PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU

Międzynarodowe festiwale doceniły twórczość polskiego operatora i reżysera-dokumentalisty.  Wojciech Staroń został uhonorowany Srebrnym Niedźwiedziem w Berlinie za zdjęcia do filmu ”Nagroda” Pauli Markovitch. Parę miesięcy później jego autorski film dokumentalny "Argentyńska lekcja" został obsypany nagrodami na Krakowskim Festiwalu Filmowym.  Od tamtej pory lista festiwali, które uhonorowały oba filmy, stale się powiększa.

Portal Filmowy: Ten rok był dla Pana dobry. Zaczął się Srebrnym Niedźwiedziem za zdjęcia dla nomen omen „Nagrody”, a kończy Grand Prix dla „Argentyńskiej lekcji” na festiwalu w Guangzhou w Chinach.

  Wojciech Staroń, fot. Staroń-Film

Wojciech Staroń: Oba filmy, nad którymi spędziłem ostatnie trzy lata, zaistniały na świecie, więc się udało. Ten czas nie został zmarnowany, bo filmy zostały dostrzeżone. Bardzo mnie ucieszyło, że nawet azjatyckie jury na festiwalu w Chinach dostrzegło wartość w „Argentyńskiej lekcji”. Zresztą trwa również dobra passa festiwalowa „Nagrody”.

- Po Berlinale w lutym film dostał nominację do Grand Prix na Festiwalu Nowe Horyzonty, nagrodę Publiczności na tym samym festiwalu, nominacje i nagrody w Jerozolimie i Erywaniu,  Grand Prix w Limie i Guadalaharze, wyróżnienie w Mar Del Plata. Zaczyna właśnie dystrybucję w USA, a pod koniec stycznia 2012  trafi do polskich kin.

Właśnie jadę do Belgii w sprawie kopii światłoczułej filmu. Do tej pory film był pokazywany wyłącznie na kopii elektronicznej. Dystrybucja na taśmie światłoczułej kończy się na naszych oczach. Wielu dystrybutorów decyduje się już nie robić kopii na pozytywie. Jeśli kraj jest bogaty i wyposażony w kina cyfrowe, to właściwie wszystkim jest wygodniej robić dystrybucję na nośniku cyfrowym.

- Dlaczego zatem robicie kopię światłoczułą, skoro transfer materiału na taśmę 35 mm, wykonanie kopii i napisów są tak kosztowne i czasochłonne?

W Polsce cały czas są kina studyjne, które nie mają dobrych projektorów cyfrowych i w nich film będzie pokazywany z kopii światłoczułej. W Meksyku w dystrybucji będą wyłącznie taśmy, ale to kwestia roku czy dwóch, gdy dystrybucja analogowa się skończy.

- Rozumiem, że z punktu widzenia operatora, to trochę żal, bo przecież Pan robił swój film – myślę o „Argentyńskiej lekcji” - na materiale światłoczułym. Rozumiem, że to nie był przypadek.

To był świadomy wybór, jak najbardziej.  Kręcenie zdjęć na negatywie filmowym ma się cały czas w miarę dobrze. Mówiliśmy o tym, z jakiego nośnika film jest pokazywany w kinach. Niezależnie od tego, jak on był nakręcony czy na cyfrze czy na negatywie, on może być pokazywany z taśmy albo z cyfry potem w kinach. W przypadku „Nagrody” rzeczywiście jest tak, że kopia światłoczuła dodaje coś temu filmowi. Byłem bardzo ucieszony, gdy zobaczyłem pierwsze efekty transferu. To jest film, który się dzieje w latach siedemdziesiątych i ten posmak taśmy filmowej przynależy do tego okresu. Wspomógł kolorystykę, korekcję niskiego kontrastu, którą zastosowaliśmy  już przy kopii cyfrowej. Negatyw to jeszcze wzmocnił.


Kadr z filmu "Argentyńska lekcja", fot. Staroń-Film

-  Niedługo zaczyna Pan pracę przy „Papuszy”. Pan już parokrotnie pracował z Joanną i Krzysztofem Krauze?

Tak, z nimi zaczęła się moja przygoda fabularna. Najpierw pracowałem jako drugi operator przy „Nikiforze”. Zaraz potem zrobiłem mój debiut fabularny czyli „Plac Zbawiciela” i teraz wracamy do podobnego układu, który był przy „Nikiforze” – Krzysiek Ptak jako pierwszy operator, ja jako drugi.

- Czy coś może Pan powiedzieć na temat koncepcji wizualnej „Papuszy”? Niedługo zaczną się zdjęcia.

Ponieważ jestem drugim operatorem i to dość wczesny etap ograniczę się do tego, że  film będzie czarno-biały i będzie dział się przez okres 70 lat. Będzie tam i kino kostiumowe, sprzed wojny, i bliższe nam lata 60. i 70. XX wieku. Film będzie oscylował na pograniczu kreacyjności i realizmu. Skoro Krzysio Ptak, który jest wizjonerem, będzie robił zdjęcia, to na pewno sporo będzie w nim kreacji. Będziemy dążyć do zachowania równowagi miedzy tymi dwiema wizjami świata.


Kadr z filmu "Argentyńska lekcja", fot. Staroń-Film

- Czym się Pan kieruje przy wyborze pracy?

Najważniejsi są ludzie, z którymi chce się pracować. Jeśli to pierwszy raz i  ich nie znam, to decyduje projekt. Miałem szczęście w życiu, że nie musiałem pracować przy filmach, które mi się nie podobały, których nie czułem. Od czasu studiów udawało mi się robić projekty, które były mi bliskie. Z jednej strony - szczęście, z drugiej - świadomy wybór, żeby omijać pewne rzeczy.

- Czy to oznacza, że skupi się Pan teraz na byciu operatorem, a Pana filmy autorskie schodzą na dalszy plan?

Cały czas prowadzę to równolegle. Ciągle myślę o swoich filmach albo je robię i jednocześnie robię zdjęcia.  Od kilku lat zbieram materiał do dokumentu pod roboczym tytułem ”Bracia”, o dwóch osiemdziesięciolatkach, repatriantach z Kazachstanu, którzy teraz mieszkają w Polsce. Łączy ich niesamowita, braterska miłość. Jeden z nich jest malarzem, a drugi kartografem. Wiele w swoim życiu przeszli, łagry stalinowskie, zsyłkę, Kazachstan. To wszystko przetrwali, a gdy przyjechali do Polski, spalił im się dom, w którym mieszkali, z całym dorobkiem malarza. W wieku 86 i 88 lat postanowili zacząć od nowa, odbudować dom. To będzie film o poszukiwaniu domu. Chcę go zrobić w przyszłym roku, obok „Papuszy”. Planuję jeszcze inne filmy – z Jurkiem Śladkowskim dokument o Rosji…


Woiciech Staroń i Małgorzata Staroń, fot. Staroń-Film

- Widziałam „Fabrykę wódki”, również wasz wspólny film o Rosji. Co tym razem pokażecie?

Tematem filmu jest psychuszka, ale to ma być bardziej o ludziach, którzy chodzą na szczególnego rodzaju psychoterapię, niż o chorobach psychicznych. 

- Czy ma Pan w planach film fabularny?

Przymierzamy się z Paulą Markovitch do następnego filmu w Meksyku, do którego zdjęcia odbędą się w 2013, ale przygotowania ruszą już w przyszłym roku. Jesienią przyszłego roku będę też robił zdjęcia do filmu argentyńskiego reżysera, Diego Lermana. To bardzo fajny argentyński reżyser młodego pokolenia, którego filmy zdobywają największe festiwale światowe jak  Locarno czy Wenecja. Jest co robić.

- Wracam do pytania o wybór projektów. Wśród filmów, do których Pan robił zdjęcia nie ma przypadkowych tytułów, to spójny wybór. Zwracają uwagę debiuty: „Hel”, „Glasgow”, „Themerson&Themerson”.

Dobrze mi się rozmawiało z tymi reżyserami,  rozumieliśmy się, omawiając temat filmu i scenariusze były obiecujące. Bardzo lubię debiutantów. Zresztą Paula Markovitch „Nagrodą” też debiutowała w długim metrażu. Pierwszy film to niepowtarzalna energia. To jest postawienie wszystkiego na jedną kartę. Kiedyś Marian Marzyński żartował, że reżyser powinien móc zrobić w życiu tylko jeden film. Wtedy powstawałyby te najlepsze.


Zdjęcie z planu filmu "Argentyńska lekcja", fot. Staroń-Film

- Chciałam zapytać o „Argentyńską lekcję”. Dziś ma pan satysfakcję, bo film święci wielkie sukcesy festiwalowe, sporo ludzi miało okazję ten film zobaczyć w telewizji – bo inaczej niż często u nas - film dokumentalny bardzo szybko po sukcesie w Krakowie został pokazany w telewizji. Czy jednak były jakieś negatywy takiego projektu? 

Negatywy intensywnej pracy są takie, że cierpi życie rodzinne. Bo film to jest zawód dla singli. Dlatego od początku z żoną próbowaliśmy łączyć nasze życie prywatne z życiem zawodowym. Nie wyobrażam sobie, żeby wyjechać na dwa miesiące, zostawić rodzinę i po prostu pracować. I nie mieć z nimi kontaktu. Krok po kroku wyrabiamy sobie taki model wspólnej pracy, że Małgosia (Małgorzata Staroń, żona Wojciecha) robi dźwięk, a ja zdjęcia do naszych wspólnych filmów. Oprócz tego Małgosia jest producentem to znaczy trzyma w garści naszą firmę, produkuje nasze filmy. Dzięki temu najważniejsze przeżycia, emocje, związane z pracą przy filmie, możemy dzielić. Cierpią na tym dzieci, bo od rana do późnej nocy nieprzerwanie króluje temat filmu. Dom i praca nie są rozdzielone. W piwnicy mam montażownię, jeden pokój zawalony jest sprzętem, właściwie nie ma chwili, kiedy nie rozmawiamy o filmie. Od tego nie sposób się uwolnić. Wiem, że na tym cierpią dzieci. Stąd pomysł na film "Argentyńska lekcja", żeby pojechać razem i wspólnie z dziećmi przeżyć kawałek życia, mając wspólny cel zaadaptowania się do nowej rzeczywistości. Jasiek (syn Wojciecha Staronia) zobaczył w Argentynie, że ja mam swoje problemy adaptując się tam filmowo i ja widziałem, że on ma swoje problemy, adaptując się czysto ludzko, dziecięco do nowej rzeczywistości. To nas dużo uczyło. Jasiek widział, jak razem pracujemy, jakie mamy rozterki i problemy. Widział, że taki film, żeby wyglądał gładko na koniec, to bardzo szorstko powstaje w trakcie pracy. Mógł zobaczyć, że to jest naprawdę kawał roboty, takiej wyciskanej każdego dnia. Postanowiliśmy to wszystko łączyć z dziećmi. Potem „Nagrodę” też robiliśmy razem. Wszyscy byliśmy na planie przez półtora miesiąca.


Zdjęcie z planu, fot. Staroń-Film

- Ciekawe, że w obu tych filmach bohaterem jest dziecko skonfrontowane z niełatwymi problemami.

Tak się złożyło, że "Argentyńska lekcja" i "Nagroda" mają dużo wspólnego. Jak mówi Paula Markovitch, te dwa filmy prowadzą ze sobą dialog. Dzięki mojemu filmowi byłem bardzo dobrze przygotowany do „Nagrody”. Przez dwa lata siedziałem w wiosce, w małej szkółce prowincjonalnej, z dziećmi. W „Nagrodzie” była dość podobna sytuacja i dzięki temu miałem bardzo dobry kontakt z dziećmi w wieku mojego Jaśka. Zresztą on też statystował w „Nagrodzie”. Te zdarzenia filmowe bardzo szczęśliwie przeniknęły się z życiem rodziny. Zresztą to tak jest, że w życiu dostaje się to, czego się szuka.  Jeśli się człowiek na czymś bardzo skupia, zawęża swój widnokrąg do pewnych rzeczy, to w końcu je otrzymuje. Nie miałem szybkiego debiutu w filmie fabularnym. Miałem 32 lata, byłem 10 lat po szkole. To była długa, czasem wyboista droga, ale starałem się być wierny sobie. Zaraz po studiach wyjechaliśmy na Syberię. To był wyraz buntu dla tego, co się działo w polskim kinie lat 90, kiedy nic mnie w ogóle nie inspirowało w polskiej fabule i nie wyobrażałem sobie pracy przy tamtych filmach. To było jak spalenie mostów, zerwanie wszystkich możliwych kontaktów. Zrobiliśmy nasz pierwszy film, „Syberyjska Lekcja”. To było nasze credo. Ten film wyznaczył naszą drogę, wyznaczył kierunek poszukiwania. Potem doszło do spotkania z Krzyśkiem Krauze, który mnie przekierował na fabułę. I teraz to robię równolegle.


Zdjęcie z planu, fot. Staroń-Film

- Jak Pan się spotkał z Krzysztofem Krauze?

- Byliśmy obaj w jury Festiwalu Filmów Amatorskich na Jelonkach. On był bardzo znanym reżyserem, między innymi „Długu”. Zapytał mnie, co robię. Opowiedziałem o „Syberyjskiej lekcji”, zachęcony, dałem mu film na VHS. Zadzwonił potem i powiedział: jesteśmy z Joanną wstrząśnięci, robisz z nami następny film. A ja po prostu spadłem z krzesła, jak to usłyszałem. Podobnie było z inną znajomością, która się ciągnie do dziś. Na początku lat 2000. był w Polsce kryzys, trudny czas. Ktoś z Francji zobaczył „Syberyjską lekcję”, wyszukał mnie i zaprosił do współpracy w teatrze. Robimy tam filmy wideo do teatru tańca. Okazało się, że film, który był buntem, wyborem własnej drogi, zaczął procentować.


Kadr z filmu "Argentyńska lekcja", fot. Staroń-Film

- W międzyczasie powstał film o misjonarzu na argentyńsko-boliwijskim pograniczu. To był pierwszy moment zetknięcia z Ameryką Południową?

Tak, to był drugi duży dokument, który robiłem po „Syberyjskiej lekcji”, „El Missionero”. Wiedziałem, że chcę zrobić film o misjonarzu, jak tylko poznałem naszego misjonarza na Syberii. Wiedziałem, że muszę zrobić film o misjonarzu, który pracuje w innej, obcej kulturze, zdany tylko na siebie. I tak się złożyło szczęśliwie, że dostałem stypendium naukowe na Uniwersytecie w Argentynie. Pojechaliśmy tam na rok, z Małgosią, moja żoną. W Argentynie zaskoczyła nas nie tyle obca kultura, co fakt, że Gosia zaszła w ciążę i począł się nasz Jasiek. To wszystko było nieprzewidziane, niezaplanowane i trudne, ale potem bardzo dobrze się potoczyło. Zostaliśmy tam do końca, do porodu. Jasiek się urodził w Argentynie. I film się w końcu udał, chociaż mieliśmy perypetie, bo musieliśmy zmieniać bohatera, a tytułowy misjonarz został ojcem chrzestnym naszego Janka. To było pierwsze zetknięcie z Ameryką Południową, tam nauczyłem się języka. Wtedy się w Argentynie zakochaliśmy, bo tam się urodził nasz Jasiek. Dlatego tam później wróciliśmy z nim, jak szedł do pierwszej klasy.


Kadr z filmu "Argentyńska lekcja", fot. Staroń-Film

- W obu przypadkach i „El Missionero” i „Argentyńskiej lekcji” to było spotkanie z ludźmi, którzy żyją w trudnych warunkach.

Moje credo dokumentalne jest takie, żeby przeżyć na własnej skórze to, co czuje bohater. Nie analizować tego na chłodno z boku, tylko się zanurzyć w życie bohatera. Postanowiłem, że będę z misjonarzem przez parę miesięcy jeździł po Andach. Znalazłem człowieka, który się zgodził, żebym mu towarzyszył. Spędziliśmy tygodnie, jeśli nie miesiące, w samochodzie, jeżdżąc po górach. Docieraliśmy, często na piechotę, do takich miejsc, w których Indianie nie mają z białymi żadnego kontaktu. Chciałem najpierw przeżyć coś samemu, poznać dobrze tych ludzi i dopiero o nich opowiadać. Tak też było w „Argentyńskiej lekcji”.


Kadr z filmu "Argentyńska lekcja", fot. Staroń-Film

- Pana bohaterowie to ludzie zmagający się ze swoim losem, również w najbardziej podstawowym  znaczeniu tego słowa – oni walczą o przetrwanie.

Film ma wartość,  jeśli dokumentuje zmaganie z losem: one czasem jest wewnętrzne, duchowe. Mnie jako filmowca inspiruje zmaganie fizyczne, które zresztą pomaga ludziom wartościowym w zmaganiu duchowym. Te światy się przenikają. W „El Missionero” interesowało mnie sportretowanie człowieka, który jest postawiony w warunkach ekstremalnych. Chciałem pokazać, jak on sobie radzi, jak się przełamuje, jak znajduje swoje miejsce na ziemi i sens swojego życia. To był mój cel, szukanie bohatera, który walczy, nie tylko fizycznie o warunki bytu, ale walczy też z samym sobą.

- A w „Argentyńskiej lekcji”?

Marsja, koleżanka Jaśka,  to też jest osoba, która walczy, tak samo jak misjonarz tam na pustkowiu. Dziewczynka wbrew wszystkim w swojej wiosce walczy o byt. Zawsze stawiam na bohatera, który walczy. Przez niego pokazuję to, na czym zależy mi najbardziej, czyli zagadkę naszego istnienia. "Argentyńska lekcja" miała dwóch bohaterów: Jaśka i Marsję,  oboje byli postawieni byli w nowej, trudnej sytuacji. I ich zmagania obserwowałem kamerą z bliska, chciałem  prześledzić to, jaką lekcję każdy z nich wynosi z tego spotkania.

 

 

Katarzyna Skorupska
informacja własna
Ostatnia aktualizacja:  8.08.2013
Zobacz również
Zapraszamy do Akademii Polskiego Filmu
Nagrody Stowarzyszenia Filmowców Polskich - foto
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll