Sposób traktowania śmierci w Meksyku wzbudza u Europejczyków zdziwienie, a czasem nawet odrazę, choć z drugiej strony dostrzec w nim można połącznie tradycji prekolumbijskiej z chrześcijańską.
Meksykański cmentarz w Dniu Zmarłych. Fot Instytut Cervantesa
Splotły się one w niepokojący wzór czaszki z cukru, ołtarzyków z ofiarami dla zmarłych i innych makabrycznych osobliwości. Z drugiej jednak strony, mimo radosnej oprawy, obchodom meksykańskiego Święta Zmarłych towarzyszy metafizyczna refleksja o silnych związkach świata zmarłych ze światem żywych. Refleksja inspirująca filmowców, by wspomnieć niepokojącą fiestę z finału „Que viva Mexico!” Siergieja Eisensteina. Wielki filmowiec zdawał się fascynować meksykańskim rytuałem, choć nie do końca go rozumiał: miast skupić się na przeżywaniu refleksji o przemijaniu, stworzył na poły satyryczny obraz radosnego chaosu pod okiem tłustych kapłanów.
Inaczej było na planie "Pod wulkanem" (1984) Johna Hustona według powieści Malcolma Lowry’ego, gdzie dla snującego się po mieście bohatera płynące z cmentarza odgłosy fiesty stają się impulsem do skupienia się nad swym marnotrawionym życiem – chwilą jednak zbyt późną już, by zerwać z alkoholowym nałogiem.
Kadr z filmu "Que viva Mexico!". Fot. materiały prasowe
Echo radosnego przeżywania Święta Zmarłych powraca w tradycji europejskiej. W Tyrolu wystawia się ciastka na próg domu, we Włoszech podekscytowane dzieci czekają na prezenty od zmarłych, w Bretanii groby skrapiane są mlekiem, a resztki po wieczornym posiłku zostają na stole dla duchów zmarłych.
Jeszcze w czasach przedchrześcijańskich druidzi, celtyccy kapłani, urządzali święto w wigilię dnia zmarłych. Jego tradycja przetrwała w kulturze chrześcijańskiej jako Halloween – co w języku staroangielskim oznaczało właśnie wigilię Wszystkich Świętych. Dzieci i młodzież przebierają się w barwne kostiumy, wychodzą na ulice, krążą od domu do domu, domagając się słodyczy, skaczą przez świeczki, próbują wyłowić zębami pływające w miednicy jabłka. Wszystkie te zabawy mają wspólny podtekst chodzi o oswojenie się ze śmiercią. Ta sama myśl przyświecała amerykańskim purytanom. Jednak obserwując radosny karnawał, przetaczający się przez ulice północnoamerykańskich miast, trudno w nim dostrzec refleksję i skupienie – raczej igranie z ogniem, zamkniętym w dyniowych lampionach, i szukanie dreszczyku. Nic więc dziwnego, że wokół Halloweenu narodził się cały przemysł, inspirujący także filmowców.
Kadr z filmu "Halloween". Fot. materiały prasowe
Powszechnie wiadomo, że kiedy akcja filmu rozgrywa się w Halloween, będzie krwawo i strasznie, a prześmiewcze "Miasteczko Halloween" (1993) Henry’ego Sellicka według pomysłu Tima Burtona jest tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę. Dla prawdziwego kinomana nie ma święta Halloween bez dobrego horroru, najlepiej klasy B, zrealizowanego według przewidywalnych reguł. Ich nazwa – slasher ( od angielskiego „ciąć”) – wyjaśnia wszystko: ma być krwawo i strasznie, ale na końcu musi być happy end. Zupełnie jak w filmie "Halloween" (1978) Johna Carpentera – taniej produkcji o psychopacie, atakującym młodzież w wigilię Wszystkich Świętych. Film kosztował około 300 tysięcy dolarów, lecz w samych tylko Stanach i Kanadzie zarobił w kinach 60 mln, rozpoczynając tym samym serię podobnych produkcji i trwającą do dziś modę na tzw. młodzieżowy horror.

