PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Z Bartoszem Kruhlikiem, reżyserem "Supernovej" rozmawia Marcin Radomski. Film "Supernova" jest dostępny w ofercie VOD platformy CANAL+ oraz na PLAYER.PL.

Marcin Radomski: Czy chłopak z Lubska zawsze lubił kino?

Bartosz Kruhlik: To byłby bardzo dobry pseudonim – „chłopak z Lubska”. Mogę powiedzieć, że od zawsze towarzyszyło mi kino. Na początku kino kopane, później zafascynował mnie komiks. Od sąsiada odziedziczyłem dwie pufy komiksów i to były moje lektury w podstawówce. Miałem więcej historii obrazkowych niż książek. Od tego momentu w mojej głowie zaczęły się pojawiać konkretne obrazy. W komiksach jest podział na plany, często opowiada się dymkiem dialogowym lub jest kilka kartek, gdzie padają pojedyncze słowa, więc to był zalążek ruchomych obrazów. Ale czekaj, mam też anegdotę związaną z filmem “Amadeusz” Miloša Formana. Na początku liceum robiliśmy Mikołajki. W prezencie dostałem oryginalną kasetę VHS z tym tytułem. Po powrocie do domu odpaliłem go I obejrzałem dwa razy. Zgniotło mnie, popłakałem się I nie wiedziałem, o co chodzi. To było kompletnie niewiarygodne. On coś we mnie zmienił. Byłem lekkim freakiem, miałem wideo, nagrywałem po nocach filmy. Czasem rodzicie musieli mnie uciszać przez ścianę. Od wczesnych lat wyczuwałem kino, ale nie wiedziałem, że skończę „filmówkę”.

"Supernova", fot. Studio Munka- SFP

Wcześniej było liceum plastyczne w Zielonej Górze.

Zdobyłem tam umiejętność podstawowego rysunku, która przydaje się w zawodzie reżysera. Wcześniej cztery lata grałem na pianinie, co też teraz bardzo się przydaje. Pod koniec liceum zacząłem się bardziej interesować kinem. Nie chciałem robić nic innego. Dowiedziałem się, że istnieje Szkoła Filmowa w Łodzi. Czułem się niegotowy. Mówiłem rodzicom: „ja to bym chciał zrobić film, ale za parę lat”. Znalazłem prywatną „filmówkę” we Wrocławiu. Skończyłem Szkołę Filmową Mastershot i zrobiłem film. Od razu zgłosiłem się do Łodzi. Dostałem się za drugim razem. Za pierwszym odrzucili mnie na etapie teczki, co było zasadne, bo była słaba. Następnym razem pokazałem film o mojej babci i się dostałem. Babcia mi sprzyjała.


W Szkole Filmowej zrobiłeś kilka nagradzanych na świecie krótkich metraży. Często wspominasz o HTTP://. To mój jedyny spełniony krótki metraż. Dlaczego?

Przełożyłem na ekran to, co zapisałem na papierze. Wyciąłem tylko dwa ujęcia. To jest moim zdaniem powinnością reżysera. Oczywiście są różne szkoły. Niektórzy pracują bardziej na improwizacji, ale według mnie najpierw film musi działać na papierze. Biorę odpowiedzialność za realizację i ona działa na widzów. To daje satysfakcję twórcy.


Andrzej Żuławski był podobnego zdania. Dlaczego improwizacja nie jest dobra?

Nie jest zła. Chcę przenosić 90 proc. scenariusza na ekran, ale zostawiam 10 proc. na improwizację. Nie uważam, że dobrą metodą jest „coś tam się nakręci, coś tam się zmontuje”.


A jak wyglądała praca nad “Adaptacją”, dyplomem reżyserskim?

Pracowałem nad tekstem literackim z Heleną Szodą-Woźniak i to nam się udało, ale popełniłem błąd. Bardzo zakochałem się nie w tym bohaterze, w którym powinienem. Chciałem zrobić film o ojcu, człowieku dojrzałym, zamiast skupić się na młodym. Po zmontowaniu pierwszej wersji montażowej, jak zapytałem się ludzi, kto jest głównym bohaterem, to wszyscy mówili: „kibicujemy młodemu”. Dla mnie to był nokaut. Oczywiście nie wyszło źle, ale nie jestem w pełni usatysfakcjonowany tym filmem.


Na ile realizacja krótkich metraży pomogła ci przy pracy nad pełnometrażowym debiutem “Supernova”?

Nie wstaniesz rano i nie zagrasz na instrumencie bez przygotowania. Tak samo jest z filmem, nie ma lepszej szkoły robienia kina niż je robić. Wyreżyserowałem dziewięć krótkich dokumentów i fabuł, żaden z tych obrazów nie miał więcej niż dwadzieścia pięć minut, a teraz zrobiłem film trwający prawie osiemdziesiąt minut. Krótkie formy oprócz doskonalenia warsztatu dały mi też reżyserską pewność siebie, mimo że z każdym kolejnym tytułem cholernie się boję i tak już chyba zostanie.

Twój debiut przypadł do gustu krytykom, widzom i jury festiwalu w Gdyni. Jak odebrałeś gdyńskie zainteresowanie Supernovą?

Zaskakujący był dla mnie odbiór. Wiedziałem, że mamy dobry film, a wiedziałem dlatego, że dobrze się przygotowaliśmy z całą ekipą i tyle serca włożyliśmy w pracę. Po pierwszych pokazach miałem feedback, że obraz działa na ludzi. Z dnia na dzień odbiór przerósł moje oczekiwania, bo okazało się, że rezonuje na widzów w gigantyczny sposób. To wszystkich onieśmielało. Aktorzy podsyłali mi recenzje i mówili, co piszą o naszym filmie. To było fantastyczne uczucie. Jestem szczęśliwy, bo w czasie premiery mieliśmy na scenie około trzydziestu osób z ekipy.


I nagroda za debiut reżyserski.

Nagrodą jest to, że przez siedem dni zaistnieliśmy bardzo w świadomości środowiska. Wyróżnienie przez jury było wisienką na torcie. Ciekawe, jak życie doświadcza. Pisano „supernowy” czy „superdobry” reżyser. Nie jest tak, że robiłem badania, jaki tytuł wybrać.


A dlaczego właśnie “Supernova”?

Tytuł jest dla mnie jak okładka książki, powinien zaintrygować i zachęcić, by zobaczyć, co jest w środku. Z drugiej strony działa trochę jak logo, dobrze gdyby został zapamiętany i kojarzył się z konkretnym filmem. W przypadku Supernovej gra z widzem. Pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi do głowy to astronomia, a okazuje się, że to realistyczna historia, w której bohaterowie nie szybują w kosmosie, tylko mocno stąpają po ziemi. Supernova zazębia się z teraźniejszością. Ten film jest „z teraz” i „o teraz”. To komentarz, wzięcie w nawias pewnych wydarzeń.


Supernova” to film obyczajowy oscylujący na granicy dramatu, thrillera i kina katastroficznego.

Rzeczywiście miesza się ze sobą kilka gatunków, jeden płynnie przechodzi w drugi. To mnie pociąga w kinie. Ale historia jest też zbudowana na założeniach greckiej tragedii z jednością czasu, miejsca i akcji. W filmie wychodzę z realistycznego wydarzenia w stronę metafory dotyczącej całego życia, jakiegoś wyższego sensu, czegoś, co trudno uchwycić, fatum, przeznaczenia, przypadku. Pole do interpretacji pozostawiam już widzom.


To twój drugi film z narracją skoncentrowaną wokół wypadku samochodowego. Wcześniej nakręciłeś o tym krótkometrażową “Adaptację”.

Myśląc o każdym kolejnym filmie, staram się zawsze wyjść z jakiegoś uniwersalnego wydarzenia, czegoś, co od razu determinuje działania bohaterów i jest zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną. Wypadek drogowy jest właśnie takim wydarzeniem. Nikt nie przejdzie obojętnie obok wypadku, co więcej, nie jest łatwo zrozumieć, dlaczego w ułamku sekundy giną ludzie. To abstrakcja dla umysłu, a także obserwatorów tragedii. Chciałem przepracować psychologię bohaterów takiego wydarzenia. W trakcie konsultacji ze strażą pożarną i ratownictwem medycznym dowiadywałem się wielu nowych rzeczy.


A jak budowałeś konstrukcję skomplikowanej fabuły?

Z draftu na draft. Wielką pomoc uzyskałem od wspomnianej wcześniej story editor Heleny Szody-Woźniak. Z nią zaciskaliśmy kolejne pętle na tekście, aby skupić się na celach postaci i wyeliminować niepotrzebne sceny.


Z drugiej strony ograniczenie do jednego miejsca – drogi, kilku samochodów i kilkunastu aktorów. Jak skoordynowałeś tę produkcję?

Z autorem zdjęć, Michałem Dymkiem, opracowaliśmy cały film na zabawkach. Szeroka taśma była drogą, podpisane ludziki były konkretnymi postaciami. Ustawiliśmy resoraki na podłodze i krok po kroku upewnialiśmy się, że to, co napisałem w scenariuszu jest możliwe do nakręcenia. Robiąc film, pracowaliśmy na długich ujęciach, które w mojej opinii są najlepsze w kinie. Jeśli zagra ze sobą kilka elementów, długie ujęcie tworzy na ekranie pewnego rodzaju alchemię, która wytrąca widza ze strefy komfortu.


Bardzo precyzyjnie ułożyłeś cały schemat działania. Czy zrealizowałeś te założenia na planie?

Robienie filmu składało się z dwóch etapów. Pierwszy to część artystyczna, a drugi wypełnianie tabelki w Excelu. Wchodząc w meandry produkcji, mogę ci powiedzieć, że cały plan zdjęciowy (czyli odcinek drogi) mieliśmy podzielony na trzy strefy. Jednego dnia kręciliśmy sceny na stronę A i C, drugiego na B, a trzeciego znowu na A. Raz nie było statystów, innym razem musieliśmy pamiętać o kontynuacji światła. Na szczęście przez cały okres zdjęciowy – czternaście dni – mieliśmy słońce.


I jeszcze udało się sportretować bohatera zbiorowego.

To było dla mnie bardzo cenne doświadczenie, bo w swoich dotychczasowych krótkich metrażach najczęściej skupiałem się na dwóch, trzech osobach. W Supernovej śledzimy losy poszczególnych postaci, później jedna z nich znika na pół godziny. Wydało mi się to bardzo ciekawe, wręcz niemożliwe do obronienia na ekranie, jak chaos, nad którym musisz nagle zapanować i nadać mu sens. Mnogość wątków i bohaterów była ogromnym wyzwaniem, tym bardziej, że widz w filmie nie jest wszystkowiedzący. Obserwuje wszystkich jednocześnie, ale nie zna ich przeszłości. Jądrem napędzającym obraz są konflikty w skali mikro, tzn. kto jest kim dla kogo. W miarę rozwoju akcji wszystko się komplikuje i wymyka z rąk kolejnych postaci. Film naszpikowany jest dużą ilością suspensów.


W obsadzie filmu znaleźli się m.in. Marcin Hycnar, Marcin Zarzeczny, Marek Braun, Dariusz Dłużewski, Anna Mrozowska czy Agnieszka Skibicka. Większość z nich nie jest znana szerszej publiczności. Jak ich znalazłeś i z nimi pracowałeś?

Casting jest dla mnie równorzędny w skali ważności ze scenariuszem, montażem czy zdjęciami. W pewnym sensie może nawet ważniejszy, bo jeśli źle obsadzisz aktora, źle dopasujesz jego unikatową energię do postaci, to ani tego dobrze nie sfilmujesz, ani nie zmontujesz. Zrobisz błąd na samym początku. Bardzo długo dobierałem aktorów, zapraszałem kolejne osoby na castingi. Każdy jest inny. Musisz być czujny, sprytny i otwarty na współpracę. Z niektórymi trzeba było pogadać, z innymi pomilczeć, jeszcze innym wysyłałem linki z filmikami wideo dokumentującymi akcje z wypadków drogowych. Jedno wiem na pewno, aktorów mamy w Polsce naprawdę wspaniałych.


A jakie kino chcesz robić?

Moje. Bardzo lubię, jak za projektem stoi konkretna osoba, robi to szczerze i przekłada język „duszy” na ekran. Zrobiłem film o bohaterze zbiorowym oparty na dramatycznych emocjach, ale to nie znaczy, że będę, czy też chcę być np. drugim Wojciechem Smarzowskim. Jestem i chcę być sobą. Jeśli już miałbym do kogoś porównywać swój „styl”, powiedziałbym, że moje kino to połączenie pierwszych filmów braci Dardenne i Asghara Farhadiego. Pewnie dlatego, że twórczość tych reżyserów wywarła na mnie największe wrażenie i pewnie gdzieś tam głęboko żyje we mnie, nawet gdy robię swoje filmy. Zastanawiałem się ostatnio, kim chcę być jako reżyser? Co jest moje?


I?

Doszedłem do tego, że z jakichś powodów muszę „dojechać” swoich bohaterów, postawić ich przed sytuacją, w której muszą przekroczyć siebie. Istotny jest również nacisk na emocjonalne, mocne aktorstwo. Lubię sceny dwójkowe. Gdybym miał realizować komedię romantyczną, to wyreżyserowałbym ją jak najlepiej, ale to nie byłby mój film. Ufam pierwotnym instynktom. Nieważne kim jesteś – profesorem czy osobą z podstawowym wykształceniem – w pewnych momentach stajesz się równy wobec sytuacji życiowych. To przyciąga mnie jak magnes. Tam dopiero ujawnia się człowieczeństwo. Wiesz, mam taką obserwację, że reżyser jest zaprogramowany na pięć lub sześć filmów i potem się kończy. Jest wiele nazwisk, które straciły werwę. Z każdym kolejnym tytułem zjadają swój własny ogon, bo robią filmy tak samo jak kiedyś, tylko już bez tej początkowej iskry. Ale np. Lars von Trier jest przykładem reżysera, który potrafi deptać swoje status quo, przeszedł różne fazy, zasłynął Dogmą, teraz stał się estetą formalnym. To sprawia, że jego kino jest cały czas młode i świeże. Trzeba być jak von Trier. Robić swoje. Ryzykować. Skakać w przepaść. Cieszę się, że Supernova jest bardzo moja. Kolejny film będzie w podobnym klimacie.

Marcin Radomski
"Magazyn Filmowy", nr 11 (99)/listopad 2019
Ostatnia aktualizacja:  23.03.2020
Zobacz również
fot. Syliwa Olszewska/SFP
Przedłużony termin naboru zgłoszeń na SCRIPT PRO 2020
Znamy finalistów 7. edycji konkursu Papaya Young Directors
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll