PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
NIEPODLEGŁOŚĆ
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
Niepodległość
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
WYDARZENIA
  23.05.2014
Przypominamy rozmowę, jaką z Michałem Bielawskim, autorem dokumentu o polskiej drużynie, która zajęła trzecie miejsce na piłkarskich mistrzostwach świata w Hiszpanii w 1982 roku, przeprowadził Rafał Pawłowski.
Serwis Internetowy SFP: Kiedy w 1982 roku Polska zdobywała trzecie miejsce na Mundialu miał pan 8 lat. Kibicował pan drużynie Piechniczka?

Michał Bielawski: Nie tylko oglądałem Mistrzostwa Świata, ale chciałem być Zbigniewem Bońkiem. Po mundialu pobiegłem jak oszalały na kwalifikacje do klasy sportowej i grałem w nogę na Agrykoli aż do siódmej klasy podstawówki. Ale tak, jak w wypadku bohatera "Być jak Kazimierz Deyna" niekoniecznie sprawdziłem się jako zawodnik. Nie sądziłem wówczas, że jeszcze kiedykolwiek będę miał coś wspólnego z futbolem, jeśli chodzi o stronę wizualną. Bo oczywiście lubię oglądać piłkę, choć nie uważam się za jakiegoś oddanego kibica. Ale przygotowując się do zupełnie innego scenariusza na temat czasów Stanu Wojennego wyczytałem zaskakującą dość informację o tym, że w internacie w Białołęce oglądali Mundial `82. I to poleciało jak domino. Zobaczyłem siebie jako dzieciaka na Ursynowie, który ze zdumieniem rozgląda się, bo nie rozumie dlaczego sąsiedzi wybiegają i świętują. To była ta wielka fiesta po meczu z Peru. Od kiedy to wspomnienie wróciło, bardzo chciałem zrobić ten film.


Zbigniew Boniek i Michał Bielawski na planie, fot. Łukasz Borzęcki/Unlimited Film Operations

PF: Trudno było namówić bohaterów do wspomnień?

MB: Obiektywnie rzecz biorąc, było średnio. Najtrudniej było z piłkarzami. Po wstępnych rozmowach od razu czuło się, kto się boi albo wstydzi swojej przeszłości, a kto nie podchodzi do niej jak do jakiegoś pomnika. To przełamywanie pewnych psychicznych oporów u bohaterów było dość zabawne. Trzeba było im pomóc zmierzyć się z tym, że czas, w którym oni osiągali sukcesy, nie jest dziś oceniany jednoznacznie. Musiałem ich przekonać do tego, że nie muszą się czuć zagrożeni, bo to nie jest dokument śledczy ani reportaż, który ma ujawnić „kto donosił”. Choć wszystkie wywiady poprzedziłem reaserchem w Instytucie Pamięci Narodowej, bo sam chciałem wiedzieć jakie materiały są. Okazało się, że nie ma żadnych.

PF: Środowisko piłkarskie nigdy się nie zlustrowało.

MB: Są teczki z 1986 roku. Wcześniejsze archiwa gdzieś przepadły. Kiedy mówimy o tym, to każdy gdzieś w tyle głowy ma scenę z „Psów” Pasikowskiego i przykro jest o tym myśleć. W międzyczasie dowiedziałem się, że był taki archiwista PZPN, który w 1989 roku całe archiwum wywiózł na śmietnik po prostu. Jak to człowiek słyszy, to się cały skręca z żalu. I nie chodzi tylko o film.

PF: A jak pan się czuł, obcując z idolami dzieciństwa?

MB: Najbardziej, oczywiście, elektryzowało mnie spotkanie ze Zbigniewem Bońkiem. Boniek był dla mnie i moich kolegów tą osobą, która miała w sobie taką iskrę osobności w tym świecie skoszarowanych ludzi. Nawet wizualnie się odcinał od reszty. Jakby ulepiono go z innej gliny. To było fascynujące. I rzeczywiście bardzo się denerwowałem przed tym wywiadem, ale byłem też do niego bardzo solidnie przygotowany. Boniek jest świetnym rozmówcą. To, co się udało z nim zrobić, było fascynujące.


Zbigniew Boniek i Michał Bielawski na planie, fot. Łukasz Borzęcki/Unlimited Film Operations

PF: A inni?

MB: Były momenty trudne, na przykład rozmowa z Józefem Młynarczykiem o aferze na Okęciu. Młynarczyk wstydzi się tego, co się wtedy wydarzyło, i nie ma ochoty do tego wracać. Musiałem go przekonać, że nie chcemy robić z tego skandalu, bo już jeden był. Chcemy się teraz do tego odnieść. Jak on to pamięta. Miał duże opory, ale w końcu udało się go nagrać. Niełatwo było też umówić się z ówczesnym prezesem PZPN-u Grzegorzem Lato, aczkolwiek w końcu zgodził się i wystąpił. Cieszę się też z udziału Włodzimierza Smolarka. To był chyba jeden z ostatnich wywiadów, jakich udzielił przed śmiercią. Odmówił  jedynie Andrzej Szarmach, który przez pół roku był zbyt zajęty, bo zaangażował się w promocję Euro 2012. Nie były dla niego najbardziej chlubne i zwycięskie mistrzostwa. Prawie całe przesiedział na ławce.

PF: A działacze Solidarności?

MB: Jeśli chodzi o internowanych, to najtrudniejsze było znalezienie tych, którzy oglądali mundial. Bo oczywiście, jak mówi jeden z bohaterów w filmie, nie było tak, że kibicowali wszyscy zbiorowo, trzeba było odświeżyć pamięć. Duża część tych osób jest dziś bardzo zaangażowana w politykę i nie ma głowy, zwyczajnie nie pamięta. Trzeba było znaleźć tych, którzy naprawdę będą chcieli o tym opowiadać, bo pasjonują się sportem.

PF: W filmie widzimy, że między osadzonymi był nawet pewien rodzaj konfliktu – jedni chcieli oglądać polską reprezentację, inni nawoływali, by ją bojkotować.

MB: To jest najsmaczniejsze w tej historii i zmotywowało mnie, by ten film robić. W pełni rozumiem rozdarcie między kibicowaniem własnym poglądom, a kibicowaniem własnej drużynie. To musiało mocno dręczyć tych facetów.


Kadr z filmu "Mundial. Gra o wszystko", fot. Unlimited Film Operations

PF: W bardzo dużym stopniu opieracie się na archiwaliach. Na ich poszukiwaniach spędziliście wiele miesięcy.

MB: Sprawdzenie archiwów Karty i IPN to było jedno. Ale odkryłem też, że w archiwum Telewizji Polskiej da się znaleźć mnóstwo niedostępnych materiałów, które nie zostały zbyt precyzyjnie opisane. Nagle znalazłem np. sondę po meczu Polska-Belgia, która nie była chyba nigdy emitowana albo „surówkę”, czyli niepocięty materiał z afery na Okęciu, albo pierwsze treningi w Karpaczu z Piechniczkiem. Jak się widzi coś takiego, to się po prostu lewituje. Byłem szczęśliwy, że telewizja ze zrozumieniem traktowała moje poszukiwania. Bez tych materiałów nie byłoby w filmie wielu smaczków.

PF: A znaleźliście rzeczy, które ostatecznie nie weszły do filmu?

MB: Całe mnóstwo. Najbardziej żałuję, że w tej bardzo długiej sekwencji meczu z ZSRR, spośród wielu absurdalnych materiałów emisyjnych z tego wydarzenia, jakie znalazłem, nie zmieściła nam się do filmu piosenka o łaciatej krowie żującej trawę. To był jakiś taki niedorzeczny tekst o tym, że w Hiszpanii są byki, a u nas krowy. I tam się te byki zabija, a w Polsce mogą sobie chodzić po łące. Do tego był przekomiczny teledysk. Grupa śpiewających dzieci dokarmia krowę trawą i wszystkie mają z jakiegoś powodu – być może bodła je ta krowa albo pocięły je komary – plastry na sobie. Niezrozumiałe zupełnie były te procesy decyzyjne: co pokazywać i jak się to ma do mistrzostw. Ale z drugiej strony jak popatrzymy na dziwny hymn zeszłorocznego Euro „Koko Koko Euro Spoko”, to przychodzi mi do głowy, że sens piosenki o łaciatej też nie dla wszystkich pozostawał oczywisty.

PF: Ważną rolę w filmie odgrywają sekwencje animowane.

MB: Od początku bardzo chciałem pracować z Grzegorzem Mazurem. Widziałem jego animacje do filmu dokumentalnego „Ala z elementarza” i wielkie wrażenie zrobiło na mnie to, że można zdjęcia nie tylko wycinać, ale kolorować, animować itp. Stworzyć coś, co daje zupełnie nową, filmową fakturę. Wiadomo było, że zdjęć będzie dużo, bo nie ma praktycznie filmów z Białołęki. Ale w momentach, które pokazujemy nikt nie odważył się robić zdjęć np. gdy pod okiem klawiszy ludzie oglądają mecz w świetlicy. Trzeba było zrobić to tak, by te wszystkie sekwencje chciało się oglądać – jak nikomu innemu, to chociaż nam. Jest jeszcze jeden element, który wpłynął na to, jak ten film wygląda. Nie mogliśmy pozwolić żeby jeden świat był reprezentowany w filmie animowanymi fotografiami, a drugi ruchomymi obrazkami. Bardzo „pomogła” nam w tym FIFA, bo jej licencje są tak drogie, że po prostu musieliśmy użyć zdjęć jako wypełnienia. Całe szczęście, że zdjęcia pochodzą z najlepszego źródła czyli od Marka Wielgusa, który był takimi „oczami polskiej reprezentacji”. Przyjaźnił się ze Stefanem Majewskim i na jego identyfikator wchodził na boisko. Zresztą stworzył potem taką słynną wystawę „Mundial bez akredytacji”, która objechała Polskę. Dzięki pomocy i życzliwości jego syna mieliśmy dostęp do ogromnego archiwum.


Kadr z filmu "Mundial. Gra o wszystko", fot. Unlimited Film Operations

PF: Realizatorzy TVP byli otwarci na rozmawę o niezbyt chlubnych rzeczach z przeszłości?

MB: Tak się szczęśliwie złożyło, że ci ludzie, którzy się zgodzili wystąpić, nie czują się na tyle źle z tym, że pracowali w telewizji, by o tym nie mówić. Oczywiście spotkałem się z paroma osobami, które odmówiły, co więcej wszystko co od nich słyszałem było „off the record” i wiem wiele fajnych rzeczy, których nie mogłem wykorzystać w filmie. Wielu z nich wstydzi się tego, że to oni naciskali guzik. Dlatego cieszę się, że w filmie wystąpił na przykład Włodzimierz Zientarski, który jest bardzo znaną twarzą sportu. W ogóle nie wiedziałem, że on był wtedy w Hiszpanii i pracował w tej ekipie. I przypadkiem na to wpadłem. To jest super, że znalazł się ktoś taki, kto może opowiedzieć jak filmował Smolarka. Miałem spotkanie z pewnym producentem telewizyjnym, który chciał wystąpić i nawet nagraliśmy wywiad, ale to nie weszło do filmu. Miałem wrażenie, że więcej mi obiecał w rozmowie wstępnej, niż potem był w stanie dać. To są trudne sytuacje, gdy widzisz, że rozmówca nie mówi ci tego, o czym wiesz, że on wie.

PF: Film miał już swoje pokazy na kilku zagranicznych festiwalach oraz w Polsce. Przymierzacie się do premiery kinowej. A czy jest szansa, że zobaczą go widzowie w Hiszpanii?

MB: Bardzo przebieram nogami na myśl o inicjatywie, z którą wyszedł Instytut Polski w Madrycie. By po premierze kinowej w Polsce film pokazać w Barcelonie na stadionie Camp Nou. Zrobię wszystko, by do tego doszło. Trudno sobie wyobrazić jakiegokolwiek Katalończyka, który nie czułby się dobrze oglądając ten film, a szczególnie tę sekwencję, w której bardzo ciepło o Katalończykach opowiada jeden z bohaterów.

PF: No właśnie zastanowiła mnie ta postać.

MB: Pascal Rossi jest Korsykaninem, który ma polskie korzenie. Bardzo ciekawy człowiek. We Francji ma pseudonim „Mamuśka”, bo to jedno z niewielu słów po polsku, które potrafi wymówić. W trakcie stanu wojennego zrobił kilka spektakularnych akcji m.in. wywiesił gigantyczny transparent Solidarności z wieży Eifla, a także na jedną noc przemianował stację metra Stalingrad na stację Gdańsk. Równie interesującą postacią, która w filmie pojawia się bardzo krótko, jest Józef Przybylski – sygnatariusz Porozumień Sierpniowych, który wyemigrował do Brukseli. Fenomenalną rzecz robił, a mianowicie puszkował książki. Pracował w fabryce konserw i co 20 puszkę wypełniał bibułą, która trafiała do Polski.

PF: Mundial `82 pozostaje do dziś ostatnim sukcesem polskiej piłki.

MB: Jest to tym bardziej ciekawe, że mimo wszystkiego, co wówczas się działo: obciążenia psychicznego, które mieli ci zawodnicy, oczekiwań ze strony władz, niełatwych warunków, trzecie miejsce było możliwe. Patrzę na brak sukcesu Polaków przez ostatnie 30 lat i ciągle nie wiem, dlaczego tak ciężko taki sukces powtórzyć. Zastanawiam się nawet, czy to, że było wtedy tak ciężko, dodatkowo im nie pomagało.

Rafał Pawłowski
SFP
Ostatnia aktualizacja:  23.05.2014
Zobacz również
fot. Unlimited Film Operations
"Wataha" w Bieszczadach
Animatorzy z Human Ark na Warszawskich Targach Książki
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll