PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BLOGI
Anna Wróblewska
  17.02.2014
Jak zwykle wtedy, gdy polski film nie znajdzie się w Konkursie Głównym któregoś z trzech najważniejszych międzynarodowych festiwali filmowych, jak meteor powraca dyskusja pod hasłem: Dlaczego nie ma nas w Berlinie / Cannes / Wenecji?
Tak było i tym razem. Barbara Hollender w bardzo interesującym artykule napisała: „Nie lubią nas? Bzdura, szkoda czasu na snucie teorii spiskowych. Brakuje nam mistrzów? Brakuje. Po śmierci Krzysztofa Kieślowskiego tylko Andrzej Wajda ma na Zachodzie taki festiwalowy status. Po upadku muru berlińskiego nie jesteśmy już tak ciekawi dla świata? Coś w tym jest”. I dalej – wybacz mi Basiu te skróty, które oczywiście lekko upraszczają sens twojego artykułu: „Może więc w snobistycznym, wielkim świecie kina zwyczajnie nie ma na nas ostatnio mody? Nie ma. Ale na Rumunów też nie było, dopóki mało znany czterdziestolatek Cristian Mungiu nie dostał Złotej Palmy w Cannes. Ja bardzo wierzę, że czas polskiego kina również nadejdzie”.

Gdy wrzuciłam link do tego artykułu na Facebook, rozgorzała równie ciekawa, bardzo merytoryczna dyskusja. Wziął w niej udział między innymi Artur Liebhart, którego bardzo cenię za wyjątkowego „nosa” do wartościowych filmów. Artur zwrócił uwagę, wśród innych kwestii, także na brak przemyślanej strategii wielu producentów, którzy „spalają” filmy na starcie. O tym samym wielokrotnie mówił Jerzy Płażewski, który doskonale pamięta sukcesy polskiego kina na międzynarodowych festiwalach, o czym pisał m.in. w naszym „Magazynie”. Warto śledzić tę dyskusję.


"Obietnica" Anny Kazejak reprezentowała Polskę w sekcji Generation 14+ na Berlinale, fot. Kino Świat

  Nie znam się dobrze na międzynarodowej dystrybucji i promocji, widzę, że  w środowisku filmowym coraz więcej działa osób przygotowanych do roli agenta sprzedaży czy też promotora rodzimej kinematografii i lepiej przygotowanych do udziału w tej - jakże potrzebnej - dyskusji. Jest tylko jedna kwestia, w której chcę się wypowiedzieć, która również wraca jak meteor. Mianowicie chodzi o zakres interwencjonizmu państwa. Polski Instytut Sztuki Filmowej jest jednak przede wszystkim urzędem. Nie złoży wniosku na promocję za producenta, nie ułoży mu strategii, nie załatwi trailera i nie zdobędzie za producenta zainteresowania selekcjonera czy też dobrego agenta. Czy powinien monitorować produkcję? Na pewno. Czy powinien doradzać, przekonywać? Powinien. Dawać dotację na promocję? Pytanie. I wiadomo że to robi. Ale czy powinien wracać do praktyki sprzed 1989 roku i przejąć na siebie odpowiedzialność za pełną obecność polskiego kina za granicą? W moim przekonaniu – jednak nie.

Berlinale. Oczywiście, że chciałoby się mieć, jak rok temu filmy w co najmniej dwóch konkursach, w tym głównym, i wyjechać z nagrodami. Ale na razie mieliśmy kilka dobrych obrazów w kilku sekcjach, a etiopski film, przy którym pracowały dwie zdolne Polki, Monika Lenczewska i Agnieszka Glińska, otrzymał nagrodę publiczności sekcji Panorama. Ja także wierzę, jak Basia Hollender, że czas naszego kina również nadejdzie – i że wkrótce.

Zobacz również
Rekordowe Walentynki
Kukliński bohaterem kin
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll