mi się osiągnąć niemal wszystko, czego pragnąłem. Chociaż jak mówi Petrarka: „Byłem naprawdę szczęśliwy tam, gdzie jeszcze nie byłem”, więc może są jeszcze jakieś niespełnione pragnienia, o których nie wiem.

**** Nakładem wydawnictwa Axis Mundi 28 października ukazała się książka "Jak ja ich kochałem" Jerzego Antczaka. 
Marcin Radomski
Axis Mundi, "Magazyn Filmowy" (4/2020)
Ostatnia aktualizacja:  30.10.2020
Zobacz również
Przegląd shortów na 19. CINEMAFORUM
Nie żyje Krzysztof Rogala
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2021
Scroll