Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Z Agnieszką Żulewską, laureatką Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego za rolę Leny w „Chemii” Bartka Prokopowicza, rozmawia Marcin Zawiśliński.
Marcin Zawiśliński: Gdzie znajduje się Ozimek?
Agnieszka Żulewska: Ciągle ktoś mnie o to pyta. Tam się urodziłam i to jedyne wydarzenie, które łączy mnie z tym miejscem. Wychowywałam się w Turawie, która jest obok Opola, nad Małą Panwią i przy Jeziorze Turawskim. Tyle o topografii.
Agnieszka Żulewska jako Lena w "Chemii". Fot. Vue Movie Distribution.
Kiedy w mieszkance małej miejscowości narodził się pomysł na zostanie aktorką?
Jak jesteśmy bardzo młodzi i wychowujemy się nieważne, w jakim miejscu świata, wpadają nam do głowy różne pomysły. Z niektórych czasem coś zaczyna wyrastać. Mi zaczęło coś świtać w ostatniej klasie liceum plastycznego. Ta szkoła ukształtowała we mnie humanistyczne, bardzo otwarte, myślenie. Chodziliśmy regularnie na konfrontacje teatralne, które odbywały się w Opolu. Zapoznawaliśmy się z dobrym kinem, historią sztuki. Po prostu otwierano nam oczy na różne sprawy. Natomiast sam pomysł na aktorstwo podrzucił mi mój tata. To on zasugerował mi również, żebym zdawała do Szkoły Filmowej w Łodzi.
Miałaś tam swoich mistrzów?
W Łodzi zetknęłam się z wieloma ważnymi i czułymi nauczycielami. Choćby z Januszem Gajosem, który był również opiekunem naszego roku. Każde spotkanie z nim było dla mnie przeżyciem i wyzwaniem. Kochaliśmy te zajęcia.
Drugą osobą, której sporo zawdzięczam, jest Mariusz Grzegorzek, który wówczas nie był jeszcze rektorem naszej uczelni. Zrobił z nami spektakl dyplomowy - „Zmierzch” Izaaka Babla. Pracowaliśmy nad nim przez dwa miesiące. To był dla mnie niezwykle intensywny i zarazem twórczy czas pracy nad słowem, który odbywał się przy akompaniamencie śpiewnego głosu profesora i jego znanego chyba na cały świat poczucia humoru.
Miłość i rak to awers i rewers życia Benka i Lenki, głównych bohaterów „Chemii”.
Miłość przez chorobę jest w tym filmie wystawiana na próbę. Cała "Chemia" jest zbudowana na tych dwóch wzajemnie się wykluczających siłach. Wykluczających.... ale przecież często używa się też określenia " chory z miłości”, czyli może jednak wzajemnie się uzupełniających.
Powiedziałaś kiedyś, że budowanie roli poprzez czerpanie inspiracji od ludzi, którzy naprawdę chorują na raka, jest ohydne. Dlaczego?
Powiedziałam, że gdybym sama wpadła na taki pomysł, byłoby to ohydne. Staram się być osobą delikatną i wsłuchiwać się w to, co dzieje się dookoła. To oznacza, że nie chcę wykorzystywać na własne potrzeby sytuacji, w jakich znaleźli się ludzie, którzy w tym momencie realnie z jakiegoś powodu cierpią.
W takim razie, w jaki sposób kształtowałaś w sobie filmową Lenę?
Cała moja wiedza o Lenie pochodziła od Bartka Prokopowicza oraz z materiałów z ich rodzinnego archiwum. Dużo o tym rozmawialiśmy, słuchając się uważnie.
Wchodząc na plan „Chemii” nie czułaś się przytłoczona tą bądź co bądź przygnębiającą dawką wiedzy?
Nie, bo ten film nie jest ponury. Mimo, że "Chemia" opowiada o raku, od samego początku Bartek wkładał w tę opowieść ogromną witalność połączoną z chęci rozwalenia naszego tradycyjnego myślenie o śmierci.
Ten film zmienił też moje postrzeganie świata. Jeden wzruszony widz, któremu po obejrzeniu „Chemii” nagle po długim czasie duszenia w sobie emocji, puściło wszystko, płakał i wracał do domu trochę odmieniony, jest dla mnie najważniejszy. Taki człowiek przywraca wiarę w - gubiony czasami - sens wykonywanego przeze mnie zawodu.
Ten reżyserski debiut fabularny Bartka Prokopowicza wywołuje jednak dość ambiwalentne odczucia. Jednych zachwyca, innych irytuje. Jak ty postrzegasz ten film z dzisiejszej perspektywy?
Podchodzę do niego z miłością. Również ze względu na reżysera, z którym pracowało mi się świetnie. "Chemia" to jest cały Bartek ze swoim specyficznym odczuwaniem świata. On jest ciągle chłopakiem z kobiecą wrażliwością.
"Chemia" powstawała w dwóch transzach zdjęć. Między nimi grałaś jeszcze w „Demonie” Marcina Wrony. Łatwo było ci wejść w tajemniczy świat dybuka?
Na pewno pomogło mi to, że w obu filmach byłam razem z Tomaszem Schuchardtem. Za każdym razem wspólnie się napędzaliśmy i wspieraliśmy. Pracę przy obu fabułach poprzedzał też dość długi okres prób. Do „Demona” przygotowywaliśmy się „na sucho” w Szkole Wajdy. Natomiast tuż przed zdjęciami spędziliśmy wspólnie kilka dni w Bochni, podczas których Marcin Wrona wprowadził nas do domu, w którym później toczy się większość filmu. Pomagał nam wsłuchiwać się w jego ściany i podłogi. Potem wypełnialiśmy to miejsce sobą, a ono powchodziło w nas.
Jakim reżyserem był Marcin Wrona?
Marcin kochał swoich aktorów. Był łagodny i czuły. Praca przy "Demonie" była intensywna i przejmująca. Byliśmy wszyscy dość blisko, zmarznięci i zmęczeni, ale zaczarowani.
Jak Ci się grało Itayem Tiranem?
Cudownie. Mam naprawdę szczęście do wspaniałych partnerów. Skądinąd podejrzewam, że to on zasugerował Marcinowi, żebym to ja zagrała jego żonę. A nie była to łatwa decyzja, bo w związku z rolą Leny w „Chemii”, byłam już wtedy łysa.
Agnieszka Żulewska i Itay Tiran w "Demonie". Fot. Kino Świat.
W ogóle chyba lubisz grać narzeczone i żony?
Dobrze, że jeszcze nie gram matek. (Uśmiech) Ale jest pewien aspekt bycia aktorką, który cieszy mnie w tym kontekście szczególnie.
Co masz na myśli?
Że ktoś zarejestrował moją młodość w filmie. Tego nikt mi już nie odbierze. Ale mam też nadzieję, że w moim życiu nie skończył się jeszcze czas, kiedy mogę grać młode dziewczyny. Myślę, że Nagroda im. Zbyszka Cybulskiego, o której jako studentka marzyłam, ani nie otwiera nowego etapu w moim życiu, ani też żadnego jeszcze nie zamyka. Jestem wdzięczna losowi za to, że ją dostałam i że o własnych siłach doszłam tu, gdzie teraz stoję.
Myślisz o karierze zagranicznej?
Jestem "przygodowcem". Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale jestem gotowa na kolejne wyzwania.
U jakich reżyserów chciałabyś zagrać?
Czekam na dziewczyny, które za chwilę odpalą rakiety. Na Olę Terpińską, Jagodę Szelc, Kalinę Alabrudzińską i Agnieszkę Woszczyńską. Chciałabym być częścią obrazów nieoczywistych i mądrych, zrealizowanych w konwencji absurdu. I z gruntu dobrych, czyli niosących nadzieję, że to jeszcze nie jest koniec świata.
Agnieszka Żulewska: Ciągle ktoś mnie o to pyta. Tam się urodziłam i to jedyne wydarzenie, które łączy mnie z tym miejscem. Wychowywałam się w Turawie, która jest obok Opola, nad Małą Panwią i przy Jeziorze Turawskim. Tyle o topografii.
Kiedy w mieszkance małej miejscowości narodził się pomysł na zostanie aktorką?
Jak jesteśmy bardzo młodzi i wychowujemy się nieważne, w jakim miejscu świata, wpadają nam do głowy różne pomysły. Z niektórych czasem coś zaczyna wyrastać. Mi zaczęło coś świtać w ostatniej klasie liceum plastycznego. Ta szkoła ukształtowała we mnie humanistyczne, bardzo otwarte, myślenie. Chodziliśmy regularnie na konfrontacje teatralne, które odbywały się w Opolu. Zapoznawaliśmy się z dobrym kinem, historią sztuki. Po prostu otwierano nam oczy na różne sprawy. Natomiast sam pomysł na aktorstwo podrzucił mi mój tata. To on zasugerował mi również, żebym zdawała do Szkoły Filmowej w Łodzi.
Miałaś tam swoich mistrzów?
W Łodzi zetknęłam się z wieloma ważnymi i czułymi nauczycielami. Choćby z Januszem Gajosem, który był również opiekunem naszego roku. Każde spotkanie z nim było dla mnie przeżyciem i wyzwaniem. Kochaliśmy te zajęcia.
Drugą osobą, której sporo zawdzięczam, jest Mariusz Grzegorzek, który wówczas nie był jeszcze rektorem naszej uczelni. Zrobił z nami spektakl dyplomowy - „Zmierzch” Izaaka Babla. Pracowaliśmy nad nim przez dwa miesiące. To był dla mnie niezwykle intensywny i zarazem twórczy czas pracy nad słowem, który odbywał się przy akompaniamencie śpiewnego głosu profesora i jego znanego chyba na cały świat poczucia humoru.
Miłość i rak to awers i rewers życia Benka i Lenki, głównych bohaterów „Chemii”.
Miłość przez chorobę jest w tym filmie wystawiana na próbę. Cała "Chemia" jest zbudowana na tych dwóch wzajemnie się wykluczających siłach. Wykluczających.... ale przecież często używa się też określenia " chory z miłości”, czyli może jednak wzajemnie się uzupełniających.
Powiedziałaś kiedyś, że budowanie roli poprzez czerpanie inspiracji od ludzi, którzy naprawdę chorują na raka, jest ohydne. Dlaczego?
Powiedziałam, że gdybym sama wpadła na taki pomysł, byłoby to ohydne. Staram się być osobą delikatną i wsłuchiwać się w to, co dzieje się dookoła. To oznacza, że nie chcę wykorzystywać na własne potrzeby sytuacji, w jakich znaleźli się ludzie, którzy w tym momencie realnie z jakiegoś powodu cierpią.
W takim razie, w jaki sposób kształtowałaś w sobie filmową Lenę?
Cała moja wiedza o Lenie pochodziła od Bartka Prokopowicza oraz z materiałów z ich rodzinnego archiwum. Dużo o tym rozmawialiśmy, słuchając się uważnie.
Wchodząc na plan „Chemii” nie czułaś się przytłoczona tą bądź co bądź przygnębiającą dawką wiedzy?
Nie, bo ten film nie jest ponury. Mimo, że "Chemia" opowiada o raku, od samego początku Bartek wkładał w tę opowieść ogromną witalność połączoną z chęci rozwalenia naszego tradycyjnego myślenie o śmierci.
Ten film zmienił też moje postrzeganie świata. Jeden wzruszony widz, któremu po obejrzeniu „Chemii” nagle po długim czasie duszenia w sobie emocji, puściło wszystko, płakał i wracał do domu trochę odmieniony, jest dla mnie najważniejszy. Taki człowiek przywraca wiarę w - gubiony czasami - sens wykonywanego przeze mnie zawodu.
Ten reżyserski debiut fabularny Bartka Prokopowicza wywołuje jednak dość ambiwalentne odczucia. Jednych zachwyca, innych irytuje. Jak ty postrzegasz ten film z dzisiejszej perspektywy?
Podchodzę do niego z miłością. Również ze względu na reżysera, z którym pracowało mi się świetnie. "Chemia" to jest cały Bartek ze swoim specyficznym odczuwaniem świata. On jest ciągle chłopakiem z kobiecą wrażliwością.
"Chemia" powstawała w dwóch transzach zdjęć. Między nimi grałaś jeszcze w „Demonie” Marcina Wrony. Łatwo było ci wejść w tajemniczy świat dybuka?
Na pewno pomogło mi to, że w obu filmach byłam razem z Tomaszem Schuchardtem. Za każdym razem wspólnie się napędzaliśmy i wspieraliśmy. Pracę przy obu fabułach poprzedzał też dość długi okres prób. Do „Demona” przygotowywaliśmy się „na sucho” w Szkole Wajdy. Natomiast tuż przed zdjęciami spędziliśmy wspólnie kilka dni w Bochni, podczas których Marcin Wrona wprowadził nas do domu, w którym później toczy się większość filmu. Pomagał nam wsłuchiwać się w jego ściany i podłogi. Potem wypełnialiśmy to miejsce sobą, a ono powchodziło w nas.
Jakim reżyserem był Marcin Wrona?
Marcin kochał swoich aktorów. Był łagodny i czuły. Praca przy "Demonie" była intensywna i przejmująca. Byliśmy wszyscy dość blisko, zmarznięci i zmęczeni, ale zaczarowani.
Jak Ci się grało Itayem Tiranem?
Cudownie. Mam naprawdę szczęście do wspaniałych partnerów. Skądinąd podejrzewam, że to on zasugerował Marcinowi, żebym to ja zagrała jego żonę. A nie była to łatwa decyzja, bo w związku z rolą Leny w „Chemii”, byłam już wtedy łysa.
W ogóle chyba lubisz grać narzeczone i żony?
Dobrze, że jeszcze nie gram matek. (Uśmiech) Ale jest pewien aspekt bycia aktorką, który cieszy mnie w tym kontekście szczególnie.
Co masz na myśli?
Że ktoś zarejestrował moją młodość w filmie. Tego nikt mi już nie odbierze. Ale mam też nadzieję, że w moim życiu nie skończył się jeszcze czas, kiedy mogę grać młode dziewczyny. Myślę, że Nagroda im. Zbyszka Cybulskiego, o której jako studentka marzyłam, ani nie otwiera nowego etapu w moim życiu, ani też żadnego jeszcze nie zamyka. Jestem wdzięczna losowi za to, że ją dostałam i że o własnych siłach doszłam tu, gdzie teraz stoję.
Myślisz o karierze zagranicznej?
Jestem "przygodowcem". Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale jestem gotowa na kolejne wyzwania.
U jakich reżyserów chciałabyś zagrać?
Czekam na dziewczyny, które za chwilę odpalą rakiety. Na Olę Terpińską, Jagodę Szelc, Kalinę Alabrudzińską i Agnieszkę Woszczyńską. Chciałabym być częścią obrazów nieoczywistych i mądrych, zrealizowanych w konwencji absurdu. I z gruntu dobrych, czyli niosących nadzieję, że to jeszcze nie jest koniec świata.
Marcin Zawiśliński
SFP
Ostatnia aktualizacja: 26.01.2016
fot. Zoom-Fundacja
Sukcesy Adi Spektora za granicą
Pogrzeb Andrzeja Kotkowskiego
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2025
