PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
WYDARZENIA
  31.05.2013
Z Yves’em Montmayeurem, francuskim dokumentalistą, reżyserem filmu "Michael Haneke. Zawód: reżyser", rozmawia Kuba Armata.

Portal Filmowy: Kim dla pana jest Michael Haneke – mistrzem, inspiracją, przyjacielem?

Yves Montmayeur: Jest każdym z nich. Jako mistrz nauczył mnie, jak szanować publiczność bez konieczności uciekania się do sztuczek, którymi często posługują się inni reżyserzy. Przekonał, że warto unikać twórczych kompromisów. Inspiruje mnie jego podejście do spraw najważniejszych, a także do sposobu filmowania. Jest również świetnym przyjacielem. Ma doskonałe poczucie humoru, co zresztą – moim zdaniem – charakteryzuje wiedeńczyków. To połączenie czarnego humoru z dziecinnymi żartami. Czasami prosi mnie o radę. Tak było podczas realizacji "Kodu nieznanego", kiedy sam niewiele wiedział o afrykańskich emigrantach we Francji.



Michael Haneke, kadr z filmu Yves’a Montmayeura "Michael Haneke. Zawód: reżyser", który 31 maja wchodzi do polskich kin, fot. Spectator

Portal Filmowy: Przez dłuższy czas był pan odpowiedzialny za realizację materiałów "making of" przy filmach Hanekego. Kiedy narodził się pomysł, żeby poświęcić mu dokument?

YM: Od 1999 roku – poza "Pianistką" i "Funny Games US" – zrealizowałem "making of" do wszystkich filmów Hanekego. Tym samym zgromadziłem bardzo dużo materiałów. O tym, że można nakręcić o nim dokument, pomyślałem tuż po przeczytaniu scenariusza "Miłości". Doszedłem do wniosku, że ten film może zapoczątkować nowy etap w twórczości Michaela. Ale co ciekawe, w tym samym czasie dopatrzyłem się pewnych podobieństw z "Siódmym kontynentem", jego pierwszym filmem. Oba mówią o fizycznym i psychicznym rozpadzie związku. We wcześniejszym rujnuje go śmierć, w późniejszym poważna choroba. Miałem poczucie, że Haneke daje drugą szansę bohaterom "Siódmego kontynentu", zostawiając im pewne światełko w tunelu. "Miłość", bardziej niż na strukturze opowieści, koncentruje się na ludzkim jej obliczu. Czy to droga ewolucji? Tę kwestię pozostawiam już widzom.
 
PF: Jak robi się film o człowieku, który niezbyt lubi opowiadać o sobie? Jest taka scena w pańskim filmie, w której Haneke mówi wprost, że nie lubi być fotografowany.

YM: Kiedy poprosiłem go o zgodę na realizację dokumentu, powiedział mi, abym nie spodziewał się, że będzie opowiadał o rodzinie czy swoim życiu prywatnym, bo po prostu jest ono... banalne. Nie byłem specjalnie zaskoczony tą deklaracją, ale też nie zbiła mnie ona z tropu, ponieważ moją główną myślą było przedstawienie artysty podczas pracy. Oczywiście, z mojego wizerunku Hanekego-reżysera, można także wiele dowiedzieć się o nim samym, choć nie w sposób bezpośredni i jednoznaczny. Raczej krok po kroku.

PF: Znamienna jest też chwila, kiedy Haneke mówi, że nie chce interpretować swoich filmów, bo rozmowa na ten temat sugeruje określoną intencję. Nie było to dla pana utrudnieniem?

YM: Haneke powiedział kiedyś, że wdawanie się w szczegóły życia prywatnego twórcy może później odbić się na interpretacji jego dzieł. A on tego za wszelką cenę chce uniknąć. Nie był to jednak dla mnie problem, bo chciałem zrobić film daleki od klasycznej biografii, która starałaby się zanalizować postać artysty poprzez – na przykład – jego dziecięce traumy. W moim filmie "tajemnica Hanekego" pozostaje tajemnicą.



"Michael Haneke. Zawód: reżyser", fot. Spectator

PF: Jaka intencja przyświecała panu?

YM: Znam Michaela od 20 lat, więc niewiele mogło mnie jeszcze zaskoczyć. Wiedziałem, że o pewnych rzeczach nie chce mówić, ale muszę przyznać, że miałem też dużą swobodę. Na planie mogłem kręcić wszystko, co chciałem, niczego mi nie zabraniał. Może poza niektórymi scenami, kiedy pracuje z aktorami. Choć i w tym przypadku to raczej aktorzy prosili, bym nie kręcił. W moim dokumencie jest kilka ujęć, kiedy Haneke denerwuje się na swoich współpracowników. Podpuszczał mnie nawet, czy odważę się umieścić te sceny w filmie. On uwielbia żartować i przekomarzać się na planie.

PF: Co było najtrudniejsze podczas realizacji pańskiego filmu?

YM: Największe problemy pojawiły się przy montażu. Filmowałem Hanekego przez 15 lat, w związku z czym mieliśmy materiały na różnych formatach – DV, HDV, Beta SP, Digit Beta, Super 8. Niektóre wywiady nagrane były po francusku, inne po niemiecku. Zrobienie z tego całości stanowiło prawdziwe wyzwanie.

PF: Czy były takie momenty, w których Haneke prosił, by wyłączył pan kamerę?

YM: Pamiętam realizację sceny koszmaru sennego w "Ukrytych", kiedy młody chłopak odcina kogutowi głowę. Nie było wyjścia i scena została nagrana w sposób realistyczny. Kiedy zacząłem kręcić, podszedł do mnie Haneke i powiedział: "Przez lata dorobiłem się łatki psychola. Czy chcesz żeby mnie też nazywano oprawcą zwierząt?". Rozmawialiśmy też, jak taki materiał, wyrwany z kontekstu w niecny sposób, można wykorzystać, np. na YouTube. Wtedy zdecydowałem wyłączyć kamerę.

PF: Haneke często mówi, że jest zaledwie rzemieślnikiem, a filmów nie robi dla nagród czy szczególnego zasłużenia się w historii X Muzy.
 
YM: W pewnym sensie rozumiem te słowa. To człowiek, który na planie dogląda każdego detalu, za wszystko chce wziąć odpowiedzialność. To niesamowite, ale nic nie uchodzi jego uwadze, a sam nie boi się także pobrudzić rąk jakimś najbardziej prozaicznym zajęciem. Z drugiej strony, myślę że docenia jednak wszelkie nagrody czy wyróżnienia, którymi jest honorowany. Każdy przecież lubi, gdy jego praca jest poważana.

PF: W pierwszym zdaniu pana filmu Haneke wyznaje, że zawsze stara zbliżyć się do prawdy, a to, czy finalnie mu się to udaje, to zupełnie inna kwestia. Czym dla pana jako dokumentalisty jest prawda?

YM: Kiedy stawiamy kamerę na ulicy, już w pewnym sensie zaburzamy rzeczywistość, bo sprowadza się ona do samej ramki kadru. Haneke, podobnie jak inni reżyserzy, doskonale zdaje sobie z tego sprawę. On jednak nie chcąc oszukiwać publiczności, rezygnuje z wszelkich reżyserskich sztuczek, przez co jego filmy są bliższe prawdy. W ten sposób próbuje zaangażować widza, by ten był aktywny i mógł wyrobić sobie własny punkt widzenia na historię i bohaterów. I tak każdy znajduje swoją własną rzeczywistość w jego filmie. Próbuję tego samego w dokumentach. Unikam narzucania mojej wizji, wolę gdy każdy dojdzie do niej sam.



"Michael Haneke. Zawód: reżyser", fot. Spectator

PF: Haneke w wyjątkowy sposób współpracuje z aktorami, którzy wypowiadają się o nim z wielką estymą. Wygląda na osobę, która bardzo się angażuje i zna odpowiedź na każde pytanie.

YM: Michael pracował początkowo jako reżyser teatralny. Jego matka była aktorką, co poniekąd tłumaczy znajomość i bliskość tematu. Wyjaśnia też wyjątkowy szacunek dla aktorów, który rzuca się w oczy na planie. Może krzyknąć na pracownika technicznego, ale nigdy nie podniesie głosu na aktora, nawet jeśli ten nie nauczy się tekstu. Często z nimi żartuje, próbując wprowadzić rozluźniającą atmosferę przed stresującymi ujęciami. Tak naprawdę jego praca z aktorami zaczyna się jeszcze przed zdjęciami. Dla Hanekego film istnieje jeszcze przed pierwszym ujęciem. Dużo rozmawia z odtwórcami o motywacjach bohaterów, proponuje techniczne szczegóły, np. odnośnie ich poruszania się w konkretnym ujęciu. A to przecież część dramaturgii.

PF: Najbardziej zaskakujący dla mnie był rozdźwięk między filmami Hanekego, a tym jak zachowuje się na planie. Czy rzeczywiście jest tak, że uśmiech niemal nie schodzi mu z twarzy?

YM: Haneke rzeczywiście uwielbia żartować. Nie tylko zresztą na planie filmowym, ale i w codziennym życiu. To pogodny, ciepły człowiek. I właśnie to chciałem pokazać w swoim filmie. Przełamując stereotyp człowieka udręczonego, zdystansowanego, chłodnego, a mam wrażenie, że tak właśnie o nim się myśli. Często jest tak, że ludzie wyobrażają sobie, że reżyser przypomina bohatera swojego filmu. A tu taka niespodzianka.

PF: Na początku filmu stosuje pan podobny chwyt jak Haneke w "Funny Games", bawiąc się obrazem. Czy to było celowe?

YM: Rzeczywiście, podobnie jak w filmach Hanekego staram się chwilami grać z obrazem. Można powiedzieć, że w jakiś sposób naśladuję mojego bohatera, próbując oddać jego styl. Podobnie zresztą jest z moimi innymi dokumentami poświęconymi m.in. Johnniemu To, Asii Argento czy Christopherowi Doyle’owi. Za każdym razem staram się uszczknąć jakiś element ich stylu. Wydaje mi się, że pomaga to nabrać dokumentowi kolorytu, indywidualnego wymiaru, ale też umożliwia lepsze zrozumienie bohatera.


Kuba Armata
portalfilmowy.pl
Ostatnia aktualizacja:  31.05.2013
Zobacz również
53. KFF: Raj nie dla każdego
53. KFF: Paul Driessen zdradza sekrety swojego warsztatu
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll