PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Z Martą Nieradkiewicz, odtwórczynią głównych ról żeńskich m.in. w „Kamperze” i „Zjednoczonych Stanach Miłości”, rozmawia Marcin Zawiśliński.
Marcin Zawiśliński: Lubisz rzucać się na głęboką wodę?

Marta Nieradkiewicz: Chyba tak, ale… tak też się po prostu dzieje, że moje dotychczasowe życie zawodowe ma w sobie rys ryzyka. Lubię podążać nieutartymi ścieżkami, ale mam też farta do takich projektów.

Jednym z nich jest "Kamper", pełnometrażowy debiut fabularny Łukasza Grzegorzka.

MN:
W związku z tym filmem zostałam zaproszona na najdłuższe zdjęcia próbne, w jakich do tej pory wzięłam udział. Trwały blisko cztery miesiące, ale sposób w jaki Łukasz je prowadził coraz bardziej upewniały mnie w przekonaniu, że powinnam się w ten projekt zaangażować. Scenariusz „Kampera” dostałam dopiero wtedy, kiedy Łukasz ostatecznie się na mnie zdecydował. Wcześniej wiedziałam tylko, że będzie to film o młodym małżeństwie, które przechodzi bardzo poważny kryzys egzystencjalny.
 
Piotr Żurawski i Marta Nieradkiewicz w "Kamperze". Fot. M2 Films. 

Długo trwały też podobno poszukiwania twojego filmowego męża. To prawda, że to Ty zasugerowałaś, aby tytułowego Kampera zagrał Piotr Żurawski?

MN:
Tak było. Z Piotrkiem znamy się dość długo, jeszcze z pracy w teatrze w Bydgoszczy. Zawsze świetnie się rozumieliśmy. Wydawało mi się, że będzie świetnie pasował do tej roli.

Co Ci się w tej historii spodobało?

MN:
Urzekło mnie poczucie humoru, jakie towarzyszy głównym bohaterom pomimo problemów, z jakimi muszą się zmierzyć. Humor w dialogach, ale i między słowami. Do tej pory nie grałam jeszcze w takim filmie. Poza tym postać, którą gram również przypadła mi do gustu. Manię ciągle coś gna, ciągle szuka własnej drogi. Jeśli nawet coś zbroi, to nie chowa głowy w piasek, ale stara się skonfrontować z różnymi wyzwaniami, jakie napotyka w swoim życiu.

Ile z Marty Nieradkiewicz jest w filmowej Mani?

MN:
Myślę, że sporo. Mam nadzieję, że w „Kamperze” udało mi się pokazać ten kawałek siebie, który do tej pory znali tylko moi przyjaciele oraz ludzie, z którymi pracuję w teatrze. Dotychczas w kinie nie pokazywałam „zabawniejszej” strony swojej osobowości.

W tle perypetii uczuciowych Mani i Kampera, chyba po raz pierwszy w polskim kinie możemy poznać subkulturę graczy i zawodowych testerów fabularnych gier komputerowych. Znałaś wcześniej to środowisko?

MN:
Wielu dzisiejszych trzydziestolatków gra na PlayStation, znam takich. Myślę, że dla nich jest to nie tylko forma zabawy, ale także sposób na odreagowanie. Natomiast  mnie ten świat nigdy nie wciągnął.

W „Kamperze” niczym w soczewce obserwujemy słodko-gorzkie sceny z życia młodego małżeństwa. Myślisz, że jest to swoisty pokoleniowy manifest współczesnych trzydziestolatków; już dorosłych, ale jeszcze nie na tyle dojrzałych, aby zmierzyć się z prawdziwym życiem?

MN:
Wolałabym nie generalizować, ani mówić komuś: patrz jaki jesteś. Niemniej jednak coś w tym jest, że moment, kiedy decydujemy się na założenie rodziny oraz wzięcie się za bary z prawdziwym, wielowymiarowym życiem, trochę się przesunął w czasie. Priorytety się zmieniły. Wśród dzisiejszych trzydziestolatków sporo jest wolnych duchów czy też Piotrusiów Panów. Ale dla mnie "Kamper" to jednak przede wszystkim film o związku, w którym przychodzi taki moment, kiedy „usypiamy się” w tym byciu razem. Mani i Kamperowi wydaje się, że jeżeli już raz powiedzieli sobie to sakramentalne „tak”, to tak już będzie na zawsze. Tymczasem okazuje się, że nie. Pewnego dnia orientują się, że to co jest między nimi nie jest już takie, jak było na początku. Próbują to naprawić, ale nie wiedzą jak.

"Kamper" to opowieść o Polsce na początku drugiej dekady XXI wieku. Dzięki „Zjednoczonym Stanom Miłości” przenosimy się do początku lat 90., kiedy w naszym kraju dopiero rodził się kapitalizm. Jakie było Twoje wyobrażenie tamtych czasów, zanim zagrałaś w tym filmie?

MN:
Miałam wtedy 6-7 lat. Pamiętam tylko specyficzną atmosferę tamtych czasów. Trochę euforii, sporo niepewności, jak to teraz będzie. Słyszałam rozmowy o tym, jak tu założyć własną firmę, jak zakombinować. Do roli Marzeny musiałam się jednak rzetelnie przygotować. Wziąć w rękę łopatę i pokopać trochę tu i tam.

Gdzie szukałaś i co znalazłaś?

MN:
Długo grzebałam w rodzinnych albumach ze zdjęciami. Znalazłam w nich sporo inspiracji. Była tam na przykład fotografia, na której cztery kobiety siedzą razem przy ławie, piją herbatę, jedzą sałatki. Wyglądało to tak, jak pierwsza scena w „Zjednoczonych Stanach Miłości”.
Zaczęłam też słuchać muzyki z tamtych lat. Dzięki temu na przykład na nowo odkryłam zespół Bajm czy też piosenki Whitney Houston. Sporo też rozmawiałam z Tomkiem Wasilewskim, który jest trochę starszy ode mnie i lepiej, inaczej pamięta tamte czasy. Chcąc nie chcąc, dużo rozmawialiśmy tez na planie o tamtym okresie. Każdy miał coś do powiedzenia na ten temat. Dużo było przy tym śmiechu, ale czasem robiło się też nostalgicznie. Najbardziej przejmujące były wspomnienia  Doroty Kolak, która mieszkała wtedy w Gdańsku.
 
Łukasz Simlat, Magdalena Cielecka, Marta Nieradkiewicz oraz Julia Kijowska w "Zjednoczonych Stanach Miłości". Fot. Oleg Mutu/Manana. 

W „Zjednoczonych Stanach Miłości” grasz Marzenę, lokalną piękność której mąż wyjechał na saksy do RFN i długo nie wraca. Od czasu do czasu przesyła tylko kasety z nagranymi pozdrowieniami.

MN:
To jest film o samotności. Wydaje mi się, że nie jesteśmy skonstruowani do życia w pojedynkę. W Marzenie kocham tę dziewczęcość, wrażliwość i naiwność, za którą notabene ona płaci najwyższą cenę.

W tym filmie widać również wielobarwność kobiecej emocjonalności, przemożne pragnienie kochania i bycia kochanym.

MN:
To był trudny plan filmowy. Dzięki temu, że byłyśmy tam we cztery, łatwiej było nam te różne stany emocjonalne naszych bohaterek zagrać. Każda z nas na swój sposób uczestniczyła w dramacie pozostałych. Wspólnie łatwiej się to znosiło. Ale wbrew pozorom najwięcej stresu kosztowała mnie dość niepozorna scena.

Co to była za scena?

MN:
Aerobiku. Mieliśmy ją kręcić o godz. 22, a ja o godz. 17 zajrzałam do scenariusza, żeby tak ostatni raz upewnić się, że wiem co kręcimy wieczorem. Ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam, że w nawiasie koło numeru sceny, jest informacja, że ta jest ona w języku niemieckim. A ja nie znam niemieckiego. Nigdy nie uczyłam się tego języka. Byłam wtedy bliska zawału. Zadzwoniłam do mojego kolegi Jakuba Gierszała, który świetnie mówi po niemiecku. Kuba przyjechał i w dwie godziny nauczył mnie kilkunastu zwrotów. Zapisał je fonetycznie na kartce, nagrał na dyktafon, a ja pojechałam z tym materiałem na plan. Spotkałam się z choreografem. Powiedziałam mu, że musimy zmienić nasz układ choreograficzny i dopasować go do tych kilku zdań po niemiecku, których nauczyłam się dwie godziny wcześniej. Teraz świetnie mi się opowiada tę anegdotkę, ale z tamtego wieczoru spędzonego na planie nie pamiętam nic, oprócz tych niemieckich zdań. Następnego dnia dostałam 40 stopni gorączki. Z tego stresu na pewno.

Rzadko zdarza się, aby w jednym filmie wystąpiły aż cztery osobowości aktorskie, i to w niemal równorzędnych rolach. Nauczyłaś się czegoś od swoich koleżanek po fachu?

MN:
Trochę je podglądałam. Podsłuchiwałam, jak dbają o szczegóły w budowaniu swoich postaci, jakie są dociekliwe, jak nie boją się zadawać pytań i dyskutować z reżyserem. To było dla mnie bezcenne doświadczenie zawodowe.
  
Czy ten film zmienił Twoje postrzeganie Polski z początku lat 90.? Czegoś nowego się dowiedziałaś?

MN:
Na pewno nabrałam większego sentymentu do tamtych czasów. Uświadomiłam też sobie, że w tak krótkim czasie sporo się u nas zmieniło.

"Zjednoczone Stany Miłości" to już trzeci film Tomasza Wasilewskiego, który współtworzysz. Zaczęłaś z nim współpracować najpierw jako II reżyser przy jego pełnometrażowym debiucie „W sypialni”, a nie jako aktorka.

MN:
My się od wielu lat przyjaźnimy. Poznaliśmy się na moim spektaklu dyplomowym, który reżyserowała Ola Konieczna. Tomek był wtedy jej asystentem. Wiedziałam, że chce robić filmy, a ja chciałam z nim być na tym planie. Po prostu. Niekoniecznie jako aktorka. To był też dość trudny moment w moim życiu. Grałam tylko w teatrze. Byłam w szoku, jak Tomek mi zaproponował, żebym została jego II reżyserem. Pomyślałam, że nie dam rady. Bardzo dużo nauczyło mnie jednak to doświadczenie. Przede wszystkim pokory wobec  wszystkich ludzi, którzy stoją po drugiej stronie kamery. To jest naprawdę ciężka praca.

Przy „Płynących wieżowcach” też miałaś być jego II reżyserem?

MN:
(Śmiech) Nie. Tam mi od razu zaproponował rolę Sylwii, ale w pierwszym momencie pomyślałam, że żartuje.

Jakim reżyserem jest Tomasz Wasilewski?

MN:
Wrażliwym. Tomek lubi kobiety, rozumie je. Ma też swój język filmowy. W ciągu minionych 5-6 lat bardzo się rozwinął. Przy „Zjednoczonych Stanach Miłości” dokładnie wiedział, co chce osiągnąć i razem z Olegiem Mutu konsekwentnie realizowali swój plan. Przez cały czas miałam wrażenie, że on buduje w tym filmie jedną kobietę, która ma cztery głowy.
 
Jest jeszcze jedna reżyserka, której wiele zawdzięczasz. Chodzi o Annę Jadowską, która – co podkreśliłaś w jednym z wywiadów – ukształtowała Twój gust filmowy.

MN:
Jak przygotowywałyśmy się do naszego pierwszego filmu „Z miłości”, Ania pokazała mi kino, o którym nie miałam zielonego pojęcia a które okazało się dla mnie wielkim odkryciem. To były dzieła braci Dardenne, wczesne filmy Michaela Hanekego, obrazy Harmony'ego Korina, Ulricha Seidla. One mnie inspirują, poruszają i wzbogacają moją wyobraźnię. To nie oznacza jednak, że zamykam się na inne kino. Lubię również filmy braci Cohen, Wesa Andersona czy Jima Jarmuscha.

W filmie „Z miłości” grasz dwudziestoletnią Ewelinę, która wraz mężem z powodu notorycznego braku pieniędzy, decyduje się wystąpić w filmie porno. Nie przerażało Cię to zadanie? Była to przecież jedna z Twoich pierwszych ról na dużym ekranie.

MN:
Bałam się tej roli. Tematyka, jaką tam poruszamy, nie jest prosta. Bardzo podobał mi się jednak sam scenariusz. Dlatego postanowiłam zagrać w tym filmie. Ania fascynowała mnie też jako reżyserka. Imponowało mi jej podejście do kina. Doskonale zdawała sobie sprawę, że film, który robimy, nie jest prosty. Bardzo dbała o to, aby stworzyć nam komfortowe warunki pracy. Czuliśmy się z nią bardzo bezpiecznie.

Marta Nieradkiewicz jako Ewelina w filmie "Z miłości". Fot. Lancelot Media Distribution.

W tym filmie po raz pierwszy pokazałaś się nago. Potem były kolejne. Jak sobie radzisz z takimi scenami?

MN:
Przyznam, że to jest najczęstsze pytanie, jakie słyszę w wywiadach. Dla mnie ciało jest narzędziem.  Mam wrażenie, że w ogóle w sztuce, nie tylko w filmie, czasem można poprzez nie powiedzieć dużo więcej niż wypowiadając tysiąc słów. Tak jest na przykład w „Synu Szawła”. Ciało ludzkie także odgrywa w nim bardzo ważną rolę. Podobnie w „Zjednoczonych Stanach Miłości”, gdzie wielu scenom nadaje głębszy, czasami wręcz metafizyczny wymiar.

Za Tobą zdjęcia do „Dzikich róż”, nowego filmu Anny Jadowskiej. Czego możemy się spodziewać tym razem?

MN:
To będzie kolejny hardcore; sensualny film, ale tym razem nie na poziomie ciała tylko przyrody. Opowieść o kobiecie, która żyje na wsi z dwójką dzieci i z matką...

Przyglądając się z boku Twojej dotychczasowej filmografii, nie sposób nie dostrzec w niej przewagi ról skomplikowanych psychologicznie. Przypadek czy świadomy wybór?

MN:
Nie jestem jeszcze oczywiście na takim etapie swojej kariery, kiedy mogłabym wybrzydzać i sama wybierać, co bym chciała zagrać a czego nie. Takie role po prostu do mnie przychodzą, ale są też bardzo ciekawe do grania. Może jest też we mnie coś takiego, co przyciąga do mnie takie projekty filmowe. Niemniej jednak cieszę się, że pojawił się "Kamper", dzięki któremu mogłam pofrunąć w zupełnie inne rejony aktoskich umiejętności.

Co Cię fascynuje w aktorstwie?

MN:
Na pewno możliwość podróżowania w inne rzeczywistości. Bardzo lubię ten etap pracy nad rolą, teatralną czy filmową, kiedy zajmuję się rozgryzaniem mojej postaci. Nigdy nie zrobiłabym też sobie trwałej, nie byłabym instruktorką aerobiku, nie gotowałabym zawodowo. Nie byłabym też agentem CBA. To są doświadczenia, które dzięki aktorstwu pozostaną we mnie na zawsze.
 
Marcin Zawiśliński
SFP
Ostatnia aktualizacja:  13.07.2016
Zobacz również
fot. M2 Films
[wideo] Nowy zwiastun "Wołynia"
Maciej Kubicki Wschodzącym Producentem 2016
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll