PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
WYDARZENIA
  18.01.2018
Rozmowa z Robertem Wichrowskim, reżyserem filmu "Syn Królowej Śniegu".

Syn Królowej Śniegu zrodził się z nagłówków gazet?

Paweł Sala oparł scenariusz na konkretnym przypadku zabicia sześcioletniego chłopca. Zbrodni dokonali konkubent matki i jego przyjaciel. Ciało chłopca zostało utopione w Wiśle. Ta sprawa była bardzo trudna i poszlakowa. Matka ofiary była najpierw aresztowana, skazana, później wypuszczona i uniewinniona. Temat rzeczywiście mnie zainteresował. Zacząłem czytać o innych takich wypadkach i okazało się, że jest ich bardzo dużo.

 

Opowiadasz o tzw. zabójstwie z wygody. Jakie są jego motywacje?

Na pewno mówimy tu o osobach niedojrzałych, niepotrafiących kochać, nieodpowiedzialnych i sfrustrowanych. Poza samym zabójstwem chodzi o coś jeszcze: o przyzwolenie na cierpienie dziecka. Często to nie matki dokonują zbrodni, ale kochankowie tych matek, konkubenci, nierzadko ojcowie. Molestowanie albo katowanie odbywa się przy milczącej zgodzie najbliższych lub sąsiadów. To dla mnie niedopuszczalne. Nie wiem, czy faktycznie nie wiemy, co się dzieje za ścianą, czy nie chce nam się reagować.

 

Syn Królowej Śniegu to z jednej strony zbrodnia oparta na faktach, z drugiej baśń. Do czego była ci potrzebna bajkowa strona filmu? Chodziło o stworzenie specyficznej przypowieści?

Przypowieść to bardzo dobre określenie. Nie chciałem opowiadać w sposób brutalny, naturalistyczny. Chciałem pokazać ucieczkę dziecka w inny, lepszy świat. Nie jest on otoczony tylko złem. Jest tam też miłość: w postaci pana Kazimierza granego przez Franciszka Pieczkę. Myślałem też o mechanizmie opisywanym przez psychologów, że dziecko do 6-7 lat nie potrafi rozdzielić rzeczywistości od świata wyobrażonego. W jego głowie zachodzi również pewnego rodzaju rozdwojenie: jeśli mama jest dobra, to jest ona moją mamą, ale jeśli krzyczy, to zamienia się w kogoś innego. Baśnie są też ważne dla mnie osobiście, nie tylko Hans Christian Andersen, ale przede wszystkim bracia Grimm. Czytam wiele opracowań, począwszy od najsłynniejszych Brunona Bettelheima.

 

Michalina Olszańska ponoć mocno przeżyła scenę zabójstwa: kamera jest skupiona na jej twarzy, zbrodnia dzieje się za jej plecami.

Tak, ta scena była dla niej bardzo trudna. Wszyscy zresztą czuliśmy duży dyskomfort podczas jej realizacji. Wiedzieliśmy, że to fikcja i film, ale mieliśmy świadomość, że do takich rzeczy dochodzi. Zależało mi na podkreśleniu obojętności matki, która nie jest w stanie zareagować na śmierć jej dziecka. Chce pozbyć się problemu. Syn hamuje jej życie i ogranicza wolność.

 

Zrobiłeś kino społeczne?

Raczej nie, przede wszystkim przez pomieszanie tych dwóch światów: bajkowego i realistycznego. Zależało mi na stworzeniu spektaklu filmowego, takiego teatru w filmie. Jako widzowie tylko przyglądamy się pewnym wydarzeniom. Z pewnością to jednak kino, które porusza społecznie ważny temat i podaje go w sposób niejednoznaczny. Usłyszałem już, że temat dzieciobójstwa jest wydumany i nie ma sensu opowiadać o jednostkowych sprawach. Uważam jednak, że ta historia nie jest jednostkowa, tylko powszechna. Nagłówki w gazetach przynajmniej raz w miesiącu wyją tytułami, że gdzieś zamordowano albo skatowano dziecko. W filmie pojawia się też na końcu napis, że my tej historii nie wymyśliliśmy. Po pierwszych pokazach mam już świadomość, że obraz będzie wzbudzał kontrowersje. Pojawiały się głosy, że traktuje o patologii, zoofilii i nie wiadomo czym jeszcze. Wiedziałem, że ta konwencja baśniowości będzie ryzykowna.

 

Dotykają cię takie krytyczne głosy?

Z punktu widzenia czysto ludzkiego, to jasne! Każda, zwłaszcza brutalna krytyka jest nieprzyjemna, ale z drugiej strony przestaję już o niej myśleć. Wiem, co chcę zrealizować, w jaki sposób się wypowiedzieć. Przestaję kalkulować, czy to się na pewno spodoba.

 

Michalina Olszańska od początku miała być wyrodną matką?

Długo tego nie wiedzieliśmy. W tzw. „ścisłym finale” znalazły się dwie aktorki. Byłem pewny co do Rafała Fudaleja, potrzebna mi była odpowiednia dla niego partnerka. Na festiwalu w Berlinie zobaczyłem Ja, Olga Hepnarova, czesko-polsko-słowacką produkcję, w której Michalina zagrała tytułową rolę. Bardzo mnie urzekła, pokazała tam ogromne możliwości aktorskie i dla mnie była najmocniejszym punktem tego filmu. Nie ukrywam jednak, że była też inna aktorka, którą zobaczyłem w teatrze i też mi się jej rola ogromnie spodobała. Nie wiem, co przeważyło. To była chwila, moment, intuicja.

 

A Franciszek Pieczka? On raczej nie przyjmuje już ról.

Wiedziałem, że rola pana Kazimierza jest dla niego. Problemem było tylko to, żeby chciał zagrać. Nigdy wcześniej z nim nie pracowałem, ale bardzo lubię i cenię filmy Jana Jakuba Kolskiego, a Franciszek Pieczka jest w nich wielokrotnie motorem napędowym. Zawieźliśmy scenariusz, porozmawialiśmy i pan Franciszek się zgodził, bo wydawało mu się, że ten temat i film są ważne. Pokazywałem mu zmontowany obraz z pewną obawą, czy go przyjmie, czy mu się spodoba. Zobaczyłem wzruszenie i łzy w oczach. Pan Franciszek powiedział, że film jest lepszy, niż wynikało to ze scenariusza.

 

Kalendarz filmowca często jest taki, że jeden film wchodzi do kin, drugi jest na etapie produkcji. U ciebie teraz premiery jedna po drugiej: teraz Syn Królowej Śniegu, w marcu Kobieta sukcesu.

Ten drugi tytuł to kino gatunkowe: komedia romantyczna. Propozycja wyszła od producentów. Czytałem wcześniej kilka takich scenariuszy, ale czegoś im brakowało. Tutaj obok sympatycznego humoru są też momenty wzruszenia, mimo że historia jest dość klasyczna dla tej konwencji: dwóch chłopaków i dziewczyna. W roli głównej Agnieszka Więdłocha, obok niej m.in. znany głównie z teatru Krzysztofa Warlikowskiego oraz z filmu Płynące wieżowce Bartek Gelner. Do tego świetny zwierzak – pies, który się wabi Paproch. A tak naprawdę to nie pies a suka – Janet. Już teraz mam poczucie, że zrobiliśmy sympatyczny i dobry w tym gatunku tytuł. Chcieliśmy stworzyć komedię romantyczną, która nie przekracza granicy głupoty i żenady.


Kadr z filmu "Syn Królowej Śniegu", fot. materiały prasowe


Czyli nie boli cię, gdy producent mówi: słuchaj Robert, musimy tym filmem zrobić 100 tys. widzów w weekend otwarcia.

Nie, w ogóle. Cieszę się, że ktoś chce mi zaufać w gatunku, którego ja z własnej nieprzymuszonej woli nie będę uprawiał, Nie usiądę za biurkiem i takiej komedii nie napiszę. Robiąc tego typu projekt, myślę oczywiście, żeby był to przyzwoicie zrealizowany obraz, oraz żeby przyciągnął wielu widzów do kina. Z kolei, gdy robię film autorski w ogóle nie zastanawiam się, czy obejrzy go tysiąc czy milion widzów. Choć oczywiście cieszę się z każdej osoby w sali kinowej.

Patrycja Wanat
„Magazyn Filmowy” (nr 12-1, 2017/2018)
Ostatnia aktualizacja:  18.01.2018
Zobacz również
fot. Kondrat Media
WRiTV: Jubileusz w tranzycie
Franciszek Pieczka – pół tysiąca ról
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll