PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
NIEPODLEGŁOŚĆ
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
Niepodległość
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BLOGI
Józef Gębski
  15.08.2016
Tati i Andrzej Munk są moimi mistrzami, podziwiam ich i im zazdroszczę – wnikliwości spojrzenia oraz umiejętności burzenia kanonów kina.
W 1977 roku otrzymałem stypendium Rządu Francuskiego na pobyt w Paryżu celem badania dorobku Jacques’a Tatiego, który od bardzo dawna był moim guru. Tati i Andrzej Munk są moimi mistrzami, podziwiam ich i im zazdroszczę – wnikliwości spojrzenia oraz umiejętności burzenia kanonów kina.

Dotarłem do Tatiego, o którym Marguerite Duras pisała, że kino zostało wynalezione tylko po to, aby Tati zrobił "Playtime" i "Wakacje pana Hulot". Tati poniósł spektakularną klęskę materialną, ale chyba miał przekonanie, że za pięćdziesiąt lat to będzie jego prawda i jego racja.

Tati przekonywał mnie, że wszystko bierze się z wnikliwej obserwacji świata dzisiejszego, nie z historii (jakże to było bliskie naukom, jakimi obdarzał nas w szkole Kazimierz Karabasz).

Podejrzewałem już bardzo dawno, że prof. Aleksander Jackiewicz nie ma racji. On wywodził polskie kino z XIX-wiecznej romantycznej i pozytywistycznej literatury, przepełnionej pompatycznymi Konradami i Kordianami. Jackiewicz nie dopuszczał, że Aleksander Fredro kpił sobie z tych herosów. Imieniem Gustawa z Mickiewiczowych „Dziadów” obdarzył wiecznego fircyka ze swoich komedii, do tego stopnia, że Mickiewicz wymyślił ratunkową scenę zamiany Gustawa... w jakiegoś Konrada. Zaś „Pana Tadeusza” Fredro okpił w swojej „Zemście”. Coraz bardziej ujawniała się tajemna wielka siła polskiej literatury (czuł to Andrzej Munk) – siła naszego gromkiego, gorzkiego śmiechu. Siła ta ujawniła się po drugiej wojnie, szalonej, nierozumnej, bestialskiej i głupiej. Jej głupotę ujawniali: Sławomir Mrożek, Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Gombrowicz, Wiech i Witkacy.

Wiąże się to z odkryciem – owszem, wielkiego pisarza XIX-wiecznego – Gustave’a Flauberta. Jego badania nad głupotą, która jest problemem filozoficznym, a nie rodzajowym, teraz stały się osobną dziedziną nauki… o głupocie. Flaubert przekonywał, że wraz z rozwojem czasopism pojawił się nowy szeroki dostęp do warstw średnich. Te, fascynowały się powieścią w odcinkach, postaciami moralnymi i modelowymi, dobrymi jak ona sama. Powieść XIX-wieczna ustaliła swoje kanony początku i zakończenia, konieczności przemiany postaci, etc. Flaubert przekonywał, że głupota jednak nie jest wynikiem niskiego poziomu edukacji. Nic jej nie zmiecie, przekonywał. Jest ona drugim stałym biegunem naszej cywilizacji.

Głupota – pisze Milan Kundera w swoim znakomitym wręcz podręczniku kultury „Sztuka powieści” jest na trwałe przypisana ludzkiemu istnieniu. W języku polskim określenie ma bardzo szeroki zakres, może nawet mocno obraźliwy. Tymczasem dla Francuza oznacza ona stałą wartość potocznego myślenia – drugi, przeciwny biegun przeżycia sztuki jako poznania. Głupota oznacza dla nich babranie się pośród rzeczy powszechnie znanych, łatwych do przyjęcia, bo już po stokroć przyjętych. Amerykanie mają na to inne określenie – format. Oznacza ono zasadę zakonotowaną dziedzicznie w leniwym umyśle, która pozwala każdemu korzystać z kultury w ramach np. wzoru geometrycznego. Głupota opiera się na posługiwaniu się przez twórcę stereotypami narracyjnymi, które wywołują w pośpiesznej lekturze pożądany zachwyt nad sobą! Sposób użytkowania jest jasny: to ja pojąłem intrygę, to ja wykryłem wcześniej niż detektyw przestępcę, to ja jestem ukryty pod tym typem, to ja jestem mądry, inteligentny, dzięki ci, autorze.

Samozadowolenie w procesie komunikowania za pośrednictwem jakiegoś artefaktu prowadzi do dobrego samopoczucia, wysokiej samooceny i nawet nagrody… śmiechu uznania dla samego siebie. Są koncepcje określania śmiechu jako wyrazu samoakceptacji. Oto jest nagroda dla mnie. Oto ja rozszyfrowałem gag, rebus, intrygę. Należy mi się za to nagroda – „samo-uśmiech”.

Na zasadzie głupoty funkcjonują wszystkie tabloidy. Tabloidom przeciwstawiał się całą zręcznością swojego warsztatu Sławomir Mrożek. Jego „Moniza Clavier” – kto wie, czy nie największy utwór mistrza, może równy Gombrowiczowskiej „Ferdydurke” – opowiada o Polaku zwiedzającym świat, na miarę podróżnika z ówczesnej Polski – z kabanosami w walizce i z marzeniem w głębi duszy o romansie z pięknością arystokratyczną. Wszystkie utwory podróżnicze opowiadają o przypadkowych romansach, cały świat od dwustu lat porzuca swoje pielesze i jedzie w nieznane, za tabunami bogaczy,  razem z nimi kontemplując Luwr, Prado, Galerię Lafayette i... sypialnie na ławce nadbrzeżnej.

Komedia bowiem jest jedynym krystalicznym wywarem z historii. Ta, domagała się laudacji, eposu i wielotomowej sagi. Komedia zadowala się raczej miniaturą, pełnią szyderstwa. Przecież czas Mrożkowej peregrynacji się skończył. Byle kielczanin siada dzisiaj do odrzutowca i po dwóch godzinach jest w Wenecji, a noc spędza w niezłym hotelu... Czas wolny stał się miarą naszych indywidualnych wartości, wakacje są za to zwolnieniem od myślenia, są co najwyżej porą na wykonanie seryjnej fotografii pamiątkowej.

Przeglądając stronice dorobku polskiej literatury, szczególnym okiem przyglądamy się tym spod ręki Mikołaja Reja, Jana Potockiego, Ignacego Krasickiego, Aleksandra Fredry, Witolda Gombrowicza. Humor jest bowiem największym sukcesem humanistyki. Zawsze zwycięża z historią. Każdy dęty fakt historyczny, niedługo potem, podlega humorystycznej „obróbce” i wywołuje uśmiech politowania. Wojna stała się przedmiotem zainteresowania dla Jaroslava Haška czy Josepha Hellera, a wojny przyszłe mają swojego... Ubu.

Humor – jak twierdzi wynalazca tej reguły Miguel de Cervantes – jest taką konstrukcją, która narodziła się wraz z narodzinami powieści. Tam każda rzecz, której dotyka, staje się dwuznaczną. Don Kichot okazał się pierwszym mądrym głupcem, a jego sługa Sancho Pansa – głupcem mądrym.

Nasza narodowa literatura zanurzyła nas w cierpieniu, jakby karze za szyderstwa oświeceniowej satyry, za które należałoby zapłacić oczyszczającym płaczem. Romantyzm był przeszczepem z Niemiec do Litwy, zagnieździł się tam, gdzie osamotnieni Polacy, poddali się wdziękowi Johanna Wolfganga von Goethego, zamiast być bliżej Woltera. Może obcinanie głów, narodowa specjalność z placu Concorde przestraszyła wszystkich, którzy nadal chcieliby zachować gromkie tytuły szlacheckie, w czasach, kiedy lud z barykad stawał się siłą i z wprawą Jakuba Szeli sposobił się do dalszej „wycinki”.

Oddaliśmy się nie tej sile, która była nasza specjalnością. Pamiętajmy, że Gombrowicz, który odnowił naszą siłę, był wierny Rabelais’mu. „Ferdydurke” to jest wynik lektury „Gargantui i Pantagruela” François Rabelais’go, a nie Janowej „Apokalipsy”. Humor w jego wykonaniu był panaceum na nasze urazy. Nieautentyczność, której nie udało się wytępić pojedynkiem na miny. Gombrowicz na jej miejsce zaproponował nam... pojedynek zupełnie inny, na „gęby i pupy”. I to okazało się właśnie tym „kamieniem filozoficznym”. Tak chętnie poddaliśmy się „gębie” sowietyzacji, jak teraz poddajemy się „upupieniu” amerykanizacją. Symbolem – i materiałem na największy dramat – byłby dla nas film o Pałacu Kultury, który jest – to prawda – amerykańskim darem drapacza chmur dla Stalina (przecież to jest budynek z New York City, Woolworth na Broadwayu), a wuj Sam podarował go Stalinowi, ten postawił jedną kopię w Warszawie, a my chcemy to teraz zburzyć. Radosław Sikorski, jak Katylina w senacie rzymskim, bezustannie powtarza, że „Pałac należy zburzyć jako symbol naszego »upupienia«”, niestety nie wie o tym, że tym samym zburzyłby „gębę” amerykanizacji, chociaż w perfidnym sowieckim opakowaniu. I tak komedia staje się nasza narodową specjalizacją.

Cały, nic warty patos dawnej historii, ów "Żołnierz zwycięstwa" Wandy Jakubowskiej (z wybitnymi aktorami w rolach znaczących komuchów), a nawet "Ulica Graniczna" Aleksandra Forda, jawią się… zabawnie. Może ostał się nam "Skarb" Leonarda Buczkowskiego, ale pozostała cała historia filmu historycznego w wykonaniu obsypanych nagrodami państwowymi autorów jest najzwyczajniejszą farsą. Karol Marks, niezbyt lubiany filozof mawiał, że historia zawsze prezentuje się nam dwa razy. Za pierwszym – jest poważna, za drugim jest tylko farsą.


Józef Gębski
Magazyn Filmowy SFP Nr 4/2016
Zobacz również
fot. Kuba Kiljan/SFP
Sierpniowy wysyp premier
Świetne otwarcie "Legionu samobójców"
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll