PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
WYDARZENIA
  25.08.2017
Z Jerzym Gruzą, tegorocznym laureatem Platynowych Lwów, w nowym numerze „Magazynu Filmowego” (nr 9/2017), rozmawia Piotr Czerkawski. Oto fragment wywiadu, który w całości będzie można przeczytać na łamach pisma, już 11 września.
Podobno niewiele brakowało, a odwołałby pan nasze spotkanie.
Wszystko dlatego, że przeżyłem wczoraj gehennę. A przecież początkowo nic jej nie zapowiadało. Niedziela, w Warszawie upał – pomyślałem sobie, że ucieknę za miasto. Wieczorem wracam zrelaksowany, wychodzę z garażu i naraz dopada mnie myśl, że czegoś brakuje. Szlag! Klucz do mieszkania. Przetrząsam nerwowo kieszenie, szperam w samochodzie i nic. A to nie jest taki zwykły klucz, bo zamki niemieckie, po poprzednim właścicielu. Nie dostanę się do domu...

Brzmi jak pomysł na sequel „Dnia świra”.
To dopiero początek! Za chwilę uświadamiam sobie, że w zamkniętym mieszkaniu zostały wszystkie leki, które koniecznie muszę zażyć wieczorem. Co robić? Jeżdżę od apteki do apteki i próbuję przebłagać farmaceutki, żeby sprzedały mi bez recepty chociaż listek tabletek... Nie ma szans. Bez recepty są tylko w wielkim wyborze farby do włosów. „Niech pan dzwoni na pogotowie!”, ja na to: „Wyładowała mi się komórka”. – „No to niech pan tutaj padnie, a wtedy ja zadzwonię”. Stojąca za mną kolejka zniecierpliwionych ludzi: „Padaj pan!”. W końcu pojechałem na pogotowie na Hożej, gdzie przez lata kręciłem fragmenty „40-latka”, zaspana pani doktor zlitowała się nade mną i dała jakiś lek zastępczy bez recepty i bez efektów.

Wniosek z tego, że „40-latek” uratował panu życie?
W nocy u znajomych wziąłem wszystkie leki, jakie były pod ręką, na czele z Apapem, i sięgnąłem do ich biblioteczki po losowo wybraną książkę – biografię fizyka Poincarégo, która była tak nudna, że uśpiła mnie na cztery godziny. Rano natychmiast ruszyłem do kontrataku i w końcu dostałem się do właściwego lekarza, który mógł podać mi lekarstwo. Nowa pani doktor zrobiła porządek z moim ciśnieniem, a jak opowiedziałem o swoich przygodach: „Pan się nie męczy, podam panu numer na pogotowie ślusarskie, które otwiera wszystkie zamki w kilka minut”. Przyjechało, ale nie było potrzebne, znalazłem klucz, który zostawiłem jak idiota w drzwiach.

Trudno mi uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Często miewa pan takie przygody?
Bardzo często. Zwłaszcza ze służbą zdrowia. Nawet spisałem sobie te wszystkie historie, ale boję się je wydać, bo potem nie przyjąłby mnie już żaden lekarz i czekałoby mnie najpewniej powtórzenie losu Moliera, który zmarł na scenie, grając w „Chorym z urojenia”.

Na co dzień chętnie inspiruje się pan wydarzeniami z własnego życia?
Od młodości uwielbiam podsłuchiwać uliczne dialogi. Z Jurkiem Skolimowskim mieliśmy taki zwyczaj, że zawsze nosiliśmy przy sobie kartkę i długopis, i jak tylko usłyszeliśmy coś ciekawego, od razu to notowaliśmy i wkładaliśmy kartkę do kieszeni. Jakiś czas temu przestałem już jednak to robić, bo i tak nigdzie tych historii nie wykorzystam… Smutne.

Niekoniecznie. Może pan opowiedzieć jedną w wywiadzie.
No dobrze. Byłem niedawno na wakacjach w Hiszpanii. Upał jak cholera, siedzę sobie w cieniu i słyszę z oddali dokazujące dzieci. Dwóch Polaków i Rosjanin bawią się w wojnę. Polacy najwidoczniej wygrali, bo krzyczą: „Udało się! Zabiliśmy go!”. Na co czteroletni Rosjanin, po chwili milczenia: „Niet, mnie nie ubijotie, ja Ruskij. Ja nesmertelnyj!”. To się nazywa wojna polsko-ruska!

Wspomniał pan przed chwilą o Jerzym Skolimowskim. Mało kto wie, że nie tylko przyjaźniliście się, lecz także napisaliście – współpracując jeszcze z Bolesławem Sulikiem – scenariusz do brytyjskiego debiutu Skolimowskiego pod tytułem „Na samym dnie”.
Byłem wtedy nawet kimś w rodzaju asystenta Skolimowskiego i towarzyszyłem mu na planie. To były czasy! Swingujący Londyn, brytyjski humor i atmosfera wiecznej zabawy. Jurek zawsze był świetnym kompanem, miał fantazję i jedyny w swoim rodzaju polski spryt. Pamiętam, że pewnego dnia kazał ekipie zbudować wysoką wieżę, na której chciał postawić kamerę. Pytam go: „Jurek, po co właściwie nam ta wieża?”, a Skoli na to: „Zanim się zorientują, że za cholerę nie wiemy, co dalej mamy robić, niech mają zajęcie i budują wieżę”. Po latach równie zabawna atmosfera panowała na planie „Alicji”, którą kręciliśmy z Jackiem Bromskim, ale, niestety, mieliśmy już mniej szczęścia, a więcej pecha na planie.

Co takiego jest w pokoleniu pana, Skolimowskiego i Polańskiego, że wszyscy macie w sobie ten sam, nieprzemijający apetyt na życie?
Myślę, że to kwestia przekory. Im bardziej za młodu komunizm nas dociskał, tym mocniej chcieliśmy pokazać, że mamy go gdzieś i będziemy żyć po swojemu. No, a potem tak już zostało i zostanie pewnie do końca życia.

Piotr Czerkawski
Magazyn Filmowy 09/2017
Ostatnia aktualizacja:  25.08.2017
Zobacz również
fot. FPFF
„Na drodze” z Magdaleną Boczarską w Los Angeles
Bajońska suma talentów
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll