PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BLOGI
Józef Gębski
  7.12.2015
Wielki filozof niemiecki Peter Sloterdijk napisał książkę „Krytyka cynicznego rozumu”, biblię dla tych, którzy nie dadzą się złapać na telewizyjne kłamstwa złożone z wypowiedzi agresywnych polityków. Demaskując ich cynizm jako formę rozmowy ze światem, propagował cynizm jako formę rozmowy świata... z kłamcami. Cynizm był od starożytności śmiechem pokonanego. Warto niekiedy powracać do starożytnych.
Pośrednictwo w tym „dialogu głuchych”, filozof przypisywał ludziom sztuki, owym porte-parole prawdy, ujawniającym podskórnie uśpionego raka przyszłej (sprawiedliwej już) wojenki. Wtedy to rozpoczęła się nieznana zupełnie „archeologia kina”. Otwierane archiwa taśm filmowych, oglądanych na wszystkie sposoby ponad zwyczajną projekcją, poprzez analizę odrzutów ze stołu montażowego, analizę dubli, analizę defektowanych ujęć odrzucanych z powodów technicznych, wreszcie poprzez wyświetlenie filmów udźwiękowionych i przeglądanych jako taśm… niemych, ujawniających prawdę sklejki, zatuszowaną słowem komentarza, efektem i muzyczką, śródtytułem czy napisem tytułowym. Pojawienie się telewizji zdemaskowało tę słuszną pośpieszność, to natarczywe mieszanie powagi i zabawy oraz natrętność wszystkowiedzącego kinowego komentatora, a teraz – w telewizorze – przemądrzałego spikera patrzącego, jak sroka w gnat, w ekran promptera.

Te bogu ducha winne dawne ujęcia odkrywały zatajoną prawdę, a poprzez montażowe zestawienia, jak chociażby te w filmie Tadeusza Makarczyńskiego ''Życie jest piękne'', dawały nowe skojarzenia, nowe formuły uogólnienia i nową interpretację pojęcia: historia. Pojawienie się filmu tzw. montażowego, uruchomiło zapotrzebowanie na coraz to nowe taśmy skazane na wieczny sen w magazynach filmowych. Narracja płynna, kontynuująca, okazała się archaizmem wobec narracji rwanej, kojarzeniowej – takiej, jaką w latach dwudziestych była narracja dadaistów i genialny wynalazek collage’u. Takie to, zupełnie nowe, narzędzie otrzymało nowe pokolenie reżyserów, wykształconych w szkołach artystycznych, a nie w tradycyjnych stażach przy nestorach kina przedwojennego. Narodziło się zupełnie nowe pojmowanie filmu dokumentalnego.

Warto wspomnieć, że lata siedemdziesiąte, były czasami szczególnego rozwoju wolnej sztuki filmowej. Nawet okazało się, że „ciemne” ludy latynoskie i azjatyckie zaserwowały światu dzieła kinowe o randze Joyce’a. Tylko krytyka filmowa nie nadążała za marszem, najmocniej tkwiąc w filologicznym, u nas polonistycznym – zespole metod i miar. Konserwatyzm ten miał swojego sojusznika. Był nim Hollywood, który po staremu kleił stare opowiadania, adaptacje bestsellerów księgarskich i uparte rekonstrukcje historyczne. Na nieszczęście, pojawił się upiorny gatunek – serial, który przewyższył wszelkie zmyślenie, służąc – jak się okazało – jako wehikuł dla… reklam towarowych. To był wyrok na kulturę i sztukę.

Filmowcy wszelkich nowych fal zbliżali kino do dokumentu, do konkretnego faktu ze  współczesności. Historyzm stał się pożywką dla starych dinozaurów, aczkolwiek to telewizja udzieliła mu na wieki przytułku. Kino tymczasem zbliżało się do nowej socjologii, psychologii eksperymentalnej, do nowego teatru i nowej ekonomii. Ten czas nazywa się w socjologii zwrotem wizualnym. Niemal jak za czasów Kopernika, karta myślenia ukazała swój rewers. Teraz już tylko kino było w stanie skompromitować pustosłowie polityków prawiących o rozwoju, wszak im szło jedynie o sektory bankowe i zbrojeniowe, dlatego na ich miejscu w filmach pojawili się teraz młodzi herosi, ludzie z ławek uczelnianych, z ulicy, z ciężkiej pracy… za grosze. Nowa fala zrodziwszy cinéma vérité zbliżyła się niebezpiecznie do „prawdziwej” prawdy, a pomógł jej w tym film… animowany. To, czego dokonał w kinie Jan Lenica – mistrz znad Wisły – mogło już nawet zadziwić filozofów. Filmy Lenicy konkurowały odkrywczością i trafnością diagnozy z katedrami uczelnianymi. To były lata tzw. kina autorskiego.     

Film autorski a nie producencki, to było hasło wielkiej odnowy. Pod tym zawołaniem odbyła się niejedna bitwa z ogromną ilością ofiar, ale też z całym legionem zwycięzców. O tej przemianie nie decydowała ekonomia, ale nieubłagane prawa sztuki. W każdym kraju, nawet w kalifornijskiej ostoi  konserwatyzmu, opartego na recyclingu literatury, pojawiali się ludzie, którzy byli autorami własnych scenariuszy i wypowiedzi. Grupa szaleńców z Nowego Jorku, jakby powszechnym wysypem doprowadziła do powstania filmów zrodzonych z… kamery, bez dotychczas obowiązującego materiału literackiego. John Cassavetes był tam liderem. Cienie poczęte zostały z wypadku, jaki przydarzył się w jego trupie teatralnej, a to już wystarczyło, by powstał film – niech będzie – fabularny, wypreparowany z brudnego rasistowskiego incydentu. 

Jerzy Skolimowski dokonał swoistego wyłomu, klecąc debiutancki ''Rysopis'' z obowiązkowych etiud szkolnych przewidzianych programem studiów. Powstało arcydzieło nowego opowiadania nowym językiem kinematografu. Z zamysłem kilku części i z myślą o całości. Filozofia również rozprawiała o budowie nowej całości, a estetyka eksponowała – formę otwartą.

Teoria kina jako wydarzenia przyliterackiego zeszła nareszcie do podręcznika teorii filmu. Jako czas przeszły historyczny. A kino stało się prawie wolne.

Niepomiernie wzrosła rola filmowego montażysty. Niejednokrotnie (jak Jean-Luc Godard, który był montażystą swojego ''Do utraty tchu'') film fabularny był montowany w wytwórni filmów dokumentalnych. U nas przy Chełmskiej 21, Agnieszka Bojanowska, Barbara Kosidowska i Jadwiga Zajiček dowodziły, że matką nowego kina fabularnego jest pogranicze dokumentu. Nowy film autorski jakby się wychylał spomiędzy szczelin między gatunkami. Te mistrzynie montażu filmowego, zaprawione w montowaniu „z marszu” kronik filmowych, bez lęku o tzw. płynność, naruszały regulamin i montowały celowo chropawo, odkrywając nowy zespół skojarzeń, nowych idei. Nowy kodeks montażu filmowego. Starego, uczono jeszcze w szkołach filmowych, ale w Wytwórni Filmów Dokumentalnych rodził się nowy film autorski.


Józef Gębski
Magazyn Filmowy SFP, 50/2015
Zobacz również
fot. SFP
W kinach bez zmian
"Listy do M.2" najpopularniejszym filmem roku
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2021
Scroll