PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
NIEPODLEGŁOŚĆ
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
Niepodległość
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BLOGI
Andrzej Haliński
  5.08.2016
Chciałbym nieskromnie wyznać, że czuję się ojcem chrzestnym pomysłu, aby to właśnie Roman Wilhelmi zagrał rolę Nikodema Dyzmy. Sukces, jakim niewątpliwie była ta rola, ma zawsze wielu ojców, ale doskonale pamiętam przebieg wydarzeń.
Jednym z moich ulubionych seriali, przy których pracowałem była "Kariera Nikodema Dyzmy" w reżyserii Jana Rybkowskiego i Marka Nowickiego, który jednocześnie był także operatorem filmu. Wspaniała atmosfera od początku aż uskrzydlała do pracy. Chciałbym nieskromnie wyznać, że czuję się ojcem chrzestnym pomysłu, aby to właśnie Roman Wilhelmi zagrał rolę Nikodema Dyzmy. Sukces, jakim niewątpliwie była ta rola, ma zawsze wielu ojców, ale doskonale pamiętam przebieg wydarzeń.

Reżyser Jan Rybkowski leżał w szpitalu, i to w nie najlepszym stanie, a tymczasem termin zdjęć zbliżał się nieuchronnie. Janek Szymański zadzwonił do mnie, że wypada odwiedzić pana Jana, tym bardziej że ten chciał podzielić się z nim czymś naprawdę rewelacyjnym. Pojechaliśmy do rządowej lecznicy na ulicy Emilii Plater. Na początku wizyty chętniej pokazywał nam próbki jakiegoś żółtego i mętnego płynu z nerek, który wyciągnął spod łóżka w szklance do herbaty, niż rozmawiał o filmie. Przyciśnięty jednakże przez Janka, mrugnął kilka razy (miał taki śmieszny tik) i rozglądając się konspiracyjnie po sali, wyszeptał:
    – Mam Dyzmę! Będzie rewelacyjny! Widziałem go w jednym filmie, ale nie pamiętam, jak się nazywa. Trochę za młody, ale jaka zdolna bestia!
     Spojrzeliśmy bezradnie po sobie, a ja się wyrwałem:
    – Ale w jakim filmie, panie Janie?
    – Cholera wie, nie pamiętam tytułu. Taki o kelnerach! On grał główną rolę. Janek, jak tylko mnie wypuszczą, zaraz do niego dzwonimy.

Spojrzeliśmy po sobie bezradnie. Nie przesłyszeliśmy się. Pan Jan Rybkowski mówił o Marku Kondracie w "Zaklętych rewirach"Janusza Majewskiego. To rzeczywiście była wspaniała kreacja.

Pracowałem z Markiem w wielu filmach i mam dla jego aktorstwa ogromny szacunek, ale wtedy pomysł pana Rybkowskiego, żeby młodzieniec o twarzy cherubinka, zagrał chamowatego karierowicza z przypadku był tak absurdalny, że aż trudno było znaleźć jakieś racjonalne kontrargumenty.

Pierwszy raz usłyszałem o Marku od jego własnego ojca, wybitnego aktora, pana Tadeusza Kondrata, w czasie realizacji "Sanatorium pod Klepsydrą". Kiedyś jechaliśmy razem taksówką do Warszawy i wtedy to w trakcie rozmowy, powiedział:
    – Zobaczysz, młody człowieku, jak mój syn zacznie grać! To dopiero jest talent!

Serce ojca i zawodowe oko, nie pomyliły się ani na jotę. Marek zrobił fantastyczną karierę.

Były więc bardzo różne kandydatury do roli Nikodema Dyzmy. Janek Szymański optował za Leonem Pietraszakiem, a pierwszym kandydatem Marka Nowickiego był Krzysztof Majchrzak. Albo odwrotnie, już nie pamiętam dokładnie. Po raz pierwszy w życiu byłem dopuszczony do takich rozważań, a to przypuszczam, tylko dlatego, że z powodu choroby reżysera zapanowała daleko posunięta demokracja. Długo trwały te korowody, aż w końcu moja kandydatura Romana Wilhelmiego zwyciężyła.

Ten ostatni bardzo poważnie podszedł do tego zadania aktorskiego, słusznie czując, że może to być najważniejsza rola w życiu.

Zdjęcia zaczęliśmy od sceny bankietu. Głodujący, bezrobotny Dyzma trafia na raut sfer rządowych. Scena z wytrąconym z jego rąk talerzykiem z wymarzoną sałatką jarzynową jest jedną z kluczowych dla filmu.

Zainscenizowaliśmy ten raut w Łodzi, willi należącej do ZHP. Wszystko zostało starannie przygotowane, a współpracująca ze mną wtedy po raz pierwszy dekoratorka wnętrz, Ewa Braun, z wielkim pietyzmem zastawiła stoły zamówionymi w restauracji Grand Hotelu wspaniałymi rybami, pieczonym drobiem i pięknie udekorowanymi półmiskami z innymi potrawami. Niestety, przez przypadkowe przeciwności losu zdjęcia nie mogły się rozpocząć przez dwa kolejne dni. Ażeby cały ten wspaniały stół zachował świeżość, produkcja sprowadziła ciężarówkę chłodnię. Kiedy trzeciego dnia wszystko wskazywało na to, że zdjęcia mogą ruszyć, rekwizytorzy zaczęli wnosić te wspaniałości z przymusowej przechowalni. Wszystko wyglądało wspaniale, zwłaszcza skrzące się od szronu ryby, a także zamarznięta na kość sałatka z kawałkami lodu zmieszanymi z majonezem. Oczom naszym ukazały się też szeregi butelek rozsadzonych przez lód.

Na nic się zdały próby przyśpieszonego ogrzania przynajmniej części smakołyków. Zdesperowany rekwizytor wyciął przy pomocy tasaka kawałek zmarzniętej na kość sałatki, pokruszył i z powrotem ułożył w salaterce, pieczołowicie ugniatając palcami. Miejsce to zostało zaznaczone kawałkiem marchewki, aby Dyzma trafił we właściwy kawałek. Roman stanął na wysokości zadania, nabrał elegancko srebrną łyżką spreparowaną część i bohatersko zjadł z apetytem. Szkoda, że nie zachowano choćby części prawdziwego dźwięku – widzowie mieliby szansę usłyszeć trzeszczenie lodu w zębach, co w zestawieniu z błogim wyrazem twarzy aktora dawało niebywale zabawny efekt.

Warto chyba wspomnieć, że wszystkie sceny przedwojennej Warszawy powstały w Łodzi i Pabianicach. Z radością powróciliśmy też do znanego nam już z "Lalki" pałacyku w Zaborowie. To sympatyczne miejsce przeznaczone zostało na wiejską rezydencję hochsztaplera Kunickiego (Bronisław Pawlik), jego żony (Grażyna Barszczewska) i jej pasierbicy (Izabela Trojanowska).

Tam też niezapomnianym epizodem popisał się Wojciech Pokora, grający ubezwłasnowolnionego brata pani Kunickiej. Z ratlerkiem pod pachą grał tak koncertowo, że trzeba było kilka razy zatrzymywać zdjęcia, ponieważ ciągle ktoś z ekipy albo aktorów parskał głośnym śmiechem.

W jednym przypadku skorzystaliśmy z pracy kolegów. Należało tę naszą łódzką Warszawę uwiarygodnić, pokazując na ekranie jakieś charakterystyczne elementy przedwojennej architektury stolicy. Najlepiej oczywiście nieistniejące, czyli nieodbudowane po wojnie. I tu ślepy traf przyszedł nam z pomocą. Na terenach Parku Zdrowia w Łodzi została zbudowana nakładem ogromnych kosztów dekoracja Pałacu Saskiego wraz z pomnikiem księcia Poniatowskiego, i to w autentycznej skali. Wszystko to bardzo starannie wykonano do filmu "Sekret Enigmy" w reżyserii Romana Wionczka. Nie wiem, dlaczego tak się stało, ale wiadomym było powszechnie, że obiekt ten pojawił się w filmie raz: w tle spaceru dwóch aktorów wzdłuż pałacowego ogrodzenia. Ta ogromna budowla stała więc niewykorzystana, a wytwórnia nie miała tzw. mocy przerobowych, aby ją rozebrać. Powiedziałem o tym Jankowi, który szalenie się zapalił do tego pomysłu. Zaproponowaliśmy to jako tło reżyserowi nocnego przejazdu samochodem pijanych dostojników z Nikodemem Dyzmą na czele. Szymański wziął na siebie pertraktacje z produkcją filmu, a ja wykonałem kurtuazyjny telefon do scenografa tamtego filmu. Nie tylko nie miał nic przeciwko temu, ale wręcz był bardzo zadowolony, że jego wysiłek nie pójdzie całkowicie na marne. To jedno z najbardziej przykrych uczuć, jakie towarzyszą pracy scenografa, kiedy przez niedbalstwo lub nagłą zmianę koncepcji marnuje się pracę wielu ludzi, włożoną w przygotowanie dekoracji.

W dniu, w którym rozpoczęliśmy zdjęcia w Zaborowie, zaraz po wejściu do pałacu, zauważyłem, że Roman Wilhelmi rozgląda się po holu i salonie z niezwykłym skupieniem. Dostrzegł mnie, podszedł jak gdyby nigdy nic, złapał za sweter i pociągnął na taras.
– Andrzej! Byliśmy już tu kiedyś?
– No jasne! Dwa lata temu.
– Jaki film?
"Lalka".
– W porządku. Pamiętam. Długo?
– Ponad tydzień.
– A gdzie ja mieszkałem?
– W pawilonach w parku. Na własne życzenie. Upierałeś się, żeby nie spać w pałacu z większością ekipy.
– Pewnie miałem jakiś ważny powód... Tu w piwnicach był taki nocny bar, prawda?
– Dalej jest. Nic się nie zmieniło.

Roześmialiśmy się obaj. Tyle wspólnych wspomnień. Stojący obok mnie, skupiony i superprofesjonalny Roman Wilhelmi w niczym nie przypominał króla życia z poprzedniego serialu. Wtedy dostarczył produkcji sporo zmartwień swoim niefrasobliwym i rozrywkowym trybem życia. Właściwie cały czas jeden z asystentów reżysera siedział w pobliżu, pełniąc rolę suflera. Nie pamiętam ani jednej sceny, w której miałby „wyuczoną” rolę.

Jego metamorfoza zdumiała wszystkich, którzy go znali. Teraz grał bezbłędnie. Tekst miał „wykuty na blachę”, a do tego przygotowane warianty interpretacji.

W połowie pobytu w Zaborowie wyjechał do Bułgarii na kilka dni zdjęć do filmu "Zapach psiej sierści" Jana Batorego. Pojechałem na chwilę do Warszawy, a kiedy wróciłem, wynikły drobne komplikacje hotelowe – poproszono mnie, żebym przez pewien czas pomieszkał w pokoju Romana. Oczywiście nie miałem nic przeciwko temu. Wieczorem, kładąc się spać, zobaczyłem na półce przenośne radio. Chciałem posłuchać przez chwilę muzyki. Włączyłem i poczułem się bardzo zażenowany. Niechcący uruchomiłem odtwarzanie kasety magnetofonowej, a na niej... do znudzenia powtarzane kwestie dialogowe. Nie zdradziłem, aż do tej pory, jego tajemnicy, a zresztą nikt by mi nie uwierzył.

Wrócił czarny jak Murzyn po kilku dniach zdjęć na plaży Morza Czarnego. Charakteryzatorkom opadły ręce. Duża scena z Grażyną Barszczewską była w połowie nakręcona, a kontynuowanie jej teraz dałoby w najlepszym razie parodię „Otella”. Grażyna ma bardzo bladą cerę, dawniej pięknie nazywaną alabastrową, tak że mimo pokrycia rąk i twarzy grubą warstwą podkładu rozjaśniającego cerę, Roman dalej przypominał zazdrosnego Maura szykującego się do uduszenia Desdemony…

Andrzej Haliński / AK
Magazyn Filmowy Nr 3/2016
Zobacz również
fot. Filmoteka Narodowa
Świetne otwarcie "Legionu samobójców"
"Epoka lodowcowa" nastała w kinach
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll