PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Z Jerzym Kapuścińskim, producentem "Cichej Nocy", Dyrektorem Artystycznym Studia Munka SFP, rozmawia Anna Wróblewska
Podczas pokazów przedpremierowych „Cichej Nocy” Piotr Domalewski dziękował producentom za podjęcie ryzyka. Na czym polegało ryzyko producenckie w przypadku tego filmu?
Podjęliśmy decyzję, aby film wyprodukować zimą 2016/2017. Dlaczego była ona ryzykowna? Bo nie mieliśmy finansowania z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Ścigaliśmy się z czasem, bo zależało nam, żeby film był jak najbardziej naturalny, żeby świat w nim przedstawiony był prawdziwy, żeby akcja rozgrywała się w autentycznym pejzażu, warunkach zgodnych z rzeczywistością. Aby złożyć scenariusz w 2017 roku, musieliśmy przygotować bardzo starannie development: pokryć koszty dokumentacji, scenografii, castingu, oczywiście także prac literackich.


Gala zakończenia 42. FPFF: Piotr Domalewski, wicepremier Piotr Gliński, Jerzy Kapuściński, Jerzy Antczak, Jacek Bromski, Ewa Jastrzębska, Leszek Kopeć, fot. Jacek Czerwiński

Jak długo pracowaliście nad tekstem?

Kilka miesięcy, ale bardzo intensywnie – od sierpnia do grudnia 2016 roku. Piotr przyniósł do nas pierwszą wersję scenariusza, a łącznie powstało ich kilkanaście. Ta ostatnia została zrealizowana w 100 procentach.

Składając projekt do PISF-u, byłem pewny, że jest perfekcyjnie przygotowany. Pakiet był złożony bardzo starannie, scena – wymagana w przypadku debiutanta – wyszła bardzo dobrze.

Która to była scena?

Scena rozmowy Arka Jakubika z Dawidem Ogrodnikiem w rodzinnym domu, na strychu. W momencie składania dokumentów, mieliśmy już wybraną obsadę. Wiedzieliśmy, że role braci zagrają Tomasz Ziętek i Dawid Ogrodnik, że ojcem będzie Arkadiusz Jakubik. Reżyser wybrał również Agnieszkę Suchorę do roli matki. 

I tu spotkało nas zaskoczenie… Decyzją ekspertów, scenariusz został skierowany do poprawek. Miałem wrażenie, że recenzenci, oceniając scenariusz, nie wzięli pod uwagę potencjału tego projektu. A przecież informacja o tym, kto gra główne role, pomaga w wyobrażeniu sobie gotowego dzieła.
 
Jerzy Kapuściński, fot. R. Jaworski

Uwzględniliście sugestie ekspertów?

O ile było to możliwe, to tak. Pamiętaj, że byliśmy już po zdjęciach. Ostatecznie zdecydowaliśmy się pokazać im film w wersji offline, czyli roboczej. Po tej projekcji otrzymaliśmy decyzję o udzieleniu dofinansowania.

Ryzyko polegało więc na podjęciu decyzji o realizacji zdjęć do filmu. Naszym pierwszym partnerem był Canal+ . Po obejrzeniu pierwszej wersji filmu nasi partnerzy z C+ podjęli natychmiast decyzję o zwiększeniu dofinansowania do miliona złotych. Już po zdjęciach otrzymaliśmy również dofinansowanie z pierwszej edycji Warmińsko-Mazurskiego Funduszu Filmowego. PISF nadal pozostawał niewiadomą. Pokazaliśmy ekspertom roboczą wersję filmu, a po ich decyzji odetchnęliśmy z ulgą. Budżet udało się w końcu domknąć, ostatecznie wyniósł ok 3 800 000 zł.

Niemniej jednak Jacek Bromski i Ewa Jastrzębska podjęli decyzję o uruchomieniu środków Stowarzyszenia Filmowców Polskich w celu rozpoczęcia zdjęć, za co jestem im ogromnie wdzięczny, ponieważ w tamtym momencie nie było pewności, czy dostaniemy pozytywną decyzję z PISFu.

Kilka miesięcy temu, podczas weekendu na działce, zajrzałam z wizytą do sąsiadki sołtyski. Wioska na Mazowszu, raczej mała. Trafiłam akurat na urodziny jej córki. Podobnie jak młodzi bohaterowie „Cichej nocy”, dziewczyna studiuje, pokonuje kolejne szczeble wykształcenia. Kiedy trzy miesiące później oglądałam w sali projekcyjnej Studia Munka wersję roboczą filmu, uderzyło mnie niezwykłe podobieństwo domu mojej sąsiadki do tego w filmie. Mam wrażenie, że świat „Cichej Nocy” zbudowany został z wielkim pietyzmem. Jak znaleźliście te domy? Czy robiliście zdjęcia w naturalnych wnętrzach czy na hali?

Zależało nam na autentyczności, więc wykluczaliśmy zdjęcia w hali. Od początku wiedzieliśmy, że będziemy szukać naturalnych plenerów i wnętrz, tam, gdzie nasi bohaterowie powinni mieszkać. Scenograf objeżdżał Polskę, szukając lokacji, która spełniała by wszystkie założenia scenariusza. Dom dziadka miał być blisko miejsca, w której toczy się główna akcja filmu, aby przestrzeń była jednolita, a otoczenie jak najprawdziwsze.

Ale kino wymaga pewnych scenograficznych ingerencji w obiekty.

Oczywiście. Oba domy znaleźliśmy około 20 km od Olsztyna -  w miejscowości Pęglity koło Gietrzwaldu. To stara mazurska wioska, a obiekt - idealny. W domu mieszkała rodzina z problemami finansowymi, odłączono im elektryczność z powodu niezapłaconych rachunków. Wynajęliśmy więc ten obiekt, opłaciliśmy rachunki i podłączyliśmy prąd, lekko zmodyfikowaliśmy otoczenie – na przykład dobudowując szklarnię.
 
Scenograf Radosław Zielonka wraz z dekoratorką wnętrz Kingą Babczyńską i pionem scenograficznym stopniowo uzupełniali cały ten świat, kierując się kryterium wiarygodności.

Innym problemem okazała się droga. Dom rodziny znajdował się na wzgórzu, a dom dziadka poniżej.  Wszystko grzęzło w błocie, samochody ekipy nie mogły tam dojechać. Dlatego zbudowaliśmy drogę od postaw, układając na ziemi betonowe płyty. Myślę, że nasza inwestycja spowodowała, że mieszkańcy tego domu stanęli na nogi. Kino czasem poprawia życie ludzi, także w sposób dosłowny.
 

 
Na planie "Cichej Nocy", fot. R. Jaworski
 

Podczas konferencji prasowej w Gdyni opowiadaliście, że warunki realizacji były wyjątkowo ciężkie.

To prawda, ale trudne warunki przełożyły się na integrację ekipy. Hotel, gdzie mieszkali znajdował się na przedmieściach Olsztyna, zdjęcia realizowane były głównie w nocy, w zimnie i tym wszechobecnym błocie. Kierowniczka produkcji Sylwia Rajdaszka stworzyła wspaniałe warunki, dbała o dobrą atmosferę. To przeniosło się na ekran – jak wiemy, prawdziwą rodzinę konsolidują trudne warunki. Tak też stało się z naszą „filmową rodziną”, w wielkiej przyjaźni pozostają do dziś i myślę, że potrwa to bardzo długo.

Muszę też podkreślić, że Piotr świetnie pracuje na planie, sam w końcu jest aktorem. Rozumie zarówno ekipę filmową, jak też potrzeby i oczekiwania aktorów.

Twoją specjalnością jest produkcja pierwszych filmów. Musisz mieć więc opracowany system wsparcia debiutantów. Jak wyglądała w tym wypadku opieka producencka nad debiutem?


To funkcja „akuszera debiutu” – wydaje mi się, że potrafię dostrzec talent młodego reżysera i ułatwić mu drogę do filmu.
 
W sferze konkretu: staramy się zapewnić reżyserowi jak najlepszą ekipę, składającą się z wybitnych specjalistów. Myślę tu o operatorze Piotrze Sobocińskim, Ewie Jastrzębskiej – producencie wykonawczym, Ewie Brodzkiej odpowiedzialnej za castingi. Większość ról obsadzonych zostało w drodze castingu, choć role braci, matki i ciotki od początku były ustalone, a casting tylko to potwierdził.

W procesie przygotowywania filmu moja pomoc polegała przede wszystkim na pracy nad tekstem. Szukaliśmy wersji optymalnej. Na początku film miał inny tytuł, ale po zastanowieniu się, uznaliśmy za niezwykle istotną scenę, w której dziewczynka gra na skrzypcach kolędę. I tak została "Cicha Noc".

Potem pokazaliśmy tekst członkom Rady Programowej Studia Munka, Wojciechowi Marczewskiemu i Jackowi Bromskiemu. Po ich uwagach, pracowaliśmy dalej nad tekstem, aż doczekaliśmy się wersji, którą mogliśmy złożyć do PISF.

Szczególnie istotne dla mnie było uporządkowanie przestrzeni tego filmu. Początkowo był pomysł, że dziewczyna głównego bohatera, Joanna, mieszka w Warszawie. Ale to było ryzykowne, mogło zaburzyć jedność czasu i przestrzeni. On nie byłby w stanie, pokonać takich odległości bez narażenia wiarygodności świata przedstawionego. Uznaliśmy więc, że dziewczyna mieszka w pobliskim mieście, powiedzmy – w Olsztynie lub Białymstoku. Sprawdziliśmy, że do miasta przyjeżdża codziennie autokar z  Holandii, wypełniony pracownikami z Polski.

Piotr Domalewski na planie "Cichej Nocy", fot. R. Jaworski

Rzadko zdarza się, aby w filmie zachowywano zasadę jedności czasu, miejsca i akcji.

Dlatego tak ważny jest tutaj zegar! Spójrz, jak wszystko jest tu wyliczone. Nasz bohater budzi się po Wigilii, pasterka już trwa, jest po północy. Ale nadal może dojechać do swojego domu w ciągu tej jednej szczególnej nocy. Słowem – kluczem w realizacji tego filmu jest wiarygodność.

Pomagają w tym naturalistyczne zdjęcia Piotra Sobocińskiego. Nie ma w nich tego efektownego rozjaśnienia, w którym świat wygląda piękniej.

W pierwszej wersji narratorem miała być kamera, przechodząca z rąk do rąk. Uznaliśmy, że to zbyt formalny zabieg. Zmęczy widza. Obraz musi być normalny, nie udziwniony, mimo iż kamera jest „z ręki”. Obraz z kamerki widzimy głównie wtedy, gdy został nagrany przez dziewczynkę.

I ma to szczególne znaczenie. Oczami dziecka widzimy polskie święta takie, jakie one być powinny – ciepłe, dobre, wyidealizowane.
Otóż to.

Piotr Sobociński to wybitny profesjonalista. Sam sobie szwenkował, pracował, nawet jak miał 39 stopni gorączki. Operator wspólnie z reżyserem starali się stworzyć takie wrażenie, że w filmie mamy naturalne światło, jakby zdjęcia były „przezroczyste”, a film - jak najbliżej bohaterów. Jak w życiu. Dlatego też nie ma napisów początkowych, tylko końcowe. Widz od razu wchodzi gładko w świat „Cichej Nocy” i zostaje w nim aż do końca, gdy obok napisów ukazują się kadry z kamerki, obrazy nakręcone przez dziewczynkę.

Moja ulubiona scena - to ta z pierwszej części filmu, w łazience. Po przyjeździe do rodzinnego domu, Dawid Ogrodnik idzie do łazienki, patrzy w lustro, przejeżdża ręką włosy. Kamera ukazuje lustro, zlew. Przy sklejeniach ceramiki widać czarne plamki brudu. Tak jest! Te domy tak wyglądają. Nigdy się wszystkiego nie doczyści, jeśli mieszka się kilkadziesiąt lat w tym samym wnętrzu, nawet jeśli się o nie dba.

Swoisty, rozpoznawalny styl bałaganu...

Tak jak np. fotografia Papieża Franciszka nad Janem Pawłem II obok fotografii rodzinnych naszych bohaterów. Ten styl, który pozwala na maksymalną bliskość z bohaterem, przypomina mi styl NeoNaturel kina francuskiego. W Polsce takie filmy prawie nie powstają: kino wrażliwe na prostych bohaterów, ukazujące codzienne, współczesne historie wprost z życia, ale pasjonujące.

Ekipa "Cichej nocy", fot. R. Jaworski

W „Cichej nocy” jest wielkie ciepło. Powierzchownie zestawia się ten film ze Smarzowskim, ale moim zdaniem w sposób nieuzasadniony. To zdecydowanie „Dom dobry”, mimo wszystko.
Piotr Domalewski ma to ciepło w sobie i umieścił je w swoim dramacie egzystencjalnym. Jego pojmowanie filmu jest mi bliskie. On sam pochodzi z takiego świata, ma wobec niego współczucie i współodczuwanie. Po festiwalu w Gdyni moja znajoma z dużej firmy medialnej powiedziała mi: świetny film, ale ten świat jest sprzed dekady, archaiczny.

Nieprawda. Tak wygląda Polska. Nie znamy Polski, mieszkając w zamkniętych osiedlach, poruszając się po wyczyszczonych ulicach dobrymi samochodami. Ja także jestem blisko tego świata, jeżdżę komunikacją publiczną i odwiedzam prowincję, znam takie domy, wnętrza, ludzi i wiem jak to naprawdę wygląda.

Nie ma zimy ze śniegiem. Jest syf, błoto, co najwyżej śnieg z deszczem w Wigilię. Tak jak w filmie. Przekuliśmy błoto w wartość tego kina.

Z wyjątkiem ostatniej sceny. Gdzie śnieg zaczyna padać, a świat przypomina bajkę.
Bo tak miało być. Kościół, pasterka, białe płatki śniegu i idealne święta z kamerki.

Piotr Domalewski, Piotr Sobociński na planie "Cichej Nocy", fot. R. Jaworski

"Cicha Noc" wchodzi do kin, a w Studiu Munka, jak widzę, wiele się dzieje. Co teraz przygotowujecie?

Rzeczywiście, dzieje się sporo. Rusza kolejna edycja programu „30 minut”, a więc szukamy nowych Domalewskich. Ruszają prace przygotowawcze nad dwoma pierwszymi „sześćdziesiątkami” - Piotra Adamskiego i Bartosza Kruhlika, moim zdaniem jednego z najciekawszych absolwentów Łódzkiej Szkoły Filmowej w ostatnich latach.

  Pracujemy nad dwoma pełnometrażowymi debiutami. Wkrótce będziemy składać pakiet z filmem Karoliny Bielawskiej o Violetcie Villas, pt. „Kolorowe łzy”. Mamy gotowy scenariusz debiutu Sylwestra Jakimowa, autora świetnej „trzydziestki” pt. „Koleżanki”. Złożyliśmy pakiet na ostatniej sesji w PISF-ie - wrócił do nas z zaleceniem poprawek.

Dlatego śmieszą mnie pojawiające się w ostatnich tygodniach w niektórych mediach sugestie, jakoby część firm lub producentów była w uprzywilejowanej sytuacji pozyskiwania dotacji z PISFu.  Mam na koncie dwa Złote Lwy, jedne Srebrne, do tego Platynowy Bilet za sukces frekwencyjny i za każdym razem muszę walczyć o następny film. Kolejne projekty wracają z zaleceniem poprawek, a nawet tak znakomite „trzydziestki” jak choćby film Domalewskiego „60 kilo niczego”, czy „Najpiękniejsze fajerwerki ever” Aleksandry Terpińskiej, nie dostają się np. do konkursu Krakowskiego Festiwalu Filmowego.

Studio Munka tworzy dla młodych twórców takie warunki, że chociaż otaczamy ich artystyczną i produkcyjną opieką, to jednak nie są już pod szkolnym kloszem. Pomagamy zahartować ich artystyczną osobowość. Wyposażeni w doświadczenie idą w świat i przejmują odpowiedzialność za swoją karierę.

Życzę zatem wytrwałości i zrealizowania wszystkich zaplanowanych na 2018 rok debiutów, krótko-, średnio- i pełnometrażowych.



 

Anna Wróblewska
artykuł redakcyjny
Ostatnia aktualizacja:  27.11.2017
Zobacz również
Kazimierz Kutz na Cinergii
Filmy, których czas się nie skończył
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll