PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
A najlepszym miejscem, żeby skupić się na kondycji naszej cywilizacji jest Nowy Jork, miasto, które skupia w sobie wszystkie elementy współczesnego świata. Opowiada o tym Piotr Stasik, reżyser filmu „21 x Nowy Jork”, który ma szansę na Europejską Nagrodę Filmową w kategorii Dokument. Laureatów poznamy 10 grudnia 2016 roku w godzinach wieczornych. Rozmawia Albert Kiciński.
Piotr Stasik: Chciałem oddać ducha naszych czasów


Albert Kiciński: Wszyscy, którzy nie czują grawitacji, właśnie tam spadają (tak mówi jeden z bohaterów Twojego filmu). Co takiego kryje się w tym mieście?


Piotr Stasik: Chodzi o ludzi, którzy nie pasują gdzie indziej i poszukują swojej ścieżki życiowej. Trochę innej od tradycyjnych dróg. I jadą tam z takim przekonaniem. Ale wielu spotyka rozczarowanie, bo Nowy Jork jest miastem mitem.  Ten mit stworzyły przeszłe wydarzenia i filmy.

I tego szukałeś? Nie było tak, że na początku szukałeś czegoś innego? Szukałeś szczęścia a znalazłeś smutek?

W skrócie można tak powiedzieć. Przede wszystkim myślałem, że zrobię film o wolności. O wolności, którą daje miasto-twór; w którym mamy poczucie, że można sobie pozwolić na więcej. Gdy pierwszy raz pojechałem do Nowego Jorku, to pomyślałem, że tam zamieszkam. Po drugie - zrobię film o wolnych ludziach, którzy żyją sobie tak, jak chcą.
Od początku w zamierzeniach byłem jednak otwarty na różne zakończenia tych poszukiwań. Ten film był trochę eksperymentem. Postanowiłem znaleźć około 21 osób i zapytać ich o ważne dla nich sprawy.

Ale było ich więcej?

Zarejestrowałem około 50. Intuicyjnie wybierałem ludzi, podchodziłem do nich w metrze i pytałem, czy nie zgodziliby się ze mną porozmawiać i zostać bohaterami mojego filmu. Większość z nich się zgadzała. Jak już zaczynałem z nimi rozmawiać, okazało się, że dużo z tych rozmów schodzi na temat relacji międzyludzkich, miłości, samotności i poczucia zagubienia. Po miesiącu wszyscy ci ludzie zaczęli opowiadać mniej/więcej te same rzeczy o niespełnieniu i cierpieniu.

Poszedłeś za bohaterami.

Poszedłem za bohaterami, ale nie wiem czy intuicyjnie nie wybrałem akurat takich bohaterów. Trudno powiedzieć. Wydaje mi się, że nie.
Moim głównym zamierzeniem nie było opowiedzenie o Nowym Jorku, tylko o tym, co się dzisiaj z nami dzieje. Chciałem oddać ducha naszych czasów, oczywiście widzianego moimi oczami.

Dlatego wybrałeś taki twór cywilizacyjny jakim jest Nowy Jork? Nowoczesne miasto…

… o którym mówi się, że jest trochę miastem, laboratorium  przyszłości. Tam można odczytywać, co może będzie u nas w przyszłości.

A może w Dubaju albo Tokio.

Myślę, że bardziej w Tokio. Dubaj jest zbyt sztucznym tworem.
Okazało się, że od wolności doszedłem do samotności, zresztą z nią związanej. Jak dziś jesteśmy wolni, to okazuje się jednak, że szukamy czegoś więcej. Dziś nie jesteśmy wciśnięci w jakieś ramy wyznaczone przez społeczeństwo, ale też więcej cierpimy. To jest cena za poszukiwania.

Co to o nas mówi, że chcemy żyć w takim mieście, brniemy do niego, a mimo wszystko czujemy się samotnie?

Myślę, że oddzielnym tematem jest mit Nowego Jorku, chociaż ten mit jest też mitem tego nowoczesnego świata do którego dążymy. W tym sensie nabieramy się na złote paciorki. Dzisiaj dostajemy je w formie Internetu, albo kolorowych obrazków w telewizji. Ludzie w to wierzą i się nabierają. Nabierają się na reklamy, na media społecznościowe itd., itp. Na jakimś poziomie mój film to też opowieść o tym.
Chociaż mam nadzieję, że to nie jest tylko smutny widok naszej cywilizacji. Jest w tym rodzaj pewnego kolorytu, który sprawia, że dobrze się w tym czuję. Daje też poczucie, że w odczuwaniu samotności nie jesteśmy osamotnieni. Takie wspólnotowe odczuwanie samotności.  Ten film to dla mnie też trochę taniec  – taniec, który opowiada o życiu.

O życiu w tak dużym mieście?

Tak. Jak się osiągnie taki moment pływania, pojawia się uczucie samotności, ale w tłumie nadal można czerpać dużą satysfakcję. Tak bym to nazwał.

„21 x Nowy Jork” ma swój niepowtarzalny rytm, który daje poczucie wejścia w trans. Oglądanie jest wręcz doznaniem muzycznym.

Część zdjęć powstawała w tańcu - tańczyłem kręcąc. To była obserwacja uczestnicząca. Poza tym zawsze sam dobieram muzykę. Od początku wiedziałem, że będzie to muzyka z pogranicza techno, jakieś dźwięki miasta (długie noisy) wprowadzające nas w dziurę czasową i przestrzenną, ale połączone z muzyką klasyczną (Bach, Chopin). Konglomerat tej muzyki ma służyć poczuciu transu, do którego dziś cywilizacja i życie w dużym mieście nas przybliża, ale które moim zdaniem nie jest złe. Myślę, że jest w tym coś bliskiego naszym pierwotnym odruchom. Przecież wprowadzaliśmy się w takie transy - kiedyś podczas uroczystości religijnych, a dziś np. na imprezach techno.

W tym wszystkim chodzi też o życiowy pęd.

Właśnie odwrotnie – chodzi o zatrzymanie i przeniesienie się na inny poziom odczuwania, aby dowiedzieć się czegoś więcej o świecie. Albo żeby poczuć pewien rodzaj wspólnoty. Trans temu służy.

Najpierw, żeby to wszystko wyłowić zszedłeś do metra.


Od metra zacząłem, bo to jest takie miejsce, w którym można przyjrzeć się ludziom. Łatwiej jest upolować bohatera - na ulicy nie ma na to szans. Tutaj mogę się chwilę przyjrzeć i podejść – ten ktoś nie może powiedzieć, że się spieszy, bo naprawdę ma tą chwilę czasu. Metro jest też bardzo demokratycznym miejscem.

Bywają tam wszyscy. Można powiedzieć, że to, co się dzieje w metrze - jest esencją Nowego Jorku?

Do filmu szuka się miejsc, które są soczewkami skupiającymi wszystko - więc w tym sensie tak. Z drugiej strony można powiedzieć, że jest najbardziej wyświechtanym i niebezpiecznym dla filmowca miejscem. Tyle filmów już o tym powstało.

Film jest też o rozterkach, marzeniach i to jest w nim najcenniejsze. Wydobyłeś z tych bohaterów wiele ważnych myśli, ich osobistych spostrzeżeń. Pojawiają się tam niesamowite postacie, zwłaszcza ten chiński filozof, który dzieli się z nami swoimi metafizycznymi przemyśleniami. Skąd znalazłeś tego Chińczyka? W jego monologach pojawiają się fragmenty Twoich pamiętników?

Chińczyk został zbudowany z bardzo wielu elementów. On jest takim moim alter ego - w związku z tym pojawiają się tam fragmenty różnych lektur, moich pamiętników i jakichś jego przemyśleń. Okazało się, że też prowadzi swój pamiętnik. Chińczyk stanowi najbardziej literacką i fabularną postać. Wybrałem go dlatego, że Nowy Jork widziany jego oczyma jest najbardziej mój. Dopiero co przyjechał do Nowego Jorku - może miał podobny gust, podobne miejsca mu się podobały, podobne rzeczy dostrzegał? W Chińczyku jest jeszcze jedna rzecz. Grupuje się w nim coś, co nazwałbym swoim dziennikiem z podróży, nawiązując do poprzedniego filmu [śmiech]. Dużo jeżdżę po świecie i nie są to zazwyczaj wyjazdy turystyczne - służą raczej kontemplacji świata. W związku z tym obserwuję, co się dzieje, wiele rzeczy zapisuję. Wszystkie takie myśli, które dotyczyły nas w dzisiejszym świecie -wrzuciłem właśnie w tę postać. To jest następny moment, w którym ten film wychodzi poza Nowy Jork, a staje się opowieścią o świecie. Czymś bardziej uniwersalnym.

Opowieścią o naszej dzisiejszej kondycji.

To była pewna próba uchwycenia tej kondycji, bo przecież nie da się jej opisać wprost i w całości. Można przybliżyć kondycję różnymi elementami – najbardziej klimatem. Na ten klimat składają się m.in. kolorystyka zdjęć, sposób kręcenia i muzyka; to w jaki sposób myśli są szeregowane, przełączane jedna na drugą. Czasem są to głębokie myśli, zatrzymujemy się przy nich na dłużej, a czasem przeskakujemy bardzo szybko, jak przy przeglądaniu kanałów w tv.

Te myśli dużo mówią o nas, o tym co robimy na co dzień i co tworzy nasze jednostkowe losy – a w wymiarze globalnym, życie.

Od początku próbowałem znaleźć formę i treść, która może opowiedzieć o dzisiejszym świecie. Bez żadnego nastawienia, jaki będzie końcowy wydźwięk. Raczej myślałem, że mi się nie uda i rzucam się z motyką na słońce.

Żeby złapać te myśli, musiałeś wyjść z metra, zbliżyć do ludzi.

Pomysł z metrem wziął się również z takiej gry z czasów liceum. Przyglądaliśmy się ludziom jak wyglądają i po twarzy próbowaliśmy zgadnąć – kto kim jest, tzn. jaki ma zawód, ile ma lat itp. Tutaj robiłem podobnie, a ponieważ miałem kamerę, więc mogłem się zapytać: kim jesteś, co myślisz, co ci dolega, co jest dla ciebie najważniejsze. Takie podstawowe pytania. Mogłem zajrzeć komuś do głowy.

Albo w duszę.

Chińczyk mówi, że porzuca bycie chłopcem i jest gotowy, żeby zostać bogiem. Kamera też daje taką możliwość.

Chodzi mu też o dojrzałość.

Dojrzewanie polega na tym, że gdzieś mniej/więcej orientujesz się, co w ludziach jest. Dojrzałość filmowca też na tym polega – wybierasz z tysiąca ludzi tego człowieka, który ma akurat coś do powiedzenia.

Rozmawiałeś z masą ludzi. Ile to trwało?

Nie miałem za dużo czasu. Jeżeli przyjmiemy, że nagrałem 50 osób, a byłem tam 180 dni - to wychodzi na to, że miałem około 3 dni na osobę. To nie za dużo.

Jak ich przekonywałeś do siebie?

Wysyłałem linki do swoich poprzednich filmów – to przełamywało bariery. Mogli mnie poznać, bo te filmy są trochę autotematyczne. Miałem z ich strony duże poczucie zaufania, więc to był dobry pomysł.

Można powiedzieć, że wydźwięk filmu był pozytywny?

Film kończy się drugim wybuchem, czyli końcem świata. Ostatnio spotkałem faceta, który sprzedawał ciuchy w sklepie z używaną odzieżą. W pewnym momencie zaczął do mnie mówić. Powiedział, że Internet jest dla niego dynamitem XXI wieku. Coś w tym jest. Być może nie zginiemy od bomby atomowej, tylko wykończymy się za pomocą Internetu.
W filmie zawarłem taką myśl: nigdy nie mamy dość przyjemności, bo nasz mózg jest tak skonstruowany. Próbujemy sobie przyjemności dostarczać jeszcze więcej, a Internet może nam jej dostarczać bez końca. Istnieją techniczne możliwości, żeby dostarczać sobie przyjemności więcej, więcej, wręcz bez końca. Stąd mózg nie wytrzyma tego wszystkiego i kiedyś pęknie.

Tak jak wielki wybuch był początkiem świata, który znamy, początkiem wszystkiego – kolejny wielki wybuch może być końcem, ale zarazem początkiem czegoś nowego.

Może będzie tak, że na podstawie doboru i selekcji wybuchną mózgi tym głupim, którzy się temu poddają. I zostaną tylko ci mądrzejsi.

Cywilizacyjnie zmierzamy w nieznane.




Albert Kicińśki
Ostatnia aktualizacja:  20.07.2017
Zobacz również
fot. Robert Jaworski
Poza ekranem, czyli nie tylko teoria. Zjazd Filmoznawców i Medioznawców
[wideo] Pogrzeb Tadeusza Chmielewskiego
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll