PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Z ustępującą po dwóch kadencjach kierowania Polskim Instytutem Sztuki Filmowej dyrektor Agnieszką Odorowicz w nowym numerze „Magazynu Filmowego” (nr 10/2015) rozmawia Barbara Hollender. Oto fragment wywiadu, który w całości będzie można przeczytać na łamach pisma, już 10 października.
Barbara Hollender: Z okazji dziesięciolecia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej pisaliśmy w „Magazynie Filmowym” o reformie kinematografii, ustawie, finansach, funduszach. Dlatego dzisiaj chciałabym porozmawiać o pani i ludziach, którzy panią w ostatniej dekadzie otaczali. I zacząć od pytania najprostszego: w gabinecie przy Krakowskim Przedmieściu spędziła pani 10 lat. Warto było?

Agnieszka Odorowicz: Bardzo warto. To zawodowo najwspanialsze lata mojego życia. Miałam i mam poczucie, że uczestniczę w czymś niezwykle istotnym. Budowaliśmy przecież Polski Instytut Sztuki Filmowej od zera. W Ustawie o kinematografii był zapis: „tworzy się PISF”. Ale wszystkie szczegółowe rozwiązania trzeba było wymyślić. W Europie nie było instytucji, na której mogliśmy się wzorować, bo podobne centra działają tam w innych warunkach. Na przykład francuskie CNC („Centre national du cinéma et de l'image animée” – przyp. red.) dysponuje pieniędzmi dla nas niewyobrażalnymi, więc jego model w Polsce by się nie przyjął. Musieliśmy stworzyć własne struktury, programy operacyjne, wypracować sposoby funkcjonowania i relacji z partnerami.  Dziś, kiedy pomyślę, że pomogliśmy wielu ludziom zrealizować fantastyczne przedsięwzięcia albo znakomite filmy, to odczuwam ogromną satysfakcję.

Lubi pani artystów?

Lubię. Są inteligentni, błyskotliwi, fantastycznie złośliwi. Bywają trudni, bo są obdarzeni ponadprzeciętną wrażliwością. I ja to rozumiem. Myślę zresztą, że zawody filmowe są bardzo trudne. Ciężko jest znaleźć pieniądze na ambitne tematy i wiele razy widziałam, jak świetne projekty padały tylko dlatego, że producent, mimo iż otrzymał dotację z Instytutu, nie mógł zgromadzić pozostałych środków, aby zamknąć budżet. To bardzo trudne chwile, kiedy mimo poświęconych kilku lat na przygotowania filmu, nie dochodzi do jego powstania. A jeśli nawet się uda? W każdy film wkłada się ogromny wysiłek i mnóstwo serca. Potem to dziecko, które nam się wydaje piękne, oceniają inni. Mówią, że ma zadarty nos albo krzywe nogi. To boli i z tym bólem trzeba sobie jakoś poradzić. Dlatego rozumiem rozgoryczenie czy złość twórców. Rozumiem też ich czasami nieprzemyślane wypowiedzi. Tak, zdecydowanie cenię artystów. Uważam, że lepiej jest z trudnym zgubić niż z łatwym znaleźć. Bardzo się cieszę, że mogłam poznać wielu wspaniałych ludzi kina i z nimi pracować.

Od 1997 roku, od początku swojej działalności zawodowej, obracała się pani wśród artystów. Zanim trafiła pani do Ministerstwa Kultury była pani przecież wiceprezesem krakowskiego Stowarzyszenia Kultury Akademickiej Instytut Sztuki.

W Krakowie współpracowałam głównie z muzykami: kompozytorami, wykonawcami. Organizowaliśmy kolejne edycje Studenckiego Festiwalu Piosenki, Międzynarodowy Konkurs Współczesnej Muzyki Kameralnej im. Krzysztofa Pendereckiego, reaktywowaliśmy Teatr 38, a w Klubie Pod Jaszczurami organizowaliśmy ponad 200 imprez rocznie. Filmowców zaczęłam poznawać później, gdy już pracowałam w Warszawie, w resorcie kultury. Rząd wymyślił, że obłoży podatkiem VAT umowy cywilnoprawne. Ten VAT miał być również nałożony na dotacje, co oznaczałoby, że minister kultury ma o 22 proc. mniej pieniędzy. Zrobiła się awantura. Na spotkania z szefem resortu finansów i premierem, wówczas jeszcze Leszkiem Millerem, przychodzili też filmowcy. Szczególnie zapamiętałam z tamtego czasu Macieja Strzembosza i Jacka Bromskiego. Obaj zachowywali się bardzo ofensywnie, nie bali się władzy, sprawiali wrażenie ludzi całkowicie niezależnych. Bez strachu i owijania w bawełnę potrafili powiedzieć, co myślą i bronili interesów swojego środowiska. Byłam zachwycona, bo w Krakowie nie miałam do czynienia z artystami tak zdeterminowanymi i ostrymi. Wygraliśmy tę naszą wspólną walkę, a kiedy w 2004 roku zostałam sekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury, dostałam polecenie od ministra, żeby zająć się nową Ustawą o kinematografii, o którą filmowcy bezskutecznie zabiegali od dziesięciu lat. Kolejna wersja tej ustawy była wtedy w komisji eksperckiej i ani rządowi, ani Sejmowi nie zależało, by uchwalić ją tuż przed wyborami. Musiałam się w przyspieszonym tempie nauczyć, jak powinien działać system wspierania kinematografii w Polsce. I to był prawdziwy początek moich kontaktów ze środowiskiem filmowym.

W pierwszej dekadzie XXI wieku to środowisko było bardzo podzielone, pełne wzajemnych animozji.
 

To prawda. Młodzi buntowali się, uważając, że nie mają szansy na zrobienie filmu, bo wszystkie pieniądze są zarezerwowane dla mistrzów. Trochę było w tym racji, ale trochę także ocen niesprawiedliwych. Jak to w życiu: nic nie jest czarno-białe. Trudno było zlikwidować te animozje. Pamiętam spotkanie w gabinecie ministra Waldemara Dąbrowskiego, podczas którego toczyła się dyskusja na temat projektowanej Ustawy o kinematografii. Ktoś z młodych powiedział: „A co nas to obchodzi, my nic z tego nie będziemy mieli”. Ale potem nastąpił krótki moment, w którym wszyscy się skrzyknęli: młodzi i starsi, reżyserzy, producenci, aktorzy. Stworzyli jednolity front, który zdecydowanie pomagał w walce o ustawę. A łatwo nie było, bo musieliśmy się dogadać ze wszystkimi klubami parlamentarnymi.

Podobno osobiście rozmawiała pani z 360 posłami.

Pamiętam, że przekonałam nawet tak trudną w negocjacjach partię jak Liga Polskich Rodzin, choć kosztem poprawek do ustawy, które potem nastręczały nam sporo problemów. No, ale udało się. Filmowcy uczestniczyli w tym procesie, chodząc do Sejmu, nagabując polityków, robiąc pro bono spoty telewizyjne. Wywierali dużą presję. Dzisiaj, po latach funkcjonowania Instytutu, wiele krajów nam zazdrości i kształtuje swoje prawo filmowe w oparciu o polskie rozwiązania. Na prośbę m.in. Czech, Ukrainy, Kazachstanu, Słowacji i Szwecji tłumaczyliśmy naszą Ustawę o kinematografii na ich  języki. Choć oczywiście nasz model funkcjonowania przemysłu filmowego – niezależny od polityków np. na Białorusi nie przeszedł…

W 2005 roku wygrała pani konkurs i została pierwszą dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Jak przez tę dekadę, którą pani tam spędziła, zmieniło się środowisko twórców filmowych? 

W 2005 roku dużo więcej niż dziś zależało od artystów z uznanym dorobkiem. I to oni głównie robili filmy. Bardzo chcieliśmy umożliwić wejście do zawodu młodszym twórcom. Stworzyliśmy w PISF-ie programy operacyjne wspierające debiuty. Także wśród kryteriów oceny projektów znalazły się dla nich preferencje. To sprawiło, że w ciągu ostatniej dekady do kina weszły nowe pokolenia utalentowanych artystów. Również wiek debiutantów stopniowo się obniżał, od czterdziestokilkulatków do nawet dwudziestokilkulatków. To dzięki wsparciu Instytutu, po kilku latach od udanych debiutów, swoje drugie i kolejne filmy zrealizowali m.in. Małgorzata Szumowska, Wojciech Smarzowski, Jan Komasa, Leszek Dawid, Anna Kazejak, Ksawery Żuławski. Zadebiutowali: Marcin Wrona, Bartosz Konopka, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Jakub Czekaj, Borys Lankosz. Nie mówiąc o całej grupie młodych dokumentalistów i twórców filmów animowanych. Ich zaistnienie na ekranie stało się możliwe także dlatego, że zmienił się rynek producencki. W czasie, gdy powstawał Instytut, 15 lat po zmianie ustroju, w polskim kinie liczyły się głównie państwowe studia filmowe i dwie, trzy  inne firmy. Zdominowane zresztą przez mężczyzn. Postanowiliśmy więc zrobić wszystko, żeby ten rynek zdemokratyzować. Dzisiaj funkcjonuje już ponad 130 firm zajmujących się produkcją, a na rynek wkroczyły zdolne producentki.

Barbara Hollender
Magazyn Filmowy SFP 10/2015
Ostatnia aktualizacja:  28.09.2015
Zobacz również
fot. Marek Wiśniewski/PISF
Zaczęło się od króla Krakusa
Holland, Huk i Stuhr na premierze „Aktorów prowincjonalnych”
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll