PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Z Wojciechem Kasperskim, reżyserem filmu "Ikona", nagrodzonym Złotym Lajkonikiem podczas tegorocznego Krakowskiego Festiwalu Filmowego, w nowym numerze „Magazynu Filmowego” (nr 8/2016), rozmawia Kuba Armata. Oto fragment wywiadu, który w całości będzie można przeczytać na łamach pisma już 10 sierpnia.
 Kuba Armata: "Ikona" jest filmem, który robiłeś dobrych kilka lat.

Wojciech Kasperski: Pierwsze pieniądze na ten projekt, umożliwiające dokumentację, pojawiły się w 2007 roku. Początkowo chciałem zrobić film o młodym lekarzu tuż po studiach, który zaczyna swoją pierwszą pracę. Rzucony jest na głęboką wodę, bo trafia do pacjentów ciężko bądź śmiertelnie chorych. To przypadki, którym nie można pomóc. Miał to być portret młodego idealisty, zderzającego się z prawdziwym życiem. Chciałem się zastanowić i przyjrzeć, gdzie wtedy jest ten idealizm i wiara w to, że można coś zmienić. Opierając się na tym, zrobiliśmy pierwszą dokumentację. Wytypowałem rejony w Rosji, gdzie mógłbym o tym opowiedzieć. Bo ważne jest też, że elementem pracy nad dokumentem jest dla mnie wyjazd, przygoda. Nie jedziemy robić filmu do Radomia, a do Irkucka. Wylądowaliśmy na miejscu, mając w ręku listę szpitali do dokumentacji. Realizacja tego filmu trwała tak długo także dlatego, że chcieliśmy nawiązać dobry kontakt, uzyskać wszelkie możliwe pozwolenia. Więc zanim doszło do zdjęć – w 2011 roku – minęło naprawdę sporo czasu.

 

Udało się uzyskać niezbędne wsparcie?

Mieliśmy na tyle mocne papiery, że trudno nam było na pewnym etapie czegoś odmówić. Dostaliśmy zgodę na wejście do szpitala z kamerą. Wszyscy myśleli, że chcemy nakręcić telewizyjny reportaż. W najśmielszych snach nikt nie przypuszczał, że zostaniemy dłużej niż trzy dni. Wszyscy byli dla nas bardzo mili, pomocni, robili nam obiady. Szpital postawiony był na baczność, a pacjenci naszprycowani mocnymi lekami tak, że ledwo się ruszali. Najciężej chorzy nagle niby cudownie ozdrowieli. Wyglądało to jak kolonia dla młodzieży. Kiedy po tych trzech dniach nie wyjechaliśmy, zaczęły się pytania, co my właściwie robimy. A my wiedzieliśmy tylko, że zostajemy tam do samego końca, tak długo, jak będzie trzeba. Kiedy ta informacja się rozeszła i dowiedziała się o tym dyrekcja szpitala, po prostu machnęli na nas ręką. Doszli do wniosku, że jesteśmy ludźmi, którzy nie wiedzą, co czynią. Zrobienie reportażu polega tam na tym, że wchodzisz, robisz, wychodzisz. A my zostaliśmy. Dzięki czemu mieliśmy dostęp, do czego tylko chcieliśmy.

 

Głównym bohaterem i narratorem filmu jest doświadczony, niemłody już lekarz.

To dyrektor szpitala, doktor Jurir Masłow. Szpital, w którym ostatecznie kręciliśmy, był jednym z adresów, pod które mieliśmy zapukać podczas dokumentacji. Był jedną z najdalszych placówek na naszej liście. Pamiętam, że bardzo długo tam jechaliśmy. Masłow był uprzedzony o naszej wizycie, ale na Syberii jest tak, że jak ktoś mówi, że zaraz będzie, to najczęściej przybywa następnego dnia. Zatem kiedy się zjawiliśmy, był trochę zaskoczony. To był akurat dzień, na który przypadała 45. rocznica jego pracy zawodowej. Z tej okazji miał z żoną małą uroczystość i zaprosił nas na kolację. Od tego się zaczęło.

 

Od razu zaskoczyło?

Tak, chyba właśnie dlatego. Obaj potraktowaliśmy to jako dobry omen. Nie mieliśmy początkowo planu, żeby kręcić w tym miejscu. Ale wszystko składa się z małych przypadków. Bo tak należy postrzegać sytuację, że trafiliśmy tam właśnie tego dnia. I już zostaliśmy.

 

"Ikona" znacznie więcej mówi jednak o pacjentach.

Zaczęło się od opisu lekarza. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy, było uczestniczenie w konsyliach lekarskich. Chcieliśmy ich poznać. Każdy z nich ma już swoje lata i poczucie, że niesie to wszystko na swoich barkach, a jak umrze, to szpital upadnie. Codziennie wraz z lekarzem chodziliśmy na obchód. Przypatrywaliśmy się, jak rozmawia z pacjentami, niektórym coś przepisuje, robi dodatkowe badania. Kiedy kończył się obchód, zostawaliśmy z niektórymi z chorych, żeby porozmawiać. Dowiedzieć się czegoś więcej. Ich perspektywa była odmienna. Znaleźliśmy się w dwuznacznej sytuacji. Lekarz mówił jedno, pacjent drugie. Lekarz sugerował, że pacjent wykrzywia rzeczywistość, bo jest chory, a pacjent, że lekarz go nie zrozumie. Do tego wszyscy biorą tam bardzo podobne leki, nawet dawki są zbliżone. Coraz częściej miałem poczucie, że coś jest nie tak. Zadzwoniłem wtedy do psychiatry w Warszawie i mu o tym opowiedziałem. Nie wyprowadził mnie z błędu, co wzbudziło jeszcze większą konfuzję. Wtedy postanowiliśmy skupić się na jednej osobie, być z nią non stop. Tą pacjentką była Gulnara, której ostatecznie w filmie jest bardzo niewiele. Spoglądaliśmy jednak na świat z jej perspektywy. Ci ludzie zobaczyli wtedy, że się nimi interesujemy. Sami zabiegali o naszą uwagę.

 

Kuba Armata
Magazyn Filmowy SFP (8/2016)
Ostatnia aktualizacja:  22.07.2016
Zobacz również
fot. Materiały prasowe KFF
Ewa Chudzik – mistrzyni filmowego liftingu
Zapomniane piosenki - polskie filmy muzyczne
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll