PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
MENU
WOKÓŁ FABUŁY
  30.09.2011
W maleńkiej salce, w której stało kilka chyboczących się stolików, mieściło się całe powojenne pokolenie filmowców polskich. „Suterena” - mawiał o „Honoratce”, kawiarni przy ul. Moniuszki w Łodzi, Jerzy Toeplitz, rektor Filmówki, który jako jeden z nielicznych oparł się modzie na codzienne bywanie w lokalu.
Wpaść do „Honoratki” było czymś więcej niż modą. To był styl życia, przymus, nie tyle towarzyski, ile egzystencjalny obowiązek każdego aktora, reżysera i studenta, by codziennie znaleźć choćby pięć minut na szybką kawę i ciastko domowej produkcji pani Stefanii Brudzińskiej.



Zdziwienie Zdzisława Maklakiewicza

Można wybrać sobie dowolne nazwisko artysty z lat 60. lub 70. i zawsze znajdzie się związana z nim „honoratkowa” anegdota. Bogumił Kobiela? Proszę bardzo. Zajada sernik bez użycia sztućców, pochylając się do leżącego na talerzyku ciastka; obie ręce trzyma na stole, płasko, jak do bicia linijką. Zaniepokojony tą nienaturalną pozą Zdzisław Maklakiewicz pyta, o co chodzi. A Kobiela odpowiada: „Przyzwyczajam się, żeby nie trzymać ich w kieszeniach, bo ostatnio zdarzyło mi się to na wizji i robotnicy z zakładu w Pabianicach urządzili masówkę, że ich nie szanuję. Sokorski chce mi polecieć po pensji i dać trzymiesięczny zakaz pojawiania się na wizji”.   

Maklakiewicz? Bywał często - z Warszawy do Łodzi nie było daleko. W „Honoratce” opowiadał swoje słynne scenariusze, które miały zazwyczaj bardzo ciekawy początek. Komentował kilka scen, a później zawsze przerywał. „No i co dalej?” - pytano. – „A no właśnie…” - rozkładał ręce, robiąc swoją słynną zafrasowaną minę. Raz opowiadał Jerzemu Gruzie początek komedii erotycznej i znowu przerwał nagle, ale tym razem dlatego, że wtrącił się kolejarz, który - w pełnym rynsztunku, z gwizdkiem i latarką - wyrósł jak spod ziemi w „Honoratce”. Nachylił się konfidencjonalnie i powiedział ze zrozumieniem: „Słucham tak panów, bardzo przepraszam, ale chciałem powiedzieć, że ja też jeden raz w życiu byłem pederastą”.  

Ale to raczej odosobniony przypadek, „Honoratka” była miejscem szczelnie wypełnionym przez filmowców, aktorów i studentów; intelektualistów. Nie można porównywać jej do żadnej z legendarnych warszawskich knajp, gdzie sacrum mieszało się z profanum; pisarz płakał chłoporobotnikowi w rękaw, a popularny aktor zwierzał się badylarzowi.

Bo w „Honoratce” nie podawano alkoholu i zamykano lokal o 22.00 - co tylko wzmacnia mit kawiarni jako miejsca niezwykłego, ciekawego ze względu na siedzących w gęstym papierosowym dymie ludzi, którzy na oazę intelektualnej swobody wybrali sobie maleńkie, bezalkoholowe pomieszczenie.

Czujne spojrzenie pani Stefanii
Właścicielka jedynej prywatnej inicjatywy gastronomicznej w Łodzi patrzyła na swoich gości czujnie, ale ciepło, życzliwie, choć nieco ich selekcjonując, bo nie wszyscy cieszyli się u niej jednakowym szacunkiem. Podobno posiadała dar bilokacji, czyli umiejętność pozwalającą na przebywanie w tym samym czasie w dwóch różnych miejscach. Taksowała wchodzącego gościa spojrzeniem, parzyła kawę i jednocześnie piekła ciastka na następny dzień. W „Honoratce” podawano bowiem to, co upiekła właścicielka oraz przynieśli niektórzy goście, poczuwający się do obowiązku, by pomóc w aprowizacji miejsca, pomijanego w państwowym rozdzielniku gastronomicznym. Według Marka Grońskiego pieczeniem ciastek dorabiały do emerytur znajome pani Stefanii, dzięki czemu knajpa aż do zamknięcia w 1974 roku skutecznie opierała się upaństwowieniu.

Wnętrze „Honoratki” wypełniało 14 maleńkich, okrągłych stolików, zawsze szczelnie obsadzonych gośćmi. Wedle niektórych nie mogło być ich więcej niż 10, biorąc pod uwagę, że w pomieszczeniu o wielkości 30 m2 musiała zmieścić się jeszcze drewniana lada w kształcie litery „L”, jeden z nielicznych w Łodzi włoskich ekspresów do kawy, gablotka z ciastkami, 3 drewniane wieszaki i zegar z kukułką, który Roman Polański z Wojciechem Frykowskim pożyczyli do jakiejś etiudy filmowej i bardzo długo nie oddawali.

Snobizm na „Honoratkę” był ogromny, idąc ulicą można było zobaczyć za szybą zarówno tych, którzy już byli znani, jak i tych, którzy wielką karierę mieli dopiero przed sobą. Oraz rzeszę beznadziejnie wierzących w swój przyszły sukces. Wielką nobilitacją było załapanie się na fuchę kelnerki w „Honoratce”. Garnęły się do tej roli studentki, ale także modelki, plastyczki, hrabianki, pisarki i jedna z najlepszych scenarzystek telewizyjnych lat 70. i 80. (co miało okazać się później). Pasję tę doskonale rozumie każdy, kto wie, w jakim stopniu kawiarnia kształtowała życie artystyczne całego pokolenia filmowców. To nic, że nie starczyło już miejsca na toaletę i trzeba było ganiać na druga stronę ulicy do „Halki” lub „Łodzianki”. Co z tego, że firanki były żółte, a palta lądowały często w błocie, spadając z piramidy wybudowanej na niewielkich wieszakach. To był high life, świątynia artystów, miejsce, gdzie powstał pomysł na „Do widzenia, do jutra…” Morgensterna, „Nóż w wodzie” Polańskiego, „Walkower” Skolimowskiego i wiele innych filmów, które nie przeszły do historii światowego kina. 

Kosiński myśli o ucieczce
Jerzy Kosiński bywał w „Honoratce” prawie codziennie: zawsze elegancki, przystojny, rozmowny, czarujący. Nie miał w sobie nic demonicznego i złowrogiego, jeszcze nie narodził się w nim mroczny mistyfikator, który zbudował sieć pułapek mających zatrzasnąć się w Nowym Jorku wiele lat później. Reżyser Leopold Rene Nowak, który pracuje właśnie nad filmem o „Honoratce”, był jego przyjacielem. Zapamiętał go jako pogodnego dandysa, cieszącego się wielkim powodzeniem u kobiet, czego Nowak mu z sympatią zazdrościł. Zdaniem innych pod tym wizerunkiem krył się inteligentny, sprytny człowiek, który – z czego zwierzał się nielicznym – nie widział dla siebie miejsca w komunistycznej Polsce i wytrwale opracowywał plan wyjazdu na Zachód.

Opisanie wszystkich gości, którzy w „Honoratce” doświadczyli ciekawych spotkań i wymiany myśli jest niemal niemożliwe („Przepraszam, ale zawszę tracę na wymianie myśli” - powiedział kiedyś w „Honoratce” Antoni Słonimski do anonimowego gościa, który go natrętnie indagował). Pracując nad swoim filmem, którego premiera odbędzie się w przyszłym roku, Leopold Rene Nowak był zmuszony dokonać bardzo ostrej selekcji, zdając sobie sprawę, że przez „Honoratkę” przeszło 99% środowiska filmowego lat 50., 60. i 70.

Roman Wilhelmi kiedyś żalił się przyjaciołom: „''Pan jest pijany, pan jest pijany'' - mówi mi reżyser. A co mi, kurwa, taka uwaga daje do interpretacji roli?”. Hłasko marudził, że Francuzi wygładzili dialogi w scenariuszu do „Pierwszego kroku w chmurach”, a Cybulski zawsze, zaraz po przestąpieniu progu kawiarni, „zacierał”. Miał takie natręctwo, że nie mógł wejść ani wyjść z zamkniętego pomieszczenia, jeśli nie potarł nogą o podłogę, jakby czegoś szukał w stercie śmieci. „Zacieranie” pamięta Jerzy Gruza. Być może miało ono wpływ na wgłębienie w podłodze, które wskutek eksploatacji lokalu powstało na przełomie lat 60. i 70. Kiedy padało, stała w nim woda, a zimą - czarna breja.

Mimo że „Honoratka” proponowała tylko ciastka własnej roboty, kawę, herbatę i sok żurawinowy – jedzono i pito na potęgę. „Zjem dwa ciacha, będę miał obiad” – powiedział kiedyś Polański. – „Ja dużo nie potrzebuję. Ale jak poszedłem do ''Łodzianki'' na zupę, to mi kelner wsadził w nią kciuk. Wezwałem kierownika sali i mówię, że sobie nie życzę. A on mi na to: ''Uwagę to ja im mogę zwrócić, ale to się, prze pana, nie przyjmie'' ”.

„Honoratka” współpracuje z J-23
„Honoratka” była jak paryska „Kultura”. Trwała do śmierci pani Stefanii Brudzińskiej, odchodząc razem z nią w 1974 roku. Nie zdążyła już napoić kawą i intelektualną dyskusją kolejnych pokoleń artystów: Krzysztofa Kieślowskiego, Krzysztofa Krauze, Łukasza Barczyka i wielu innych. Zanim jednak „Honoratka” zniknęła, zamieniając się w ziejącą w murze dziurę, która po ‘89 stała się salką konferencyjną jednego z zagranicznych banków, zagrała w kilku polskich filmach. To w niej Hans Kloss przekazywał polskiemu wywiadowi tajne informacje dotyczące funkcjonowania Abwery, to w lokalu pani Stefanii Nikodem Dyzma krzyczał na swoich współpracowników z Banku Żywności, tam też mieścił się zakład pogrzebowy w filmie Antoniego Bohdziewicza „Kalosze szczęścia”. Dziś to mało przydatna bankowi salka - za mała na to, by urządzać w niej konferencje lub zrobić dział obsługi klienta. O oddaniu jej jednak tym, którzy byliby w stanie podjąć próbę wskrzeszenia chwil sprzed 40 lat, zapewne nie ma mowy. „Być może przed budynkiem ustawimy tablicę pamiątkową” – mówią przedstawiciele banku. – „Ale musimy się jeszcze porozumieć z centralą”.

Autor jest dziennikarzem pisma „Bluszcz - Ilustrowany Miesięcznik Kulturalny”
Marek Łuszczyna
Magazyn Filmowy SFP 2/2011
Ostatnia aktualizacja:  5.01.2014
W życiu ciemnym, w Ścieku pięknym
Pierwszy film po debiucie
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2018
Scroll