PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BLOGI
Józef Gębski
  20.07.2015
Jan Łomnicki, wybitny dokumentalista, autor niezapomnianych miniatur kinowych, na chwilę przeszedł do Telewizji Polskiej i zrealizował dla niej arcydzieło, które do dzisiaj ogląda się z zapartym tchem.
"Dom" to był prawie film dokumentalny (!) z aktorami i ogromnymi partiami kronik filmowych (zresztą jeden z bohaterów, kreowany przez Jana Englerta, jest tam asystentem operatora, potem operatorem Polskiej Kroniki Filmowej, pracuje na Chełmskiej i jest świadkiem zawrotów zwariowanej historii kraju nad Wisłą, który odradzał się jak feniks z popiołów, który budował dom jak potrafił, potem go własnoręcznie szpecił – jak potrafił, wreszcie dekorował na nowo jak potrafił... i tak bez końca, tak, jak to tylko Polak potrafi). Łomnicki mieszał oba gatunki filmowe, jak tylko polski filmowiec potrafi.

To samo czynił Marek Piwowski, zafascynowany – jak my wszyscy znad Wisły – tym, co się działo nad Wełtawą. Już jego etiudy szkolne nieodparcie wskazywały na wielki talent spod znaku Munka, który kochał ironię i szyderstwo.

Telewizja z racji swojego kalekiego prezentowania filmów, ustawicznie poszukiwała ekwiwalentu. Szukała własnego oblicza estetycznego. Film realizowany na jej ekrany – najprawdopodobniej – powinien mieć ostro zarysowaną ekspozycję, na tyle silną, aby oglądający ekran niewielkiego telewizora dał się złapać na kilka minut wzmożonej uwagi. W końcu na widza telewizyjnego nadal napierało całe domowe życie w mieszkaniu pełnym codziennych, banalnych czynności. Wydawałoby się, że dla sukcesu wystarczyłoby – niemal jak u Alfreda Hitchcocka – kilka zwrotów akcji, wręcz trochę brawury inscenizacyjnej, suspensu i zagrożenia  niespodziewaną pointą. W takiej niespodziewaności kryła się przewrotna rola słowa. W gruncie rzeczy – najważniejsza była spodziewana końcowa figura, a więc swojego rodzaju… „spodzianka”. Widz przecież, zawsze wie więcej i… wcześniej. Zwłaszcza w telewizji.
 
Pierwszym, niestety zapomnianym polem telewizyjnej przygody z filmem dokumentalnym była seria "Portrety". Zrazu prowadził ją, odważny autor "Pegaza" Grzegorz Lasota. Seria półgodzinnych filmów powstawała in statu nascendi. Reżyserzy – absolwenci szkoły filmowej – otrzymywali szansę  realizacji półgodzinnej opowieści o... innym artyście. Kiedy to piszę, nachodzi mnie myśl o oryginalnej metodzie dojrzewania artysty filmowego. Bardziej niż samo fotografowanie bieżącego życia traktowanego jako tkanki filmu, do tajemnic sztuki doprowadzi go rozmyślanie o innym artyście, któremu się udało.

Spragnieni spotkania z tym nowym formatem spektaklu filmowego reżyserzy oferowali telewizji pogłębione analizy twórczości i meandrów życia wybitnych ludzi polskiej kultury. Sam byłem asystentem przy filmie Krzysztofa Zanussiego o nowo odkrytym kompozytorze Krzysztofie Pendereckim. Wiele się wtedy nauczyłem. Muszę koniecznie dodać, że Telewizja Polska była fundatorem drugiej co do znaczenia nagrody na młodym Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Krakowie. Właśnie Zanussi otrzymał taką nagrodę, która w owym czasie była „biletem wstępu” do profesjonalnej kinematografii.

Półgodzinny film portretowy przyszedł do nas z Francji. Tamtejsza kinematografia z dużym sukcesem śpiesznie i niestrudzenie notowała życie wielkich artystów. Generacja wielkich twórców z przedwojnia już dożywała swoich dni. Autorzy tych rejestracji tworzyli podwaliny dla nowych form artystycznych. Stosunek nowego pokolenia do generacji odchodzącej zawsze zasługuje na szacunek. Filmowcy francuscy wykonywali długie nagrania audiowizualne, i albo je archiwizowali, albo tworzyli z nich nowy gatunek filmowej audycji. Film o sztuce. W ten sposób dysponujemy serią "Filmowcy naszego czasu", gdzie obcujemy z braćmi Lumière, Robertem Bressonem, Jeanem Renoirem, na taśmie żyją twórcy byłej już Nowej Fali, możemy obejrzeć proces rekonstrukcyjny filmów Georgesa Mélièsa, braci Lumière, ba – mamy nawet dokumentację czasów przedkinematograficznych. Na taśmie filmowej pojawia się jak żywy Pablo Picasso, malujący przed kamerą obrazy wielkoformatowe i ujawniający tajemniczy proces twórczy, jest Joan Miró, są Francis Bacon i Fernand Léger, są rekonstrukcje impresjonistów…

Ten udany mariaż filmu dokumentalnego i telewizji, będzie z pewnością najbardziej chwalebnym epizodem sensu istnienia telewizji. Nasi rodzimi artyści z uporem maniaka, podglądali warsztat i kreacje wybitnych ludzi teatru (reżyserów i aktorów). Ludwik Perski utrwalił życie Artura Rubinsteina, Tadeusza Łomnickiego, na taśmie mamy, zrealizowany przez Andrzeja Wajdę, film z Xawerym Dunikowskim. Kamera, dla telewizyjnego programu, gościła w pracowniach polskich malarzy i rzeźbiarzy. Grzegorz Dubowski uparcie filmował wyczyny ludowych artystów Podhala. Tadeusz Kantor i jego teatr jest w pełni utrwalony, i to w postaci filmów nagradzanych na wielu festiwalach w Europie. Doszło nawet do powołania odrębnego Przeglądu Filmów o Sztuce w Zakopanem. I trzeba przyznać, że te filmy stanowiły o pokaźnej części tzw. telewizyjnej ramówki, zajmując godziny dobrej oglądalności. Artyści uwiecznieni przez filmowców byli częściej na ekranach niż prominentni politycy. Niebywałe.

W Telewizji Polskiej, w Jedynce i Dwójce, powołano odrębne redakcje filmu dokumentalnego. W tej, prowadzonej przez Lucynę Smolińską, zjawiłem się z propozycją filmu o Tadeuszu Borowskim, gigancie naszej literatury, poecie i prozaiku, który zmarł w wieku 29 lat. Miał akurat tyle samo lat, ile miałem w chwili swojego debiutu. "Mój Testament" był takim półgodzinnym portretem geniusza literatury, który inspirował mnie do usytuowania go pośrodku ówczesnego malarstwa (Andrzeja Wróblewskiego) i ówczesnego kina francuskiej Nowej Fali (Alaina Resnais). Malarstwo pomogło mi zrozumieć jego prozę. Dlatego ucieszyła mnie nagroda w Tours, tam zawsze doceniano filmy o sztuce i artystach.

Ówczesne moce produkcyjne Telewizji Polskiej były jeszcze na „dorobku”, toteż otrzymałem skierowanie do wymarzonej Wytwórni Filmów Dokumentalnych, która zapewniła mi wszystkie elementy „prawdziwego kina”. I w ten sposób trafiłem na ul. Chełmską 21. To był raj, spełnienie mojego snu o kinematografii. Znaleźć się tam było i nobilitacją i zobowiązaniem… Otrzymać tzw. etat było przepustką do kinematografii.


Józef Gębski
Magazyn Filmowy SFP, 46/2015
Zobacz również
fot. Filmoteka Narodowa
Nowy bohater Marvela z przyzwoitym startem
Kolejna produkcja Universal na topie
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll