PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BLOGI
Rafał Pawłowski
  6.09.2012
Festiwal „Młodzi i Film” odwiedziłem po raz pierwszy w roku jego reaktywacji czyli latem 1999  roku. Mimo że mapa letnich imprez filmowych w Polsce była wówczas dużo bardziej uboga, niż dziś (Nowych Horyzontów nie było nawet w planach), to nie byłem już wówczas festiwalowym debiutantem. Za sobą miałem doświadczenia toruńskich edycji Camerimage.

Ponieważ pochodzę z sąsiadującego z Koszalinem Słupska, do wskrzeszonej imprezy podchodziłem z niekłamanym entuzjazmem. Dotąd znałem ją jedynie z rodzinnych opowieści. Na „Młodych i Film” pojechaliśmy grupą znajomych. Na miejscu spotkaliśmy kolejnych, w tym silną reprezentację Camerimage Film School, w której była m.in. słupszczanka Radka Franczak – dziś autorka ciekawego, nagrodzonego w Krakowie dokumentu „Gdzie jest Sonia”.


"Młodzi i Film", Koszalin 1999 r., fot. archiwum SFP

Reaktywacja była z pompą. Dwa konkursy debiutów: międzynarodowy i polski. Wysokie nagrody pieniężne dla zwycięzców. I goście z kraju i zagranicy. Po 13 latach w pamięci nie zostało zbyt wiele filmowych tytułów. Odkryciem byli dla mnie "Guzikowcy" Petera Zelenki. Pokazywany w konkursie międzynarodowym film zachwycił jury i był pewnym kandydatem do Wielkiego Jantara. Zamiast nagrody skończyło się skandalem. Ktoś bowiem odkrył, że Zelenka wcześniej zrealizował mockument „Mnaga - Happy End” i „Guzikowców” wykluczono z rywalizacji. Nie mógł tego przeboleć zasiadający w jury Cezary Harasimowicz, z którym zachwytami nad błyskotliwą komedią Zelenki przerzucaliśmy się w kuluarowej rozmowie blisko godzinę. A tytuł ten powracał jeszcze kilkakrotnie podczas naszych późniejszych spotkań przy różnych okazjach.

Drugim z zapamiętanych filmów jest "Poniedziałek" Witolda Adamka, który zgarnął Jantara w konkursie polskim. Z dziełem tym wiąże się pewna anegdota. Otóż po seansie wybraliśmy się ekipą na obiad do jednej z koszalińskich restauracji. Siedzieliśmy przy stole rozmawiając o filmie. Przypomniałem moim znajomym scenę, w której głównemu bohaterowi na ręce flamastrem zapisany zostaje numer telefonu komórkowego, a ponieważ zapamiętałem go, zaproponowałem byśmy zadzwonili. Odebrał mężczyzna, który, jak się okazało pracował przy realizacji filmu. Na ekranie można zobaczyć jego furgonetkę. Pozdrowiliśmy go i ekipę. A ja poczułem się, jakbym skierował rękę w ekran i niespodziewanie przełożył ją na drugą stronę.

Pamiętam też rosyjskiego reżysera, który wznosił toasty i po każdym z nich tłukł kieliszek o podłogę bankietowej sali hotelu Arka. Nazwiska nie pomnę, a filmu, który zrobił – tym bardziej. Pamiętam natomiast, że z Arki w imprezowym szale przenieśliśmy się do, wyjętej niczym z westernu, knajpy na przedmieściach o wdzięcznej nazwie Biały Koń. Tam w mak obracały się kolejne kieliszki.

Z nostalgią wracam do pierwszych moich dyskusji "Szczerość za szczerość", które odbywały się w lokalu przy nieistniejącym dziś koszalińskim kinie "Adria". Nie wiem, jak wyglądały te rozmowy w pierwszych dekadach koszalińskiej imprezy, ale pamiętam, że razem z prowadzącym galę Camerimage Michałem Lonstarem Łuszczyńskim wzięliśmy twórców w krzyżowy ogień pytań.

Z zakończenia w koszalińskim Amfiteatrze, którego gwiazdami byli Aleksander Domogarow i Justyna Steczkowska (gwiazdy filmu Magdaleny Łazarkiewicz "Na koniec świata") nie utkwił mi wcale wspólny występ wokalistki z Simple Acoustic Trio, lecz pewien wypalony na siatkówce oka obraz. Grupa żołnierzy za pomocą grubych marynarskich lin wciągająca na scenę fortepian, na którym potem grał lider SAT Marcin Wasilewski. Obraz będący łącznikiem z festiwalową przeszłością, gdy takie młodzieżowe czyny społeczne były na nim na porządku dziennym.

Do Koszalinie wracałem potem przez kolejne dziesięć lat. Ale to już wspomnienia na zupełnie inną opowieść. Niejedną. 


Rafał Pawłowski
Portalfilmowy.pl
Zobacz również
Box Office. “Ted” przebojem także w polskich kinach!
Box Office. Polscy widzowie zakochani w Rzymie.
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll