PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Po "Lalce", dostałam propozycję pracy, tym razem już samodzielnej, przy "Rodzinie Połanieckich". Ten kolejny serial był okazją do ponownego spotkania, po "Ziemi obiecanej", z Anią Nehrebecką i Andrzejem Sewerynem.
W scenariuszu państwo Połanieccy mieli udać się w podróż poślubną do Wenecji, Florencji i Rzymu. Przyszedł zatem czas dokumentacji we Włoszech. Mieliśmy jechać we trójkę: Janek Szymański, Janusz Weychert i ja. W owych czasach mogliśmy wydawać naprawdę spore pieniądze, ale jedynie w złotówkach. Na każdy dolar przyznany ekipie na wyjazdy na Zachód patrzono nieomal przez lupę. Poszliśmy więc po rozum do głowy. Siedzieliśmy w pokoju Janka, słuchając nowej taśmy Dennisa Russosa, deliberując nad strategia działania.

– Nigdy w życiu nie dostaniemy forsy na te trzy miasta. Pojechać na dokumentację możemy, ale to nic nie da. Trzeba to ograniczyć, ale mądrze. Może zamiast włóczyć się całej Italii i spędzić po dwa dni w Rzymie i Florencji, jedźmy prosto do Wenecji na cały tydzień. Po powrocie wykażemy nasze racjonalne myślenie i jeszcze nas pochwalą za oszczędności. Co ty na to?

– Lepiej posiedzieć tydzień w Wenecji, niż spędzić trzy dni w pociągu, jeżdżąc od miasta do miasta.

– W porządku.

Jak postanowiliśmy, tak też zrobiliśmy. To była bardzo przyjemna wyprawa. Zaczął się maj, a więc wprost idealny czas na podróże do Włoch. Ciepło, ale nie za gorąco. No i nie było jeszcze tych nieprawdopodobnych tłumów turystów. Diety w dolarach i możliwość zaopatrzenia się w różne luksusowe dobra niedostępne w PRL były poważną zachętą do uzbrojenia się w sporą ilość suszonej myśliwskiej, kabanosów i napojów wyskokowych. Do Mediolanu dolecieliśmy samolotem, a dalej mieliśmy pociąg do Triestu i Wenecji. Żaden z nas nie znał włoskiego (Janek nie przykładał większej wagi do języków obcych, Janusz mówił średnio po francusku, a ja władałem nieźle niemieckim i słabo angielskim) i lekko nas to peszyło, albowiem wtedy nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy z tego, że ogromna większość Włochów nawet nie próbuje nauczyć się jakiegokolwiek języka obcego i nie ma z tego powodu najmniejszych kompleksów.

Janusz Weychert został naszym kasjerem, a ponieważ powszechnie mówiło się, że we Włoszech bardzo kradną i napadają, starał się jak mógł zabezpieczyć nasz majątek. Wyjątkowo odpowiedzialny, czasami aż do śmieszności oszczędny, przygotował się do wyprawy bardzo profesjonalnie. Jeszcze w Łodzi osobiście uszył specjalny woreczek na banknoty, które za pokwitowaniem pobrał z kasy Filmu Polskiego. Na długiej lince przewieszonej przez szyję, wpuścił woreczek w spodnie, tak że spoczął mu mniej więcej na wysokości genitaliów. Wyprężył się przed nami z dumą.

– No i co? Widać coś?

Janek przyjrzał mu się z podziwem.

– Nic a nic. Widocznie tak jesteś zbudowany Januszku, że można by ci powierzyć miliony i byłyby bezpieczne. Żaden złodziej się nie domyśli. Gdybym ja sobie włożył taki zwitek banknotów, to mógłbym paradować przed Teatrem Wielkim przy wejściu dla baletu.

Nie pozostałem w tyle za Jankiem.

– Ty sobie lepiej jeszcze raz przemyśl ten schowek, bo ja słyszałem że włoscy złodzieje często obcinają brzytwą paski od torebek. A jeżeli się który pokapuje, gdzie trzymasz forsę, i chlaśnie?

Schowek był dobrze pomyślany, ale w praktyce okazał się nieco kłopotliwy. Kiedy przychodził moment płacenia, Janusz na oczach kasjerki lub kelnera wsadzał rękę głęboko w spodnie, z bardzo skupioną miną długo czegoś szukał i ku zdumieniu obecnych z wysiłkiem wyszarpywał woreczek.

– Ty, bracie, uważaj i się nie pomyl, bo narobisz nam wstydu. Wyciągaj dopiero jak będziesz całkiem pewny, że to, co trzymasz w ręce, to jest forsa.

Dworowaliśmy sobie z niego przez cały czas spędzony w tym bajkowym mieście. Chcieliśmy zaplanować zdjęcia na dziedzińcu Pałacu Dożów, przy koniach Napoleona na tarasie Katedry św. Marka i przy Campanile. Na wszystkie te miejsca konieczne było zezwolenie od naczelnego architekta miasta, a dodatkowo od monsignore, aby dostać się do bazyliki.

Dojście do architetto było teoretycznie łatwe, albowiem miał swoje godziny urzędowania starannie wypisane na drzwiach. Po dwóch dniach nieudanych prób, w czasie których dowiadywaliśmy się od uroczej sekretarki, mówiącej oczywiście wyłącznie po włosku, że albo ingeniere architetto jest na obiedzie, albo ma w tym momencie sjestę, bądź też jest właśnie przed obiadem, a potem będzie miał sjestę, Janek nie wytrzymał:

– Jędrek, zapytaj ją, czy jest taka pora dnia kiedy on nie je albo nie śpi.

– A w jakim niby  języku?

Prawdą jest, że prawie rok chodziłem na lekcje języka włoskiego na wydziale architektury, ale tylko po to, żeby dostać zaliczenie z języka obcego. To, co pozostało w mojej pamięci, to dwa cytaty z pierwszych stron podręcznika: „La classe e grande e ariosa, essa a quatro finestre e una porta...

Carlo e Mario sono amici. Essi abitano in una via...”.

Na tym kończyła się moja znajomość tego pięknego języka. Udało mi się tymi cytatami rozbroić całkowicie sekretarkę. Ingeniere architetto municipale został w końcu nakryty pomiędzy posiłkami. Próbowaliśmy w trzech językach, na które pozostał całkowicie obojętny. Reagował tylko na nazwy obiektów i inteligentnie skojarzył, że nasza wizyta dotyczy filmu. Napisał na papierze sumę, równowartość stu dolarów i bardzo szybko wydał sekretarce jakieś polecenie. Osobiście zaprowadził nas do kasy. Oczywiście, i tym razem Janusz także nie zawiódł, zadziwiając architetto swoimi manewrami w spodniach. Uiściliśmy należną sumę i na przygotowanym przez dziewczynę papierze wykwitła piękna pieczęć. Nie mogłem uwierzyć w trzymany papier:

– On coś źle zrozumiał. To niemożliwe, żeby w Wenecji, jednym z najdroższych miast turystycznych, trzy największe skarby architektury kosztowały sto dolców.

– A co tam masz napisane?

– Nie wiem tak dokładnie, ale na moje oko to jest zezwolenie.

– No i w porządku. Chodźmy też coś zjeść. Architekt już dawno mangiare.

– Załatwmy jeszcze z biskupem. Może on rzadziej jada i uda się go jeszcze dzisiaj złapać?

Biskup Wenecji przyjął nas ceremonialnie w wielkiej sali. Posadzono nas na autentycznych renesansowych fotelach i poczęstowano doskonałą kawą. Dobrotliwie uśmiechając się, wysłuchał prób wytłumaczenia naszej pokornej prośby. Po tym wstępie odbyła się identyczna procedura jak u architekta, tylko suma była nieco wyższa, ale naprawdę bardzo niewiele.

Do dzisiaj wydaje mi się nieprawdopodobne, że nasza kamera stała na tarasie Pałacu Dożów, a aktorzy schodzili po schodach Gigantów, kręcili się swobodnie po całym dziedzińcu, stali sobie pomiędzy nogami koni Napoleona z widokiem na Plac św. Marka, wspinali na Campanile z IX wieku, a to wszystko za sto dolarów!

Tuż obok najsłynniejszego mostu czyli Ponte Vecchio była urocza, mała restauracyjka, gdzie ku zgrozie Janusza Weycherta tego samego wieczoru przepuściliśmy sporą część naszych diet, głównie zresztą na wino i frutti di mare.

Dwa miesiące później, już w czasie zdjęć, przy ostrym rygorze finansowym, nasz papier od architekta otwierał wrota nie tylko wspomnianych arcydzieł architektury Wenecji, ale wystarczyło go okazać jakiemukolwiek karabiniere, aby zaraz służył pomocą i pomagał zatrzymać ciekawskich turystów. Po opłaceniu gondoli z autentycznym weneckim gondolierem, nie wystarczyło już pieniędzy na statystów, a i z kostiumami też było bardzo krucho.

Kierowca naszego autokaru, przebrany za księdza, był najczęściej „puszczanym” przechodniem na lekko wyludnionych uliczkach i mostach. Rezultat tych zabiegów wygląda na ekranie dość komicznie, albowiem gdzie tylko przechadza się bądź płynie gondolą, nasza młoda para, tuż za nimi  przemyka ksiądz w sutannie i wielkim kapeluszu na głowie. Niechybnie ich śledzi, ale po co? Sytuację uratowała Krystyna Janda, która akurat była w Wenecji zupełnie prywatnie i przypadkowo na nas wpadła. Bardzo koleżeńsko postąpiła, przebierając się bez wahania i wesoło przebiegając w tle.

 

Andrzej Haliński
Magazyn Filmowy SFP, 41/2015
Zobacz również
fot. Archiwum prywatne Andrzeja Halińskiego
Mocny start "Kopciuszka"
"Disco Polo" niezwyciężone
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2022
Scroll