PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
No i wybuchła. Bomba w sensie. Sensacją tegorocznego festiwalu okazał się film-niespodzianka. Choć Leos Carax tworzy od ponad trzydziestu lat, polscy widzowie najpewniej nie kojarzą go zbyt dobrze – co najwyżej z „Kochanków z Pont-Neuf” (1991) z młodziutką Juliette Binoche. Tegoroczna konkursowa propozycja Caraxa (druga w jego karierze, po „Poli X” z 1999 roku) wynosi jego charakterystyczny poetycki styl na nowy, kosmiczny poziom. „Święte motory” („The Holy Motors”) dosłownie rozjechały konkurencję.

Anna Tatarska: Część widzów pochrząkała, powierciła się i wyszła, ale większość, która została, głośno wiwatowała przy napisach końcowych. W trakcie blisko dwugodzinnego seansu oglądałyśmy m.in. rudego karła ze wzwodem odgryzającego palce stażystkom i liżącego po pasze Evę Mendes, mężczyznę w lateksie i brylantach uprawiającego seks z jaszczurką, chińskiego zabijakę upodabniającego ofiarę do samego siebie, Kylie Minogue jako stewardessę z depresją i mówiące samochody... Nawet nie próbuję porywać się na próbę odtworzenia fabuły. Pytam tylko: co właściwie stało się wczoraj w kinie?!?

 "Święte motory", fot. Cannes Film Festival

Anna Bielak:
Nie wiem! Wyobraź sobie, co się działo na moim seansie o 22! Dwadzieścia minut przed północą bohaterka filmu powiedziała, że przed nami jeszcze dwadzieścia minut. Potem będzie koniec. To nie mogło być zaplanowane przez organizatorów, przeszył mnie tym większy dreszcz. Akcja „The Holy Motors” zaczyna się w sali teatralnej, podobnie jak w „Miłości”Michaela Haneke najpierw widzimy widownię, potem zaczyna się filmowy spektakl. Carax wciąga nas w totalnie surrealistyczny świat. Cały film jest rodzajem absurdalnej podróży Oscara (Denis Lavant), który białą limuzyną (prowadzoną przez piękną, dojrzałą Celine) jeździ po Paryżu i odbywa kolejne spotkania. Biznesowe? Bynajmniej. Przed każdym się przebiera, maluje, zakłada maski, przyczepia sobie włosy i przykleja paznokcie. Raz jest starą babcią, innym razem koreańskim gangsterem. Jego rzeczywistość jest złożona z fragmentów światów stworzonych przez innych – filmowców, muzyków, literatów. Film jest pełen cytatów, jeden przechodzi w drugi, trzeci i czwarty mieszają się ze sobą, nakładają. Fikcja, realność, baśń, okrutny horror – nie wiem, gdzie jestem i co mam przed sobą. Po wyjściu z kina, podczas spaceru do domu pustymi ulicami o północy, spotkałam trzydzieści lat starszą ode mnie wersję siebie. Też stała na środku ulicy i zdejmowała szpilki, żeby zamienić je na sandały. Nie wiem teraz, czy istniała, czy Leos Carax zesłał na mnie kolejny, hipnotyczny sen.

AT: Wciąż nie mogę usiedzieć z ekscytacji! Film Caraxa był pierwszym prawdziwym wydarzeniem tegorocznego Konkursu, projektem całkowicie innowacyjnym, rzucającym wyzwanie klasycznej narracji i konwencjom. A jednocześnie nie jest to artystyczny meta-bełkot, w którym brakuje treści, bo najważniejsza jest forma. „Holy motors” to film pełen sprzeczności: obok niewyobrażalnej brzydoty pojawia się w nim absolutne piękno, obok cynizmu – słodycz. Humor sytuacyjny balansuje powagę całej sytuacji. Chyba tylko dla narastającego poczucia schyłkowości nie ma u Caraxa antidotum, nawarstwiająca się melancholia i tęsknota za nieosiągalnym wypełniają film po brzegi. Wczoraj próbowałyśmy określić, czym jest on jest i uznałyśmy go za alternatywny wobec „Hugo...” hołd dla kina...

AB: Zdecydowanie! Oglądając film nie mogłam się uwolnić od skojarzeń z kinem Jeana Cocteau, surrealnymi wizjami twórców ruchomych obrazów z lat dwudziestych i Wielką Awangardą. Potem pomyślałam, że w czasie realizacji filmu nad Caraxem unosił się duch Luisa Buñuela. Poczułam też nostalgię za kinem z lat czterdziestych, za pierwszą wersją „Gwiezdnych wojen”, którą oglądałam z bratem, kiedy byliśmy dziećmi, za melodramatami realizowanymi w Technikolorze… Mogłabym wymieniać skojarzenia godzinami, a przecież muszę biec na kolejny film…

 "Killing Them Softly", fot. Cannes Film Festival

AT:
Carax Caraxem, ale nie możemy zapominać o największym medialnym wydarzeniu dnia wczorajszego. Na czerwonym dywanie pojawił się Brad Pitt – nie dmuchany, nie z kartonu ale najprawdziwszy z prawdziwych. Pitt przyjechał do Cannes, bo w konkursie bierze udział film Andrew Dominika „Killing Them Softly”, drugi po „Zabójstwie Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” ich wspólny projekt…

AB:
… i wydaje mi się, że pod pewnymi względami bardzo podobny. „Killing Them Softly” to rodzaj współczesnego westernu, w którym porachunki między mężczyznami na wysokich stanowiskach są umieszczone na  pierwszym planie, zakulisowe rozgrywki przybierają zaskakujący obrót, a wina i kara to niejasne kategorie. Wizualna strona filmu też przypomina legendarny obraz dawnej Ameryki – nocne zdjęcia są zestawione z ujęciami prześwietlonymi jasnym, ciepłym słońcem. Bohaterowie krążą po pustych ulicach opuszczonych miast, spotykają się w barach, o życiu i śmierci dyskutują w samochodach parkowanych pod mostami. Co zadziwiające, nie patrzę na te obrazy jak na klisze, choć właśnie one pozwalają mi usytuować film Andrew Dominika w kręgu produkcji, które mitologizują Amerykę. To też ciekawe, że w tego typu stylistykę reżyser wpisuje kłującą, niewygodną dla polityków krytykę współczesnej amerykańskiej rzeczywistości. W nieco nachalny sposób przypominają o tym telewizyjne relacje z kampanii prezydenckiej (odbiorniki TV są w prawie każdym pomieszczeniu, w jakim rozgrywa się akcja). W tle słychać przemówienia Baracka Obamy na temat społecznej równości. To mała przesada, nie sądzisz? Nie lubię, kiedy ktoś wkłada mi łopatą do głowy wszystkie informacje i nie pozwala samej szukać powiązań filmowej fabuły z rzeczywistością.

AT: Choć film nie jest pozbawiony wad, zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Paradoksalnie, najsłabszym jego punktem jest chyba Pitt, który gra w fajnej i pasującej do opowieści teatralnej manierze, ale konfrontowany z aktorami o bogatszym warsztacie - np. Jamesem Gandolfinim - czasami po prostu wypada z roli. Dominik nie boi się innowacji – choćby sposób wizualnej realizacji scen strzelaniny jest naprawdę niezwykły i podkreśla jego wyjątkową umiejętność stylizacji obrazu – a jednocześnie jest w jego twórczości nieodłączny element „retro”. W „Killing...” jest bez liku nawiązań do dawnych czasów – tak w sposobie konstruowania postaci, dialogach, scenografii jak i kostiumach. Gdyby nie jasno ustanowiony czas akcji (film dzieje się podczas wybuchu kryzysu finansowego, podczas kampanii prezydenckiej w USA z 2008 roku), można by z łatwością pomyśleć, że oglądamy opowieść o latach siedemdziesiątych. „Killing Them Softly” ma zresztą wiele punktów stycznych z kinem kontestacji. Czy to znak, że Ameryka, wbrew mitowi ciągłego postępu, nigdy się nie zmienia?

AB: Podobno nie, podobno Ameryka to nigdy nie był kraj, zawsze tylko biznes – tak przynajmniej twierdzi Jackie Cogan, bohater Pitta. Ameryka - miejsce, w którym nie ma wspólnot, każdy żyje sam dla siebie, a zabijanie nigdy nie jest określane przymiotnikiem „softly”…


Anna Bielak, Anna Tatarska
relacja z Cannes/Portalfilmowy.pl
Ostatnia aktualizacja:  20.06.2012
Zobacz również
Cannes. Polsko-francuska konferencja
Kozzi Gangsta Film od 5 do 8 lipca
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll