PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BLOGI
Andrzej Haliński
  7.01.2016
Już pierwszy dzień zdjęciowy w Zubrzycy Górnej mógł się zakończyć totalną katastrofą. Wieczorem, dnia poprzedniego, podziwialiśmy piękną, złotą jesień, a rano obudziliśmy się wszyscy w śniegu po kolana.
Nareszcie wystartowaliśmy! W Galerii Porczyńskich na Placu Bankowym odbyła się uroczysta konferencja prasowa. Wielu znanych aktorów, reżyserów i operatorów życzyło nam powodzenia, a kilka dni później jeszcze więcej ludzi z branży na wspomnienie tytułu naszego filmu, pukało się znacząco w czoło. Nasi producenci, Jerzy Hoffman i Jerzy Michaluk, z dużym hartem ducha znosili tę powszechną „życzliwość”, cóż więc nam pozostawało innego, niż uwierzyć w końcowy sukces? 

Z kierownikiem produkcji, Pawłem Bareńskim, odpowiedzialnym za sprawy inscenizacji i obiektów zdjęciowych, zaczęliśmy przemierzać kraj wzdłuż i wszerz, aby zaprezentować Jerzemu Hoffmanowi pierwsze propozycje plenerów oraz miejsc pod budowę dekoracji. Po żmudnej i mało owocnej dokumentacji, poprosiłem, żebyśmy zwołali „spotkanie na  szczycie”.

– Słuchajcie, możemy tak krążyć miesiącami. Wygląda na to, że Zbaraż trzeba po prostu zbudować jako dekorację w dogodnym dla nas miejscu.

W grę wchodziły dwa wielkie poligony wojskowe: Drawsko Pomorskie oraz Biedrusko pod Poznaniem. Ten drugi wydawał mi się właściwszy ze względu na pofałdowane ukształtowanie terenu i wielką różnorodność obszarów leśnych. Znaleźliśmy tam nie tylko doskonały teren pod budowę twierdzy, ale i wspaniałe miejsce na bitwę pod Żółtymi Wodami, szerokie stepy i przeróżne pasaże. Zgromadzenie w jednym, dobrze strzeżonym miejscu tak wielu różnych obiektów zdjęciowych miało ogromny plus i znacznie ułatwiło późniejsze zdjęcia. Tym bardziej, że zarówno dowództwo poligonu, jak i szkoły oficerskiej w Poznaniu zadeklarowało pełną pomoc w naszym przedsięwzięciu.

Jerzy Hoffman i operator Grzegorz Kędzierski zaakceptowali nasze propozycje, tak więc ruszyliśmy z budową.

Brygada górali, pod wodzą świetnego Andrzeja Rychtarczyka stanęła na szczycie wzgórza. Zadziorne chłopy patrzyły na mnie wyczekująco. Pora wbić kołki wytyczające ponadstumetrowe mury przyszłej twierdzy. Całe życie hołdowałem w filmie dewizie, że lepsza jest decyzja zła niż żadna, a więc nie było na co czekać. Udając, że nie czuję ciążącej na mnie odpowiedzialności, stanąłem na środku przyszłej bramy i rozpostarłem ramiona.

– No, chłopaki! Od tego miejsca w prawo i lewo po pięćdziesiąt metrów.

Kołki zostały wbite, a brygada wręczyła mi na pamiątkę wielki gwóźdź przystrojony trawami i kwiatami polnymi. Mam go nadal w pracowni, już mocno zardzewiały.

Przy „wytyczaniu” Rozłogów – dworu z zabudowaniami gospodarczymi i palisadą obronną – brodziliśmy z Anią Bohdziewicz po wielkiej polanie na terenie skansenu w Sierpcu, pośród traw sięgających po szyję. Nie sposób było skorygować ewentualne błędy rysunkowe i dostosować je do terenu. Uratowało nas wieloletnie doświadczenie – dwór stanął dokładnie tak, jak sobie wyobrażaliśmy.

Równo sto dni trwały zdjęcia do "Ogniem i mieczem", co zresztą opisał młody asystent reżysera, Krzysztof Łukaszewicz, w książce „100 dni Hoffmana”. Jego pojawienie się w ekipie było prawdziwą niespodzianką, a ja obserwowałem go z żywym zainteresowaniem przez cały okres zdjęciowy. Może dlatego, że był w wieku mojego syna, ale też zaimponowała mi jego determinacja. Na długo przed rozpoczęciem zdjęć przed Hoffmanem stanął wysoki młody mężczyzna i powiedział nieśmiało, że zna Trylogię na pamięć, a historia jest jego żywiołem. Jest studentem, ale jego prawdziwym marzeniem jest chociażby sprzątać na planie filmowym. Stawia do dyspozycji nie tylko siebie, ale i swojego terenowego nissana. Czy można takiemu człowiekowi odmówić? „Młody”, bo taką zyskał ksywę, szybko zadomowił się w ekipie. Stał się prawą ręką naszego kierownika zdjęć Józka Jarosza. Pod jego czujnym okiem przechodził prawdziwą szkołę filmową, a ja obserwowałem to z rosnącym niepokojem i miałem coraz większe wątpliwości, czy jeszcze kiedyś wróci na studia prawnicze. Oczywiście musiał, jak każdy, przejść chrzest bojowy. Józek Jarosz, wezwał go wczesnym świtem.

– Młody! Leć po jazdę!
Zawsze chętny do pomocy Krzysztof pognał co sił do obozowiska koniarzy, pozbierał w błyskawicznym tempie spory oddział husarii i na jego czele pojawił się na planie. Józek aż poczerwieniał z nieudawanej złości.
– Po kiego mi tu te konie, jeżeli jazda i kamera nie są gotowe?
– Jak to jazda niegotowa, przecież ich przyprowadziłem?!
– Jazdę pod kamerę miałeś ściągnąć, a nie husarię!

Starzy wyjadacze tarzali się ze śmiechu, ale prawdę powiedziawszy, skąd Krzysztof miał wiedzieć, że w żargonie filmowym jazdą nazywa się zestaw szyn pod kamerę? Trzeba jednak przyznać, że uczył się szybko i chętnie.

Przez sto dni przemierzyliśmy właściwie całą Polskę. Kręciliśmy Rozłogi i wsie ukraińskie w odpowiednio zaadaptowanym Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu, w Biskupinie sceny na Siczy Zaporoskiej i fragmenty stanicy w Czehryniu, którego resztę „dorobiliśmy” w górskim skansenie w Zubrzycy Górnej. Powędrowaliśmy do Lublina, aby skręcić kaplicę Świętej Trójcy (przysięga księcia Wiśniowieckiego), komnaty książęce (czyli Łubnie) filmowaliśmy w Warszawie w Zamku Królewskim i w forcie Sanguszki. Pojechaliśmy do Krakowa i Pieskowej Skały – tamtejszy zamek był naszym Toporowem, czyli kwaterą króla Jana Kazimierza, tam też rozegrały się finałowe sceny filmu. Zalew na rzece Ropie pod Gorlicami był naszym Dniestrem, brama Pieczarskiej Ławry w Kijowie to Pierejesław, którego wnętrze klasztorne powstało z kolei w Warszawie. Na koniec nasza ekipa rozłożyła się pod murami Zbaraża w Biedrusku pod Poznaniem.  

Już pierwszy dzień zdjęciowy w Zubrzycy Górnej mógł się zakończyć totalną katastrofą. Wieczorem, dnia poprzedniego, podziwialiśmy piękną, złotą jesień, a rano obudziliśmy się wszyscy w śniegu po kolana. Staliśmy na zasypanym śniegiem dziedzińcu naszego Czehrynia z dość zasadniczym pytaniem: co robić? Odwołać zdjęcia czy zmienić scenę na zimową? Drugą część tych zdjęć mieliśmy kręcić dopiero wiosną. Wszyscy czekaliśmy na decyzję Jerzego Hoffmana. Ktoś z ekipy bąknął pod nosem:
– Wiadomo, że nie zaczyna się zdjęć trzynastego, i do tego w poniedziałek.

Rzeczywiście istnieje stary, ale nadal cieszący się wielkim respektem przesąd, że rozpoczęcia zdjęć nie planuje się na poniedziałek ani na trzynastego. Hoffman brodził w tym kopnym śniegu przez dłuższą chwilę i w końcu zadecydował:
– A ja zawsze zaczynałem filmy trzynastego i wszystko było w porządku. Do roboty! Kręcimy! Patrzcie, jak to wszystko pięknie wygląda w śniegu. Najwyżej się potem, przed bramą da piany strażackiej i będzie dobrze, a tak mamy przypadkowo jeszcze jedną porę roku w filmie.

Matka natura wynagrodziła męstwo, albowiem dzięki temu nagłemu ochłodzeniu, obdarowała nas przepiękną scenerią wróżb Horpyny przy młyńskim kole. Bohun znalazł się nieoczekiwanie w otoczeniu nieprawdopodobnie długich sopli lodowych i cała scena aż skrzyła się w odbitych promieniach słońca. Te sople wyglądają tak nieprawdopodobnie, że po premierze filmu byłem wielokrotnie nagabywany, z jakiego tworzywa i jaką metodą je się robi.

Po tych kilkunastu „przerzutach” po całej Polsce, rozłożyliśmy się na dłuższy popas pod murami Zbaraża.
Czas pomiędzy ujęciami niejednokrotnie umilał nam Bohun, czyli Aleksander Domagarow. Z Szaszą zaprzyjaźniliśmy się od pierwszego dnia jego pobytu w Polsce. Przyjechał do nas pełen mieszanych uczuć i obaw jak też „poliaczki” potraktują Rosjanina. Bardzo wrogo czy tylko z dystansem? Tak go nastawili w Moskwie, że kiedy przekonał się o naszej szczerej sympatii, z miejsca stał się takim polonofilem, że rosyjskie media do tej pory mu to pamiętają. Nie sposób było nie pokochać tego otwartego i wspaniałego człowieka. Kobiety to osobna historia. Nie spotkałem chyba żadnej, która oparłaby się jego wdziękowi i urodzie. A kiedy śpiewał wieczorami romanse Aleksandra Wertyńskiego, miękły wszystkie, bez względu na wiek i stan cywilny. Nie ominęło to nawet mojej żony! Ku memu szczeremu zadziwieniu ona również w jego obecności poruszała się inaczej i z przyjemnością zasiadała przy wspólnym stoliku... No, cóż! Nic na to się nie poradzę.

 Na szczęście dla wielu mężów Sasza był czujnie pilnowany przez Nataszę, żonę, aktorkę i piosenkarkę, która towarzyszyła nam przez wiele dni zdjęciowych.

* Fragmenty książki „10 000 dni filmowej podróży” Andrzeja Halińskiego; Prószyński i S-ka, 2002.


Andrzej Haliński
Magazyn Filmowy SFP, 51/2015
Zobacz również
Rozczarowujący początek roku
"Przebudzenie mocy" idzie jak burza
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll