PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
SZTUKA DOKUMENTU
  17.05.2013
O haitańskim spojrzeniu na Polskę z Piotrem Rosołowskim, współautorem – z Bartkiem Konopką – "Sztuki znikania", współscenarzystą i autorem zdjęć do "Królika po berlińsku" i "Trójki do wzięcia" rozmawia Katarzyna Skorupska.
 Portal Filmowy: W "Sztuce znikania" pokazujecie najnowszą historię Polski, oglądaną oczami przybysza z zewnątrz. Haitańczyka zaproszonego do Polski przez Jerzego Grotowskiego. Ciągnęło Was, żeby spojrzeć na Polskę z obcej perspektywy?


Piotr Rosolowski, Anna Wydra, "Docu Talents from the East" na Festiwalu Filmowym w Karlowych Warach, fot. www.kviff.com

Piotr Rosołowski: 3,5 roku temu nie przyszłoby mi do głowy, że zrobimy film o PRL-u. Tych filmów było dużo i mieliśmy poczucie, że wiele już o nim powiedziano, dzieląc włos na czworo, doszukując się tego, kto za kim stał, etc. Haitańczyk Amon dawał okazję do ucieczki od takiego dociekania. Wydawał się świetnym kluczem do tego świata, bo jego spojrzenie na Polskę było jedyne w swoim rodzaju. Przypadkiem trafił mi w ręce tekst Riccarda Orizia, który napisał reportaż o Haiti. Dziwnym trafem znalazł się w wiosce Cazale, gdzie 200 lat temu osiedlili się polscy legioniści, i chciał się czegoś dowiedzieć o ich potomkach. Okazało się, że Polska jest tam legendą, a jedyną osobą, do której go skierowano był Cazalczyk, Amon Fremon, który opowiedział włoskiemu dziennikarzowi, co zobaczył i zrozumiał w Polsce w 1980 roku. To było fenomenalne. Poszliśmy za tym dziwnym, nieznanym spojrzeniem. Na początku wydało mi się to ciekawym kluczem, choć jeszcze nie do końca wiedziałem, do czego. Zaczęliśmy zagłębiać się w postać Amona, pojechaliśmy na Haiti, zaczęliśmy poznawać kulturę wudu. Film powstawał krok po kroku: staraliśmy się złożyć ze sobą różne elementy tej układanki.

To nie było tak – żaden z naszych filmów nie powstał w ten sposób – że mieliśmy pomysł, żeby opowiedzieć o duchowości naszego narodu w przewrotny sposób. Zafascynowaliśmy się najpierw drobną historią i zaczęliśmy odkrywać różne paralele, które okazały się paradoksalnie bliskie: ile jest podobieństw między naszymi kulturami: na Haiti, gdzieś na Antylach, wierzą w świat duchów, że zmarli obcują z nami. Ile z tego ciągle jest w nas! To wszystko odkryliśmy dzięki Amonowi, po którego śladach wchodziliśmy w ten świat coraz głębiej.

PF: Ale podeszliście do tego na serio?

PR: W poważnych tematach szukamy tego, co ironiczne, żeby powagę przełamywać. Taka mieszanka ma olbrzymi potencjał, chcieliśmy pożonglować trochę atmosferą, żeby rozładować napięcie, a Amon wydał nam się idealną do tego postacią. Nasza duchowość, romantyczna spuścizn, wywołuje w nas skrajne uczucia. Z jednej strony jest w tym coś wyjątkowego i pięknego, a z drugiej wydaje nam się to groteskowe, a z trzeciej strony przerażające, bo może się zamienić w amok, coś bliskiego obłędu. Chcieliśmy różne rzeczy ze sobą połączyć. Wzorem tutaj, trochę, były filmy Munka, który potrafił o ważnych rzeczach mówić z ironią, co rozładowało patos.

Jak się mówi o naszych zrywach, to one zawsze są z husarią, ze sztandarami. Tutaj pojawiła się okazja, żeby to przełamać, jednocześnie się tym fascynując. Czy ten film jest jakimś egzorcyzmem nad nami samymi? Tak daleko bym się nie posunął.


Kadr z filmu "Sztuka znikania", reż. Bartek Konopka i Piotr Rosołowski, fot. materiały prasowe

PF: Nieraz zahaczacie o absurd. To trochę przypomina działania artystów po I wojnie światowej. Rozsypał się świat i pojawiają się dadaizmy, futuryzmy. Jest trochę taki klimat w tym filmie.

PR: Pewne wielkie idee się zdewaluowały, nie ma takiego rozwiązania, które potrafiłoby zelektryzować masy ludzi. Takiego pomysłu, że świat będzie lepszy już nie ma. Większość z nas jest zajęta pielęgnowaniem własnego ogródka, bujaniem własnego hamaka, rozpalaniem własnego grilla. Pustka na polu idei powoduje, że ciągle się pojawia ironia i podważanie, a nie szukanie światełka w tunelu. To jest ten punkt wspólny z latami 20. zeszłego wieku. Wtedy jednak, gdy świat się zawalił, to była jednak większa radość w otwieraniu nowych drzwi. Teraz żyjemy w kulturze, która z elementów z przeszłości skleja, dorabia, opakowuje w coś innego.

PF: Chodziło Wam o odcięcie się od spuścizny romantycznej czy od jej stylistyki?

PR: Od naszego romantyzmu nie jesteśmy w stanie uciec, nie ma nawet sensu od tego uciekać. To jest nasze, wyjątkowe, powinno zostać i zostanie. Jest tylko kwestia, jak się z tym obchodzić, co z tym robić.

PF: W obrazie obok materiałów archiwalnych pojawiają się fragmenty niezwykle ważnych dla kultury tytułów. Jaki był pomysł, żeby to wszystko uwspólnić?

PR: Musimy wrócić do postaci Amona. W pewnym momencie okazało się, że mamy film bez bohatera, bo z wyjątkiem paru zdjęć, nie ma archiwum. Z punktu widzenia klasycznie dokumentalnego, nie mieliśmy materiału na film. Zaczynaliśmy od tego, że zrobiliśmy wywiady w Polsce z aktorami Teatru Źródeł Grotowskiego, z dziennikarzem Riccardem Oriziem, ale w pewnym momencie wymyśliliśmy, że spróbujemy wejść w głowę Amona i spróbujemy pokazać Polskę tak, jakby on ją zobaczył. Wtedy wywiady zminimalizowaliśmy i z archiwaliów i filmów fabularnych z tamtego okresu zrobiliśmy patchwork, który miał być "strumieniem świadomości" Amona. Wśród zdjęć są też nasze dokrętki, które na etapie postprodukcji pomagały montować materiał, który pochodził z najprzeróżniejszych nośników. Olbrzymie luki w historii Amona nas nie przestraszyły. Postanowiliśmy je zapełniać, domyślając się, co mogłoby się wydarzyć.

Jest taka znana historia, jak Leszek Kolankiewicz oprowadzał Amona Fremona po Warszawie. Kiedy trafili pod pomnik Mickiewicza, nie wiedział, jak wyjaśnić temu człowiekowi z Cazale, kim jest nasz wieszcz. Powiedział mu w końcu, że to nasz największy kapłan wudu i to do Amona przemówiło. Na bazie tej historii zaczęliśmy tworzyć całą scenę z pomnikami: co Amon ze strzępów obrazów Warszawy jeszcze przed wybuchem stanu wojennego mógł sobie w głowie poukładać. Film powstawał takimi kroczkami: tam gdzie były jakieś luki, tam coś dokręciliśmy. Montaż trwał ponad półtora roku.


Kadr z filmu "Sztuka znikania", reż. Bartek Konopka i Piotr Rosołowski, fot. materiały prasowe

PF: Kim zatem jest Amon?

PR: Stał się naszym przewodnikiem po historii. Jest duchem, którego obecność czuliśmy przez cały czas. Daliśmy się mu uwieść.

PF: On jest duchem w podwójnym sensie. Kiedy trafia na cmentarz...

PR: To przełomowy moment. Wtedy zostawiamy PRL, który znamy. Na cmentarzu Amon sięga do mocy wudu i nawiązuje kontakt ze światem pozaziemskim. Nie rozumiał, o co w tym kraju chodziło, nawet na Haiti niemal nie opuszczał swojej wsi, raz tylko był w Port-au-Prince. Za to świat duchów czytał jak z otwartej księgi. Umieściliśmy też w filmie obrazy rozruchów na Haiti jako potencjalny element jego biografii i zderzyliśmy je z archiwaliami ze stanu wojennego. Byliśmy zafascynowani siłą tych zderzeń. Stan wojenny stawał się nie tylko naszym uciemiężeniem, należał do globalnych sił ciemności, które w różnych miejscach pojawiają się, zachowując łączność. Tamten okres zyskał dla nas nowy kontekst.

Na Haiti zafascynowała mnie ciągle tam obecna duchowość, zmarli pośród żywych. Mimo ogromu nieszczęść, jakie dotknęły ten kraj przez ostatnie 100 lat okazało się, że ich kultura jest niezniszczalna przez to, że jest niematerialna. Dzięki temu i nasza kultura przetrwała tak długo, że jej warstwa duchowa, legendarna ciągle trwała. Wejście w haitański świat sprawiło, że odkrywaliśmy na nowo naszą kulturę i fascynowaliśmy się szukaniem punktów wspólnych. Leszek Kolankiewicz napisał książkę, w której porównywał obrzęd dziadów do obrzędów szamańskich na całym świecie, od starożytnej Grecji począwszy.

PF: W filmie jest wiele płaszczyzn wzajemnie się anulujących, dźwięk przeczy obrazom, zmienia ich sensy, komentarz bywa bardzo ironiczny.

PR: Nasz stosunek do polskiej przeszłości jest niejednoznaczny. Nie mogę powiedzieć, że jestem dumny z tej naszej wielkiej, chlubnej przeszłości, że jesteśmy Polakami. Gdy widzę 3 maja flagi biało-czerwone, to czasem mnie to bawi, a czasem fascynuje. Te uczucia są pomieszane i skrajne i to widoczne jest w filmie: czasem te emocje obraca w żart, a czasem im ulega. Rosjanie i Szwajcarzy są dumni z swoich krajów. Rosjanie tak lubią mówić o tym, że to oni pokonali faszyzm. A Szwajcarzy widzą swój kraj jako wzór sukcesu, w którym górale mówiący między sobą trzema różnymi językami stworzyli najlepiej gospodarujący kraj na świecie. Nawet wycieraczki mają z flagą szwajcarską. Nie mogę sobie tego wyobrazić w Polsce.


Kadr z filmu "Sztuka znikania", reż. Bartek Konopka i Piotr Rosołowski, fot. materiały prasowe

PF: A dlaczego?


PR: Bo w wielu z nas jest takie poczucie, że reprezentujemy grupę nieudaczników, nację ludzi, którym się wiele rzeczy nie udało, którzy mieli wielkie plany, ale z nich nic nie zostało i to jest trochę wstydliwe. Jakoś się trzeba do tego ustosunkować. Ironia wciąż powraca, bo jest sposobem, żeby z tym żyć. W Berlinie jest "Klub polskich nieudaczników", który zrobił furorę. Dla Niemców to jest fascynujące, że Polacy zrobili z tego swój brand i że w kulturze, w której sukces jest wszystkim, w której wszyscy po amerykańsku świetnie się czują i mają wielkie plany, pojawia się ktoś, kto nie ma planów i nie wie, co chce robić. Nie potrafilibyśmy chyba zrobić filmu dokumentalnego bez ironii, bez humoru. Z naszym bagażem doświadczeń łatwiej iść, żartując z samego siebie.

PF: Na plakacie waszego filmu jest orzeł i dwa koguty ofiarne. To dość obrazoburcze.

PR: Ten film mógłby być bardziej obrazoburczy, ale nie jesteśmy aż takimi radykałami. Natomiast nie sądzę, żeby udało się zrobić ten film w normalnym systemie produkcyjnym i przekonać do niego wszystkie instytucje. Gdyby nie dziwny splot wydarzeń, że Paweł Potoroczyn chciał w ramach cyklu "Przewodnik do Polaków" film o seksie w PRL-u, a myśmy ten seks porzucili zupełnie, na rzecz – jak Tadeusz Sobolewski powiedział – sacrum, to byłoby trudne.

PF: Innym wielkim tematem filmu jest wolność? Czy my się wyzwoliliśmy?

PR: Nie, i to wykracza poza podziały geopolityczne. Polska w znacznej mierze żyje przeszłością zamiast przyszłością, co jest w naszej części świata wyjątkowe. Na przykład współczesna kultura niemiecka raczej nie chce się swoją przeszłością zajmować, twierdząc, że i tak wystarczająco dużo zostało już na ten temat powiedziane. Patriotyzm czy rozgrzebywanie historii jest w Niemczech passé. Z drugiej strony: kultury, które sięgają wstecz, są mniej pragmatyczne, ale fascynują. Pamiętam, że Port-au-Prince dwa lata po trzęsieniu ziemi właściwie nie istniało. Drogi były przejezdne i jedyne, co funkcjonowało, to świątynie wudu i kościoły. Nie funkcjonowała policja ani inne instytucje państwa. Tylko świątynie żyły. To, siłą rzeczy, porównuje się do Polski. Kultura zachodnioeuropejska może się z tego śmiać, ale wystarczy, że wyłączą u nich prąd na parę godzin i powstaje niebywały chaos, a na Haiti po trzęsieniu ziemi kultura trwa i żyje w najlepsze.

PF: Powinniśmy się wstydzić, że jesteśmy tacy nienowocześni?


PR: Mnie się wydaje, że to jest część naszej kultury, fenomen naszego kraju, który jest duży i ma bardzo różne twarze. Wciąż mamy te prądy myślowe bazujące bardziej na emocjach niż na racjonalnym rozumieniu pewnych faktów. To jest część naszej kultury, nie można się na to obrazić. Ktoś powiedział, że jeśli ktoś nie rozumie fenomenu nowej religii smoleńskiej, tak naprawę nie rozumie w ogóle Polski i Polaków.


Katarzyna Skorupska
www.portalfilmowy.pl
Ostatnia aktualizacja:  17.03.2014
Zobacz również
Pozwoliłem, aby ten świat do mnie przyszedł
Polska Kronika Filmowa - rozpoczynamy cykl artykułów
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll