PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Bohaterem nowego numeru „Magazynu Filmowego” (nr 7/2016) jest Marcel Łoziński, tegoroczny laureat Smoka Smoków Krakowskiego Festiwalu Filmowego. Z wybitnym dokumentalistą rozmawia Kuba Armata. Oto fragment wywiadu, który w całości będzie można przeczytać na łamach pisma już 11 lipca.
Kuba Armata: Ma pan wrażenie, że od dobrych kilku lat dokument jest na nieustającej fali wznoszącej?

Marcel Łoziński
: Dokument ma się świetnie. Wystarczy popatrzeć na oglądalność. Ludzie zaczęli się interesować tą formą filmową. Od 10-15 lat dokument poszedł bardzo w górę. Może dlatego, że to próba odnowienia pewnej wspólnoty. Mam jakieś problemy, z którymi nie mogę dać sobie rady, patrzę na ekran i tam znajduję to samo. Rozglądam się po sali i widzę, że nie tylko ja jestem tym poruszony. Dokument to rodzaj remedium na samotność. Nie chodzi nawet o szukanie rozwiązań, ale o poczucie wspólnoty, że nie jest się samemu z problemami, zmartwieniami. Znaleźliśmy się jednak w takim momencie, że to wszystko może runąć. Tama może nie wytrzymać i na nas wszystkich chluśnie brudna fala filmów, których nikt nie będzie chciał oglądać. To będzie śmierć dokumentu.

Mówi pan o samotności, ale wydaje mi się, że łatwiej odbiorcy zidentyfikować się z dokumentem niż z fabułą.

Też tak myślę, choć oczywiście są fenomenalne fabuły, w których doskonale można się odnaleźć. Dokument ma jednak dodatkową siłę, a mianowicie to, że obrazuje prawdę. Ci ludzie istnieją, a nie są wymysłem fantazji reżysera. To, że wszystko jest prawdziwe, wiarygodne, że naprawdę się wydarzyło, siedzi gdzieś z tyłu głowy.

Powiedział pan kiedyś, że wiarygodność dokumentu jest znacznie ważniejsza niż pełna prawda.

Tak, bo co komu z takiej prawdy, która jest na tyle skomplikowana, że trudno w nią uwierzyć? Podam przykład. Cudowna rzecz udała się Wojciechowi Staroniowi w filmie „Bracia”. Tam jest jednocześnie i prawda, i wiarygodność. Bo nikt czegoś takiego nie mógłby przewidzieć, pisząc scenariusz filmu dokumentalnego. Tam prawda z pozoru niewiarygodna okazuje się bardzo wiarygodna. Jeżeli komuś się to uda, daje to niesłychanie dramatyczny efekt. Staroń oddał bohaterów z wielką wrażliwością, powagą, a jednocześnie nie jest to przesłodzone. To bardzo mądre spojrzenie, które pozwoliło mi się zidentyfikować z bohaterami. Jest w tym filmie coś z klimatu, delikatności „MiłościMichaela Hanekego.

Na wielu tak utalentowanych twórców trafia pan jako pedagog?

Tak, ale nie będę wymieniał ich nazwisk. W Szkole Wajdy przyjmujemy około 10-15 osób, z czego trzy, cztery są, bądź niedługo będą wybitne. I właśnie te osoby dają nam energię do pracy. Nie chodzi tylko o to, że trafiają na tematy, które łatwo się uniwersalizują, ale mają wielką pasję w tym, co robią. Jakby to była jedyna rzecz, którą mają w życiu do zrobienia. To się wyczuwa.

Czyli odpowiadając na pytanie z „Ćwiczeń warsztatowych”, z dzisiejszą młodzieżą nie jest tak źle?

Absolutnie (śmiech). Uważam wręcz, że jest bardzo dobrze. A przynajmniej pod kątem filmowym.

Oglądając „Jak to się robi”, można dojść do wniosku, że w innych kwestiach może być gorzej.

Kiedy robiłem film o Tymochowiczu, byłem autentycznie przerażony. Realizowałem go przez pięć lat i przez trzy nikt z tych młodych nie zbuntował się przeciwko stosowanym przez niego metodom, które są poniżej wszelkich norm moralnych. Ci, którzy tam przyszli, naprawdę chcieli zrobić karierę bez względu na cenę. Przyjmowali bezrefleksyjnie wszystko, co mówił. A jego przesłanie było takie, że społeczeństwo jest głupie i wszystko kupi, choć wypowiadał to oczywiście innym językiem. To była żywa tkanka społeczna i jedyny film, gdzie w ogóle nie interweniowałem. Miałem taki plan od samego początku, bo chciałem dowiedzieć się, jak to jest. Wiedziałem, jak to się robi, ale chciałem się przekonać, co z tego wyniknie. Przerażony byłem nawet nie tyle Tymochowiczem, bo on już był skompromitowany, ale młodymi. Że nie zbuntują się na to wszystko. Któregoś dnia wstała dziewczyna i powiedziała, że dalej nie chce się w to bawić, bo się tym brzydzi. Na szczęście, a ono w dokumencie jest bardzo ważne, mieliśmy wtedy włączoną kamerę, bo to scena nie do odtworzenia. Wstała, wyszła, a za nią poszli inni. Poczułem ulgę i pomyślałem, że mam film. Że ci młodzi dali się zwieść, ale w pewnym momencie zrozumieli, w co brną.

Wszyscy poza jednym.

Zaczęło blisko czterdzieści osób, została jedna. Najbardziej przezroczysta, plastikowa, kompletnie pozbawiona jakichkolwiek poglądów. Na nim Tymochowicz się skupił, próbując wepchnąć go, gdzie tylko mógł. Na zasadzie: „idę na to”, bez względu na kierunek. Każdy był dobry, byle tylko iść do góry. To zresztą dość charakterystyczne dla karierowiczów. A jest ich sporo, również wśród młodzieży.
Kuba Armata
Magazyn Filmowy SFP 07/2016
Ostatnia aktualizacja:  30.06.2016
Zobacz również
fot. Marcin Warszawski/SFP
"Łowcy miodu" na festiwalu w Bristolu
[wideo] Pogrzeb Andrzeja Kondratiuka
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll