PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BLOGI
Andrzej Haliński
  1.04.2015
Po moich krokach rozpoznawczych w łódzkiej Wytwórni, sprawca tego całego zamieszania, Piotr Dudziński, zakomenderował wyjście do SPATiF-u na ul. Kościuszki.
Szatniarz powitał Piotra jak stałego bywalca, nie pytając wcale o kartę wstępu, okazywania której kategorycznie żądał złowrogi napis przy wejściu. Po marmurowych schodach weszliśmy do sali, całej w ciemnych boazeriach, ale mój przewodnik bez wahania pomaszerował dalej. Za podwójnymi kryształowymi drzwiami znajdowała się wspaniała salka, „coś ala w podobie”, jak mawia się w Łodzi, brytyjski klub z ogromnym mahoniowym bufetem. Wysoki, sztywny, jakby nieobecny kelner strzepnął serwetką stolik i wskazał nam bez słowa miejsca. Podobnie dystyngowanie, patrząc ponad nami, podsunął pod nos menu. Później, zaprzyjaźniwszy się z panem Adamem, dowiedziałem się, skąd ten sposób bycia, z którym trzeba się było pogodzić, albowiem kto nie był obsługiwany przez pana Adama, ten się po prostu nie liczył w filmowej Łodzi.

– Stało się coś, panie Adamie? Co pan taki jakiś dzisiaj nie taki?
– A tam, panowie. Szkoda gadać. Byli tu przed wami tacy muzycy w długich sukniach, takich, wiecie, co to teraz wariaci latają w nich po mieście... Moja córka też słucha tego rzępolenia z ich płyt, ale mnie nazwa tego zespołu wyleciała z pamięci... Może wiecie? Robią się na takich Hindusów, taka teraz, panie, moda....
– Grupa Osjan! – wyrwało mi się.
– Jakbyś pan zgadł. To ci. Ja do nich, rozumiecie panowie, jak do słynnych muzyków. Obrus zmieniłem, kieliszki kryształowe specjalnie wyjąłem, karty podaję, a oni co?
– No co? – zapytaliśmy zgodnie.
–Zamówili cztery razy marchewkę z groszkiem, dwa razy mizerię ale bez śmietany, buraczki gotowane, no, calutki stół dodatków… Wegetarianie! Panowie, wegetarianie! Rachunek wyniósł czternaście dwadzieścia. Dali piętnaście i najstarszy jeszcze powiedział: „Reszty nie trzeba”. No, trzymajcie mnie! A do baru mlecznego, poszli, następnym razem!

Pan Adam, zrzuciwszy z siebie ciążące mu od popołudnia brzemię, skasował nas, trzeba podkreślić nic nie dopisując do rachunku, za co należał mu się przyzwoity napiwek.

Filmy kręcone z Wojciechem Hasem były szkołą, która ukształtowała mnie na całe moje dalsze życie zawodowe, ale też, co nie mniej ważne, przy nim pojąłem sens gotowania.

Has wyselekcjonował sobie grupę biesiadników, wśród których znalazłem się i ja. Do dzisiaj, nie mam bladego pojęcia, dlaczego ten wybitny reżyser od pierwszego naszego spotkania obdarzył mnie zaufaniem i sympatią. Mocna grupa, biesiadująca początkowo w wynajętej wilii, a potem w jego małym blokowym mieszkaniu, składała się ze scenografa Andrzeja Płockiego, Macieja Marii Putowskiego, wspaniałego dekoratora wnętrz oraz Basi Conio, żony Wojtka. Nasze „wielkie żarcia” zaczynały się bardzo późno. Po wyczerpujących zdjęciach, mniej więcej około dziewiątej wieczorem, zabieraliśmy się do roboty. Już w dekoracjach omawialiśmy menu oraz dzielili zadaniami przy zakupach. Wojtek nieodmiennie był przy nich obecny, albowiem wszystko musiało być „jak trzeba”, i nawet kształt główki czosnku oraz jej zapach miały kolosalne znaczenie.

– Jak kręcisz ten majonez? Ile razy mam ci powtarzać, że cały czas w jedną stronę, bo ci siądzie! Co to jest? Zobacz, to jest jakaś breja, a nie krakowski majonez!!! – ryczał na mnie Has, bo tracąc czucie w ręce, zmieniłem prawą na lewą, co oczywiście wpłynęło na kierunek kręcenia. Jego czujne oko natychmiast to dostrzegło. Kupny majonez nadawał się, jego zdaniem, do smarowania osi w chłopskich wozach.

Jednym skokiem potrafił dopaść do garnka z rakami, których pilnował Płocki, przecierający co chwilę zaparowane, grube okulary.

– Co tak mało koperku? Chcesz, żeby śmierdziały mułem? Proszę bardzo! Sam sobie będziesz to żarł, a my pójdziemy do SPATiF-u! Baśka! Wódka zmrożona? Kiedy ją wsadziłaś do zamrażalnika? Pewnie przed chwilą!

W kuchni był tyranem. W pracy zresztą jeszcze większym, ale czynił to tak, że nikomu nie przeszło nawet przez myśl, żeby się na niego obrazić. Był kochanym brutalem o wielkim, pełnym ciepła sercu. Bardzo przywiązany do swoich stałych współpracowników, ale tylko tych wiernych jego projektom. Ktokolwiek wyłamał się z „dworu”, mając nawet najpoważniejsze powody, zostawał zdrajcą. To nie były żarty! Był skreślony raz na zawsze. Wiem coś o tym, albowiem i mnie się to przydarzyło, ale dopiero po piętnastu latach.

Maciej Maria Putowski był dekoratorem wnętrz, od którego bardzo wiele się nauczyłem, ale przede wszystkim zawdzięczam mu pasję kolekcjonerską i miłość do antyków. Maciek nie tylko miał wielką wiedzę, ale był też tytanem pracy. Niespożyta energia w dekoracjach, a wieczorem... smakosz nad smakosze! Nasze gotowania w Hasowym domu byłyby niewykonalne, gdyby on nie przytargał z Warszawy ogromnej walizy przypraw. Nie byle jakich! Maciek miał żonę Amerykankę. Marcela zwoziła mu z całego świata najbardziej wyrafinowane dodatki, które nawet proste dania zmieniały w delicje.

Wspaniale było gotować i biesiadować z Hasem, nieźle karmił SPATiF, ale to nie była kulinarna codzienność. Moje bardzo skromne wynagrodzenie i życie podzielone na dwa domy dość szybko sprowadziły mnie na ziemię. A to oznaczało, że trzeba było coś sobie w pośpiechu kupić, i to w jednym z dwóch czynnych wieczorem sklepów na Piotrkowskiej. Powoli nauczyłem się, że prawdziwy filmowiec musi wozić ze sobą grzałkę, talerzyk i podstawowy zestaw sztućców. Bez tego groziło wieczorne przeżuwanie podłej jakości wędliny i zapijanie zimną oranżadą albo wodą z kranu. Wcale nie żartuję! Woda sodowa była dostępna jedynie z ulicznych saturatorów, a o piwie można było tylko pomarzyć. Sklepy z roku na rok coraz bardziej świeciły pustkami.

W barach wytwórni filmowej królowała rano sałatka jarzynowa z majonezem, którą można sobie było urozmaicić kawałkiem luncheon meat, czyli przysmakiem śniadaniowym z puszki. Pomimo tego kolejka w bufecie była gigantyczna, tak że naprawdę większy sens miało wypicie w pośpiechu herbaty i połknięcie kanapki w hotelu, niż stanie prawie godzinę po to paskudztwo. Moja praktyczna żona przygotowywała mi w ciągu tygodnia wyborny smalec z jabłkiem i cebulką w słoiczkach i zawekowane mięso, żebym miał chociaż trochę smaku domu. Tylko tak spreparowane jedzenie dawało się przetrzymać bez lodówki przez kilka dni. Bardzo cenne były pokoje w hotelu o podwójnych, starego typu, oknach: między szybami w chłodne dni nasze zapasy wytrzymywały nawet dłużej niż tydzień.

Bardziej wyrafinowane metody pichcenia, stosowane przez wytrawnych filmowych włóczykijów, polegały na gotowaniu ziemniaków i parówek w umywalce. Wkładało się do niej grzałkę elektryczną o dużej mocy i jeżeli wcześniej umywalka nie pękła, ziemniaki były gotowe w ciągu kilku minut. Poznałem też amatora jajek sadzonych na stopie żelazka. Ci którzy brzydzili się umywalek, byli zmuszeni do targania dodatkowych sprzętów campingowych, np. kuchenki elektrycznej albo spirytusowego kochera.

Tak było właściwie aż do końca 1985 roku, kiedy to wyjechałem na prawie 10 lat do Ameryki, a kiedy powróciłem na ojczyzny łono, tutejsze sklepy przypominały amerykańskie, a niektóre nawet je przerastały asortymentem towarów z kolorowymi etykietkami. Mam więc sporą lukę, w porównaniu z wieloma kolegami, tak że nie będę więcej zanudzał opisami uciążliwości dnia codziennego, których część w ten sposób niewątpliwie mnie ominęła. 

Byliśmy za to młodzi i były to sprawy drugorzędne. Film przede wszystkim!


Andrzej Haliński
Magazyn Filmowy SFP, 43/2015
Zobacz również
fot. SF Kadr/ Filmoteka Narodowa
Przedświąteczne pustki w kinach
Wiosenne pikowanie frekwencji
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll