PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BLOGI
Andrzej Haliński
  23.04.2015
Miałem już za sobą trzy seriale historyczne oraz kilka filmów fabularnych, kiedy zostałem zaproszony do Zespołu Realizatorów Filmowych „Perspektywa”.
Zadzwonił pan Jerzy Buchwald, szef ekonomiczny Zespołu, a w pokoju, kiedy się w nim stawiłem, siedzieli oprócz niego Kuba Morgenstern i Janusz Majewski – kierownicy artystyczni. Chodziło o serial "Królowa Bona" według scenariusza Haliny Auderskiej i w reżyserii Janusza Majewskiego. Przyznaję, że byłem zaskoczony tą propozycją i mogłem ją jedynie przypisać mojemu sporemu doświadczeniu w pracy przy serialach. Nie znałem przecież osobiście żadnego z siedzących przede mną tuzów kinematografii. To była propozycja nie do odrzucenia. Gdyby teraz taka padła, też bym na nią przystał, ale na pewno po namyśle. Janusz Majewski poprzednie swoje filmy "Lokis" czy "Zaklęte rewiry" robił z Tadeuszem Wybultem, scenografem wielce przez nas wszystkich szanowanym, podziwianym za ogrom wiedzy i pracowitość. Ten architekt z wykształcenia, kolekcjoner i wielki znawca antyków, stanowił dla nas, scenografów młodszego pokolenia, niekwestionowany autorytet zawodowy i etyczny. To on właśnie powinien kontynuować swoją współpracę z Januszem Majewskim. Co więc się stało? W końcu poznałem prawdę. Ten niezwykle odpowiedzialny człowiek otrzymał tę propozycję znacznie wcześniej, długo ją rozważał, ale zdając sobie sprawę z ogromu odpowiedzialności i pracy, przeprosił Majewskiego i odmówił.

Ja natomiast, nie mając nawet dziesiątej części jego wiedzy, bez zastanowienia rzuciłem się, skokiem na główkę, na ten projekt. Wątpliwości przyszły potem, ale było już za późno.

Myślę, że skończyłoby się to wszystko kataklizmem, gdyby nie ogromna pomoc osoby, którą z dobrodziejstwem inwentarza przejąłem „w spadku” po panu Tadeuszu Wybulcie.

Naszą pracownię poprowadziła żelazna dama scenografii polskiej, pani Lala Blaszyńska. Aby w pełni docenić to zrządzenie losu, należy zacytować reżysera Stanisława Różewicza, który po swoim filmie "Pensja pani Latter" powiedział, że w polskiej scenografii panuje styl: wybultyzm z lalizmem. Nieoceniona pani Lala z zasady nie wyjeżdżała w plener, ale za to można było na jej barki zrzucić cały ciężar rysowania detali dekoracji i dbałości o jej wykonanie. Znała w łódzkiej wytwórni wszystkich, a wszyscy znali ją i cenili. Jej prawdziwe imię brzmi Felicja, ale o tym wiedzieli tylko nieliczni.

Niezwykle pomagały mi nasze wspaniałe dekoratorki wnętrz, Maria Osiecka-Kuminek i Ewa Braun. Z Marią znaliśmy się już z "Ziemi obiecanej", a z Ewą skończyliśmy nie tak dawno temu "Karierę Nikodema Dyzmy". Wykonały ogromną pracę, odtwarzając renesansowe meble, szkło artystyczne, a zwłaszcza kolekcję arrasów Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta. Te ostatnie były tak wspaniale skopiowane techniką malarską na grubej tkaninie przez pana Andrzeja Strachockiego, że do dnia dzisiejszego służą wielu scenografom. Ten wysokiej klasy artysta i rzemieślnik w jednej osobie malował je na kolanach na podłodze swojego maleńkiego mieszkanka przy ul. Waszyngtona w Warszawie. Nie mógł rozwinąć więcej niż dwa metry naraz. Przesuwając się powoli, starannie odtwarzał kolejne fragmenty gigantycznych tkanin. W całości obejrzał je dopiero razem z nami po rozwieszeniu w dekoracji sali królewskiej w hali zdjęciowej w Łodzi. Prezentowały się doskonale, trzeba było podejść na bardzo bliską odległość, żeby dostrzec ślady pędzla zamiast splotów kolorowej włóczki.

Czasy były tak nie sprzyjające jakiejkolwiek twórczości, która choćby trochę wykraczała poza ramy scentralizowanej gospodarki, że wielokrotnie trzeba było uciekać się do metod nielegalnych. Raz otarliśmy się o kryminał.

Basia Ptakowa do swoich wspaniałych, dworskich kostiumów, potrzebowała wielu kilogramów sztucznych kamieni. Działania poprzez państwowe centrale handlu zagranicznego nie przyniosły najmniejszego rezultatu. Państwo polskie miało deficyt handlowy z Czechosłowacją, a więc ta za nic nie chciała pomóc w transakcji ze słynną fabryką w Jabloncu. Sprawa była właściwie jeszcze bardziej paradoksalna, albowiem kupić mogliśmy, ale nie było ludzkiej siły, aby te kosztowności znalazły się w Polsce. Pojechaliśmy więc z Januszem Majewskim do fabryki w Czechach i cały transport przemyciliśmy przez granicę w naszych prywatnych bagażach.

Tak powstał np. słynny czepiec Barbary Radziwiłłówny, dobrze znany z przekazów malarskich. Złożyło się nań kilkaset wielkich sztucznych pereł. Anna Dymna wyglądała w nim przepięknie, a w czasie zdjęć w Trokach, dawnym zamku Radziwiłłów na Litwie, jakaś babina na jej widok przyklękła i chciała ucałować dłoń legendarnej władczyni.

Kierownikiem produkcji serialu był Konstanty Lewkowicz. Miał wrodzony wstręt do wydawania pieniędzy i nawet najbliższych współpracowników podejrzewał o daleko posuniętą niefrasobliwość finansową.

Dnia pewnego ściągnięto na plan kwiat polskiego aktorstwa, albowiem król Zygmunt Stary miał naradę z dwunastoma senatorami. W przeddzień zdjęć zadzwonili do mnie ze stolarni. Mówił sam szef, pan Łyskawka:

– Panie Andrzeju, co do cholery? Dlaczego nikt nie odbiera tych ośmiu wielkich foteli? To po kiego czorta zamawiacie, jeżeli to wam niepotrzebne i blokuje mi tylko przejście?
– Zaraz, zaraz, panie Józefie. Bardzo potrzebne, i to na jutro. Myślałem, że jeszcze niegotowe. Ale dlaczego pan mówi o ośmiu sztukach?
– A o ilu mam mówić, jeżeli zamówiliście właśnie tyle?
– Myli się pan. Miało być dwanaście! Na pewno, bo tylu jest senatorów.
– Senatorów, nie senatorów. Co mnie to obchodzi? Ja tu mam na papierze. Pan przyjdzie, zobaczymy kto ma rację.

W stolarni triumfalnie uśmiechnięty szef warsztatu trzymał w ręce zamówienie wraz z rysunkiem.

– No i co tu pisze?
– No przecież jest dwanaście!
– Na rysunku, ale nie na zamówieniu. Dwanaście jest skreślone i napisane jak byk osiem. Czerwonym długopisem! Chyba ślepy jeszcze nie jestem?

Poznałem ten charakter pisma; bez słowa pognałem do produkcji.

– Kostek! Gówno mnie obchodzi, co się jutro stanie. Ty się będziesz tłumaczył przed Januszem. Ośmiu senatorów będzie sobie siedziało na fotelach, a resztę weźmiesz na kolana.
– Wy zawsze zamawiacie za dużo!
– Tym razem jednak przewaliłeś sprawę, ty cholerny sknero. Nie mogłeś do mnie zadzwonić?

Miał tak zgnębioną minę, że przestałem się nad nim pastwić. W rezultacie senatorzy siedzący najbliżej kamery mieli piękne włoskie fotele, a czterech biedaków w tle siedziało na laminowanych zydelkach z pobliskiej toalety. Na naszą prośbę starannie maskowali je swymi obfitymi szatami.

Ale drogi Konstanty miał dla nas jeszcze jedną niespodziankę. Wielką salę za plecami dostojników miały rozświetlać duże, żeliwne kandelabry. Każdy z nich na ponad dwadzieścia grubych świec. Zapalenie ich wszystkich naraz wymagało szybkiego działania kilku dyżurnych. Po dłuższej chwili cała sala tronowa rozświetlona została chybotliwym blaskiem setek woskowych świec.

Kostek bardzo rzadko uczestniczył w zdjęciach. Nie wytrzymywał nerwowo atmosfery panującej na planie. Niezmiennie towarzyszyło mu przekonanie, że nic się nie dzieje, a pieniądze płyną wartkim strumieniem. Tego dnia zszedł jednak do hali, i to w momencie, kiedy wszystko już było gotowe i kamera ruszyła.

Narada nad sprawami państwa toczyła się w najlepsze. Scena szła świetnie. Omawiano właśnie problem Prus Wschodnich, gdy nagle w kadrze pojawił się nasz kierownik produkcji. Skradając się wzdłuż ścian, zaczął kolejno zdmuchiwać świece.

Janusz Majewski zdębiał. Przyklejony do kamery, operator Zygmunt Samosiuk, wyszeptał rozpaczliwie:

– Co robić? Kręcić dalej?

Znany ze swojego łagodnego usposobienia reżyser tym razem nie wytrzymał:

– Stop kamera! Kostek, co ty wyprawiasz?
– Dlaczego tyle świec pali się na marne? Wiesz, ile one kosztowały? Nie można zapalić na samo ujęcie?
– To właśnie było ujęcie, i do tego bardzo dobre!!! I tutaj reżyser, z wrodzonym sobie taktem, wymownym gestem wskazał wyjście.

Lewkowicz nawet nie protestował, kiedy kierownik zdjęć otworzył przed nim usłużnie drzwi. Janusz odprowadził go wzrokiem bazyliszka, po czym zwrócił się do pokładających się ze śmiechu aktorów:

– Przepraszam was. Zaczynamy całą scenę od nowa.

Niestety, na Kostka nie sposób było się gniewać, a tym bardziej obrazić. Był i jest nadal wraz ze swoimi przywarami człowiekiem uroczym w pracy, a w przypływie dobrego humoru potrafi być duszą towarzystwa. Do perfekcji opracował sposób spania na brzuchu, z forsą zawsze pod sobą. Był święcie przekonany, że nawet w środku nocy w zamkniętym pokoju hotelowym może zostać napadnięty i okradziony. Tacy byli kiedyś kierownicy produkcji!


Andrzej Haliński
Magazyn Filmowy SFP, 44/2015
Zobacz również
fot. Andrzej Haliński
Box Office. Podsumowanie I kwartału 2015 roku
"Szybcy i wściekli" zwalniają tempo
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll