PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
WYDARZENIA
  4.09.2016
Podczas otwarcia tegorocznej edycji festiwalu weneckiego Jerzy Skolimowski odebrał Złotego Lwa za całokształt twórczości. Oto fragment artykułu Piotra Kletowskiego na temat dokonań tego wspaniałego artysty, który w całości będzie można przeczytać na łamach nowego numeru „Magazynu Filmowego” (nr 09/2016) już 12 września.
„Chętnie bym z panem porozmawiał, ale jeszcze nie jestem do tej rozmowy gotowy” – powiedział Jerzy Skolimowski, kiedy prosiłem go (zresztą niejednokrotnie) o udzielenie wywiadu-rzeki. Książka, w której ten wybitny reżyser wyspowiadałby się ze swego życia, miała być – w moim zamierzeniu – „perłą w koronie” wywiadów-rzek z polskimi twórcami „osobnymi”, outsiderami, którzy stworzyli własną oryginalną wizję kina.

Jerzy Skolimowski, jak Andrzej Żuławski, Grzegorz Królikiewicz, Piotr Szulkin, ale też Wojciech Jerzy Has czy przede wszystkim Roman Polański (z którym współtwórca scenariusza do „Noża w wodzie” właściwie zaczynał swoją przygodę z kinem), odkąd samodzielnie zaczął realizować filmy, naznaczał swą twórczość głęboko osobistym piętnem. Życiopisanie –„słowo-klucz” do otwarcia filmowych dokonań polskich reżyserów-outsiderów – pasuje najbardziej do Skolimowskiego i jego dzieł. To, że bohaterowie jego pierwszych filmów: „Rysopisu” (1964) „Walkowera” (1965), „Rąk do góry” (1967) grani byli przez samego Skolimowskiego, a ich ekranowa egzystencja „szyta” była doświadczeniami reżysera, świadczyło dobitnie o jego autorskim genomie, wpisywanym w filmowe wizje. Ale w tą głęboką, autorską, ekshibicjonistyczną wręcz wizję kinematografu, jaką Skolimowski wniósł do polskiego kina, wpisana jest wartość, której twórca Walkowera wierny był całe swoje filmowe życie – właśnie twórcza (egzystencjalna) „niedojrzałość”.

Skolimowski, którego wszystkie, a zwłaszcza polskie filmy, naznaczone były piętnem Gomborowicza, z owej „niedojrzałości” zrobił swój ideowy program. Można zaryzykować stwierdzenie, że swymi filmami – nie tylko polskimi, ale też tymi zrealizowanymi na emigracji – dokonał najpełniejszego przepisania Gombrowiczowskich idei na taśmę filmową, z przesłania "Ferdydurke" czyniąc swój intelektualny (a po części i formalny) azymut (paradoksalnie jednak bezpośrednia adaptacja "Ferdydurke", jakiej Skolimowski dokonał w 1992, nie jest filmem do końca udanym). Niedojrzałość – programowa, stająca się bronią przeciwko światu zakłamania, obłudy, brutalności. Być „niedojrzałym”, w stanie ciągłego przepracowywania samego siebie, zdejmowania masek, które jeszcze nie zdążyły okrzepnąć na twarzy – oto powołanie bohaterów autobiograficznego kina Jerzego Skolimowskiego. Być „Leszczem” (Leszczyc – tak nazywa się główny bohater jego pierwszych filmów), czyli taką małą, niepozorną rybą, pływającą w rzece pełnej drapieżników, prawdziwych rekinów – rybką niepozorną, ale nie dającą się schwytać, zjeść, poskromić, to powołanie „Hamlesiów” (taki tytuł nosiła studencka etiuda reżysera, w 1960 roku) zaludniających świat filmów Skolimowskiego. Zwłaszcza (ale co ważne, nie tylko – bo nie zauważają tego apologeci kina autora „Rysopisu”, skupiający się jedynie na jego polskich dokonaniach) tworzonych jeszcze w Polsce, przed „wyrzuceniem” reżysera przez władzę ludową kasującą jego "Ręce do góry".

Ta niezależność, niemożność wtłoczenia bohatera w ramy istniejącego porządku egzystencjalnego, społecznego, tak nośna w momencie powstawania „Bariery” czy „Walkowera” (filmy te były bowiem głosem pokolenia wchodzącego w życie w latach 60., okresie „małej stabilizacji”, która – na krótko – uwolniła młodych ludzi od myślenia ideowymi i historycznymi sztancami, przez co mogli oni próbować „żyć własnym życiem”) czyni z obrazów Skolimowskiego dzieła ponadczasowe, żywe, mocne po dziś dzień. Jak trafnie ujął to Konrad Eberhardt, komentując „na świeżo”, na łamach „Kina” dokonania reżysera: „Jeżeli twórczość Skolimowskiego spełnia tak ważną rolę w kinematografii polskiej, to właśnie dlatego, że powołuje do istnienia bohatera niekonsekwentnego, bohatera składającego się, czy raczej scalającego ze sprzecznych elementów. Ma to znaczenie ogromne, gdyż polska kinematografia powojenna rozumiała bohatera właściwie w jeden sposób: jako wypadkową nadrzędnych procesów zbiorowości, procesów społecznych i historycznych (…) nieliczne są wartościowe filmy odwracające hierarchię wartości, filmy, w których (…) szary, banalny bohater zmaga się ze światem, takim jakim on sam go widzi (…). Jest w tym jakaś doza przekory, obawy o uratowanie własnej indywidualności, własnej twarzy, lęk przed wtopieniem się w zbiorowość, poddaną nadrzędnym przeznaczeniom”. 

Czasy Gomułkowskiego PRL-u, jakie ukazywał reżyser, tworzące egzystencjalną próżnię, przestrzeń egzystencjalnego zawieszenia, w którym komunistyczna ideologia skutecznie wypleniła moralne, duchowe wzorce, zastępując je sztucznymi sloganami; rzeczywistość – w której młody człowiek, by być wiernym sobie, zmuszony jest wciąż uciekać, przekraczać własne „ja”, działać wbrew sobie i światu – jako żywo przypomina współczesny świat, gdzie ideologię socjalistyczną zastąpił reifikujący człowieka korporacyjny kapitalizm. Z tego też względu kino Skolimowskiego tak szybko „chwyciło” na Zachodzie, gdzie on sam od zawsze był traktowany jako „swój” – reżyser nowofalowy, bratnia dusza Godarda, Truffauta, brytyjskich młodych gniewnych – dzięki czemu później, na emigracji, mógł swobodnie poruszać się w warunkach produkcyjnych Europy Zachodniej i – w nieco bardziej ograniczonym zakresie – w USA. Ale z tego też względu filmy Skolimowskiego są wciąż „świeże” i żywo odbierane przez współczesną widownię (nie ma, powtarzam  NIE MA) bardziej „nowoczesnych” filmów, niż te, które twórca „Walkowera”, zrealizował pół wieku temu w chałupniczych warunkach PRL-owskiej kinematografii. Czego przykładem zawsze ich żywy odbiór w czasie wykładów Akademii Polskiego Filmu, gdzie przyjmowane są w taki sposób, jakby były zrealizowane właśnie dziś.
Piotr Kletowski
Magazyn Filmowy SFP 09/2016
Ostatnia aktualizacja:  6.01.2017
Zobacz również
fot. Borys Skrzyński/SFP
Nowy szef artystyczny Horyzontów
Krakowskie Mikro – niewielkie kino z bogatą historią
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll