PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Z Feliksem Falkiem, reżyserem "Wodzireja", o kulisach realizacji i znaczeniu cyfryzacji tego filmu, Jerzym Stuhrze i granym przez niego Lutku Danielaku rozmawia Marcin Zawiśliński.

PortalFilmowy.pl: Skąd wziął pan pomysł na „Wodzireja”?

Feliks Falk: Lata 70. to był okres wszechobecnej kultury siermiężnej narzucanej przez wykonawców knajpianych, estradowych. W wielu restauracjach, na pokazach mody czy na masowych imprezach pojawiali się tacy ludzie jak Lutek Danielak. I pomyślałem sobie, że to mógłby być atrakcyjny bohater, dość oryginalny jak na tamte czasy. Był dynamiczny, rzutki i lubił działać. Na to nałożyła się refleksja, że  mamy do czynienia z patologią społeczną jak korupcja czy kariery przy pomocy donosu i różnych świńskich metod. Nikt z tym nie walczył, to było oczywiste i niemal powszechnie akceptowane.
Poza tym zawsze interesował mnie temat manipulacji. Żeby osiągnąć swój zawodowy cel, Danielak musiał kogoś oszukać, zmanipulować, na kogoś donieść, nawet na swojego przyjaciela.
Niczym w kropli wody w postaci Lutka skupiły się dewiacje  charakterystyczne dla czasów PRL-u. Socjalizm głosił szczytne ideały o równości i sprawiedliwości, a w rzeczywistości mechanizmy były takie same jak wszędzie. Ten film mówił o sprawach, o których wszyscy wiedzieli, ale o których się głośno nie mówiło.

PF: Ówczesne władze nakazały panu zmianę miejsca akcji filmu z Warszawy na tzw. prowincję. Dlaczego?

FF: Bo film był im nie na rękę. To było dosyć zabawne, że urzędnicy peerelowscy widzieli w tym filmie więcej niż ja sam. Zmiana miejsca akcji, wbrew pozorom, pomogła mi w zrobieniu filmu metaforycznego, który nie wprost mówi o tym, o czym władze nie pozwoliłyby mi nigdy opowiedzieć wprost. W tym sensie cenzura przysłużyła się artystycznej stronie tego filmu.


Jerzy Stuhr w "Wodzireju". Fot. KinoRP.

PF: "Wodzirej" to klasyk tzw. kina moralnego niepokoju. Czy rzeczywiście budził wśród ówczesnych widzów moralny niepokój?

FF: Przede wszystkim władza na niego źle zareagowała, bo odsłaniał kulisy prawdziwych mechanizmów i motywów ludzkich zachowań. Nikt nie chciał przyznać, że  socjalistyczne społeczeństwo nie jest idealne, przeciwnie, mocno zdemoralizowane. Za to widzowie łatwo rozpoznawali świat, w którym żyli na co dzień. Wrażenie robił też Jerzy Stuhr w roli tytułowego wodzireja. Był momentami groźny, a momentami zabawny. Bawiło mnie realizowanie obrazu z bohaterem, w którego życiu ciągle coś się działo i zmieniało.

PF: Jerzy Stuhr od początku był przymierzany do roli Lutka Danielaka?

FF: Obserwowałem go w „Spotkaniach z balladą”. Poznałem go przez Krzysztofa Kieślowskiego, u którego zagrał właśnie w „Bliźnie”. Andrzej Wajda, szef naszego zespołu X, sugerował mi kogoś innego, ale udało mi się go przekonać.
To była pierwsza rola Stuhra w pełnometrażowym filmie i od razu zagrał  w nim wielowymiarową postać. Dawała mu ona szerokie pole do popisu gry aktorskiej i aktywnej współpracy przy budowaniu roli.

PF: Co pan ma na myśli?


FF: Poza umiejętnościami aktorskimi Jerzy Stuhr ma też – jak wiadomo – talent literacki. Pisał świetne dialogi, wymyślał niektóre sceny. We trójkę (razem z nieżyjącym już operatorem Edwardem Kłosińskim) wprowadzaliśmy wiele zmian do tekstu. Dzisiaj pracuje się inaczej; nie ma już czasu na rozmowy, może też nie ma tak wielkiej kreatywności wśród aktorów i operatorów.


Feliks Falk. Fot. A.Gojke.

PF: Podobno to Andrzej Wajda zasugerował panu, żeby Lutek grał w biegu, żeby nie miał czasu na zastanawianie się nad swoimi decyzjami. To prawda czy plotka?

FF: To jest wersja Jerzego Stuhra. Być może Andrzej Wajda rzeczywiście myślał podobnie i rozmawiał o tym z Jurkiem, ale dla mnie to było oczywiste od samego początku. Tak też była napisana ta rola, sugerująca granie w „biegu”. Tak samo jak kożuch, który Lutek rzadko zdejmował. To też miało wskazywać na jego ciągłe zabieganie.

PF: Jakie miejsce w pana filmografii zajmuje "Wodzirej"?

FF: Z dzisiejszej perspektywy uważam, że to był najważniejszy film, jaki zrobiłem. Przy pracy nad nim doszło do połączenia nośnego tekstu i świetnego aktorstwa. Zatrudniłem wielu naturszczyków, dzięki czemu "Wodzirej" zyskał na autentyczności.
„Wodzirej" był dla mnie filmem przełomowym również dlatego, że otworzył mi drzwi do realizowania kolejnych filmów. Poza tym wyróżniał się oryginalnością bohatera i sposobem narracji. Do podobnego języka filmowego powracałem jeszcze kilkakrotnie – w „Szansie”, „Bohaterze roku” czy „Komorniku”.

PF: Jakie były kinowe losy „Wodzireja”?

FF: Najpierw przeleżał jakiś czas na półce. Jego pierwszy pokaz odbył się w stołecznym DFK „Kwant”. Pamiętam, że to było dla mnie bardzo ciekawe i inspirujące spotkanie z publicznością. Po roku od zakończenia realizacji pokazano go w kinach. Obejrzało go blisko milion osób.
Pod koniec lat 70. podróżowałem z tym filmem po całej Polsce. Spotykałem się z publicznością DKF-ów, w tamtych czasach jedną z ważniejszych instytucji dla kina. Czasem jeździliśmy razem z innymi twórcami tzw. kina moralnego niepokoju i ich filmami tj.: Krzysztof Kieślowski z „Amatorem”, Agnieszka Holland z „Aktorami prowincjonalnymi” oraz Janusz Kijowski ze swoim "Kung-fu".

PF: Na festiwalu filmowym w Gdańsku spotkał pana jednak zawód…

 FF: "Wodzirej" wzbudził tam spore zainteresowanie zarówno wśród krytyków jak i widzów. Mimo, iż przewodniczącym jury był wówczas Kazimierz Kutz, któremu nie można odmówić braku odwagi, z nakazu politycznego film nie dostał jednak żadnej nagrody. Nie ukrywam, że było mi z tego powodu przykro.


Feliks Falk. Fot. A. Gojke.

PF: Czy filmowy Lutek Danielak odnalazłby się we współczesnej Polsce?

FF: Zastanawiałem się nad tym. M. in. dlatego dziesięć lat później zrobiłem sequel „Bohater roku”. Potem byłem też namawiany do zrobienia filmu o podobnym bohaterze, ale nie miałem na niego pomysłu.
Pod względem charakteru ówczesny i obecny karierowicz są do siebie podobni. I wtedy, i dziś tzw. kariera niejednokrotnie polegała na donosach i „przegryzaniu gardeł” konkurentom. Ale myślę, że Lutek musiałby się przestawić na nieco odmienny sposób postępowania. Gdyby dziś chciał działać metodami, które przynosiły mu korzyści w czasach PRL-u, przegrałby. Przegrałby z ludźmi, którzy działają ostrzej od niego. Są brutalniejsi i bardziej cyniczni. Dlatego Lutek chyba by się nie przebił.
Pytanie jest raczej inne: na ile takie historie mogą jeszcze kogokolwiek w ogóle interesować? Mam wątpliwości. W latach 70. była silna potrzeba krytyki i ośmieszania systemu, poszukiwania ukrytych znaczeń między wierszami. Dzisiaj są one powszechnie znane i nazwane. Ludzie czują przesyt tym tematem. Mają go na co dzień.

PF: Na ile cyfryzacja „Wodzireja” może wpłynąć na odbiór tego filmu przez widzów?

FF: Sama cyfryzacja nie spowoduje, że ten film będzie rozpowszechniany w kinach. Ma jedynie na celu przedłużenie życia temu filmowi. Dzięki tej operacji bardzo poprawił się dźwięk w „Wodzireju”. Nie widzę natomiast istotnych zmian w jakości samego obrazu.

Marcin Zawiśliński
Portalfilmowy.pl
Ostatnia aktualizacja:  30.12.2013
Zobacz również
"Cyberpunk 2077" - zwiastun skrojony przez Bagińskiego
"Być jak Kazimierz Deyna" w kinach już w marcu
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll