PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BLOGI
Michał Oleszczyk
  10.12.2012
Grudzień to czas filmowych podsumowań, list i rankingów – z natury rzeczy niesprawiedliwych i wybiórczych. W tym roku, układając zwyczajową dziesiątkę filmów najlepszych, natrafiłem na problem szczególnego rodzaju: nie miałem żadnych wątpliwości, że na pierwsze miejsce zasługuje „Pewnego razu w Anatolii” Nuriego Bilge Ceylana, ale zarazem czułem, iż jedno z najintensywniejszych doznań kinowych 2012 nie mieści się nawet w kategorii filmu „dozwolonego” na podobnych listach.

Kadr z filmu „La luna” Enrico Casarosy, fot. materiały prasowe

„La luna”
Enrico Casarosy trwa zaledwie siedem minut i obejrzałem ją jako dodatek do „Meridy walecznej”. Od tamtego czasu nie mogłem o tym filmie zapomnieć, a dzięki nowej edycji krótkometrażówek Pixara dostępnej na polskim Blu-rayu, pojawiła się okazja do ponownej wizyty na cyfrowym księżycu. Nie rozczarowałem się, a zachwyt tylko spotężniał.

„La luna” to miniaturka, ale pojemna na tyle, by stać się wielopokoleniowym portretem trzech mężczyzn przy pracy. Dziad, ojciec i syn wypływają w morze pod osłoną nocy, wiosłując drewnianą łodzią i czekając na wschód księżyca. Niebo jest ultramarynowe, woda spokojna, nie znać wokół ani lądu, ani żywej duszy. Muzyka Michaela Giacchino faluje delikatnym, gitarowym rytmem, który nie pozostawiłby wątpliwości co do miejsca akcji filmu nawet, gdyby włoski tytuł nie czynił go oczywistym od pierwszego kadru. 

Z początku króluje rutyna i powszedniość – dziadek i ojciec kłócą się o ułożenie beretu chłopca, a malec nie do końca wie, którą stronę brać w sporach i którego z dorosłych wierniej naśladować. I wówczas pojawia się księżyc: wielki jak latający spodek, a zarazem możliwy do dosięgnięcia drabiną. Chłopiec wyrusza nań pierwszy i wkrótce zaczyna się mozolna robota: zamiatanie gwiazd zaścielających jego powierzchnię. Wygląd i faktura owych gwiazd jest jednym z najbardziej magicznych aspektów „La luny” – przypominają promieniujące ciepłem i światłem świąteczne pierniki, a zarazem uderzają o siebie z quasi-ceramicznym brzękiem. Są pozaświatowe i niegroźne zarazem; nie zdziwiłoby nas, gdyby bohater schował kilka do kieszeni niczym kolekcję muszelek.

Kiedy na księżyc spada kolejny kosmiczny odpadek – tym razem w postaci ogromnej gwiazdy, wbijającej się jednym z ramion w powierzchnię srebrnego globu – dziad i ojciec jak zawsze różnią się co do planu działania. Wszystkie ich spory są wyrażone językiem ciała i amorficzną mową udającą język włoski, tak że widz dzieli spojrzenie na dorosłych z najmłodszym bohaterem, nie do końca rozumiejącym mechanizmy ich waśni. Okaże się jednak, że to właśnie wyobraźnia chłopca, nieuwikłana w małostkowe niesnaski, umożliwi poradzenie sobie z kolosalnym (i pięknym) śmieciem. Jednym precyzyjnie wymierzonym stuknięciem młotka rozbija on gwiazdę dużą na setki gwiazd mniejszych, tak wielce zaskakując tym swych opiekunów, że po raz pierwszy unoszą oni w filmie krzaczaste brwi, do tej pory przesłaniające im oczy.

Podobnie jak inne krótkie arcydzieła Pixara – choćby „Dzień i nocTeddy’ego Newtona – tak i „La luna” obfituje zarazem w wizualne fajerwerki i głębokie znaczenia. Jest to film o rodzinie, o męskiej rywalizacji, o fizycznej pracy i o naturze rutyny. Starsi wiekiem i doświadczeniem nie dostrzegają rozwiązań, które młodym oczom narzucają się same – ale też młode ramiona nie dźwigają jeszcze bagażu cierpień i żalów, które każą wszędzie szukać zwady i które sprawiają, że człowiekowi nie chce się nawet podnieść krzaczastych brwi i rozglądnąć dokoła.
Michał Oleszczyk
Portalfilmowy.pl
Zobacz również
Box Office. Świąteczna animacja na topie w Mikołajki
Box Office. „Atlas chmur” wdrapał się na szczyt
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2021
Scroll