Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Zbliża się pora dyniowych latarni, czas więc przygotować sobie na wieczór stosowny repertuar filmowy (chyba, że planujemy nocny bieg przełajowy przez dzielnicę z okrzykiem “cukierek albo psikus!” na ustach).
Timothy Wiliam Burton udowadnia, że czasami bardziej się opłaca z uporem drążyć własne fobie i koszmary, niż walczyć o pasek na świadectwie (chłopak nie ma matury). Długa lista kasowych fabuł, świadczy o tym, że jest to teoria mająca pewne pokrycie w praktyce.
Kadr z filmu "Miasteczko Halloween", fot. materiały prasowe
Choć Burton od dawna nie musi się martwić ani o budżet, ani o casting, systematycznie wraca do animacji stop-motion. Jak sam wyznaje, ten rodzaj twórczości filmowej, ma w sobie wiele z magii, a animator przeobraża się w demiurga, który tchnie życie w nieożywioną materię. Zgadzam się z nim całkowicie.
Nawet najbardziej szalony demiurg, powinien jednak czasem, pamiętać o dyscyplinie.
“Vincent” (1982) to jeden pierwszych filmów animowanych Burtona, który wyraźnie pokazał, w którą stronę go ciągnie. Jest to biało-czarna, kukiełkowa opowiastka o chłopcu, który żyje w świecie swoich fantasmagorii i wyobraża sobie, że jest aktorem Vincentem Pricem (ulubiony aktor Burtona). Filmik zawiera wiele charakterystycznych burtonowskich tropów. Wyalienowany ze środowiska swoich rówieśników (ku rozpaczy rodziców) bohater, z wyraźną skłonnością do demonerki i gmerania w ciemnych aspektach swojej jaźni, wędrujący po ciemnych zakamarach w poszukiwaniu uczucia i bratniej duszy, to postać z pieczęcią firmową Burtona.
Vincent, pojawił się również we “Frankenweenie” (1984, pierwsze podejście). Jest to obraz, który tak mocno wstrząsnął disneyowskimi standardami produkcji familijnej, że nie tylko producenci nie zaryzykowali dystrybucji telewizyjnej, ale wręcz podziękowali Burtonowi za współpracę.
“Miasteczko Halloween” (1993), to wodewil kukiełkowy, o straszliwych skutkach wyprawy króla z Miasta Umarlaków do krainy Bożego Narodzenia. Odwieczny konflikt między ludycznymi “siłami ciemności” (reprezentującymi dzikie aspekty naszej natury), a światem uporządkowanych, cywilizowanych wartości, doprowadza do niezłego zamieszania przy wtórze upiornego dance macabre. Historia trzyma się głowy, więc można Burtonowi wybaczyć nawet okropnie pretensjonalne partie wokalne.
“Gnijąca Panna Młoda” (2005), to przewrotna love story. Victor, młodzieniec mocno rozdarty wewnętrznie, przed swoją ceremonią ślubną (z mezaliansem w tle), pakuje się w tarapaty. Trafia do Krainy Umarłych i musi stawić czoło konkurom nowej, demonicznej oblubienicy. Zanim uświadomi sobie siłę uczucia, jakie żywi do swojej ziemskiej narzeczonej, musi uporać się ze swoimi rozterkami i grupą, paradoksalnie mocno rozrywkowych, mieszkańców podziemnego świata.
Choć się pewnie narażę wiernym wyznawcom, muszę zaryzykować teorię, że im więcej Burton ma do wydania pieniędzy i im mniej ma nadzorców na karku, tym gorsze robi filmy. Po przeładowanej fajerwerkami technicznymi “Alicji w Krainie Czarów”, przyszedł czas na, niestety, kompletnie rozmemłany remake “Frankenweenie”.
Scenarzysta (John August) wraz z reżyserem i producentem (Tim Burton) zdecydowanie coś przedawkowali, a script-doctor był ewidentnie zajęty reanimacją innego scenariusza, na innej sali operacyjnej.
W rezultacie, na ekranie mamy absolutnie szalony coctail wszystkich ulubionych burtonowskich ingrediencji, który, zamiast uderzyć do głowy, powoduje mdłości. Po raz kolejny okazuje się się, że co za dużo, to niestety - nudno.
Grudniowy box office pokaże, czy ta próba sprzedania publice, co dusza zapragnie, a budżet udźwignie, się udała. Mam nadzieję, że Burton wróci do krótkich form, w których nie miał czasu (i pieniędzy) na więcej wątków, niż trzy.
Timothy Wiliam Burton udowadnia, że czasami bardziej się opłaca z uporem drążyć własne fobie i koszmary, niż walczyć o pasek na świadectwie (chłopak nie ma matury). Długa lista kasowych fabuł, świadczy o tym, że jest to teoria mająca pewne pokrycie w praktyce.
Kadr z filmu "Miasteczko Halloween", fot. materiały prasowe
Choć Burton od dawna nie musi się martwić ani o budżet, ani o casting, systematycznie wraca do animacji stop-motion. Jak sam wyznaje, ten rodzaj twórczości filmowej, ma w sobie wiele z magii, a animator przeobraża się w demiurga, który tchnie życie w nieożywioną materię. Zgadzam się z nim całkowicie.
Nawet najbardziej szalony demiurg, powinien jednak czasem, pamiętać o dyscyplinie.
“Vincent” (1982) to jeden pierwszych filmów animowanych Burtona, który wyraźnie pokazał, w którą stronę go ciągnie. Jest to biało-czarna, kukiełkowa opowiastka o chłopcu, który żyje w świecie swoich fantasmagorii i wyobraża sobie, że jest aktorem Vincentem Pricem (ulubiony aktor Burtona). Filmik zawiera wiele charakterystycznych burtonowskich tropów. Wyalienowany ze środowiska swoich rówieśników (ku rozpaczy rodziców) bohater, z wyraźną skłonnością do demonerki i gmerania w ciemnych aspektach swojej jaźni, wędrujący po ciemnych zakamarach w poszukiwaniu uczucia i bratniej duszy, to postać z pieczęcią firmową Burtona.
Vincent, pojawił się również we “Frankenweenie” (1984, pierwsze podejście). Jest to obraz, który tak mocno wstrząsnął disneyowskimi standardami produkcji familijnej, że nie tylko producenci nie zaryzykowali dystrybucji telewizyjnej, ale wręcz podziękowali Burtonowi za współpracę.
“Miasteczko Halloween” (1993), to wodewil kukiełkowy, o straszliwych skutkach wyprawy króla z Miasta Umarlaków do krainy Bożego Narodzenia. Odwieczny konflikt między ludycznymi “siłami ciemności” (reprezentującymi dzikie aspekty naszej natury), a światem uporządkowanych, cywilizowanych wartości, doprowadza do niezłego zamieszania przy wtórze upiornego dance macabre. Historia trzyma się głowy, więc można Burtonowi wybaczyć nawet okropnie pretensjonalne partie wokalne.
“Gnijąca Panna Młoda” (2005), to przewrotna love story. Victor, młodzieniec mocno rozdarty wewnętrznie, przed swoją ceremonią ślubną (z mezaliansem w tle), pakuje się w tarapaty. Trafia do Krainy Umarłych i musi stawić czoło konkurom nowej, demonicznej oblubienicy. Zanim uświadomi sobie siłę uczucia, jakie żywi do swojej ziemskiej narzeczonej, musi uporać się ze swoimi rozterkami i grupą, paradoksalnie mocno rozrywkowych, mieszkańców podziemnego świata.
Choć się pewnie narażę wiernym wyznawcom, muszę zaryzykować teorię, że im więcej Burton ma do wydania pieniędzy i im mniej ma nadzorców na karku, tym gorsze robi filmy. Po przeładowanej fajerwerkami technicznymi “Alicji w Krainie Czarów”, przyszedł czas na, niestety, kompletnie rozmemłany remake “Frankenweenie”.
Scenarzysta (John August) wraz z reżyserem i producentem (Tim Burton) zdecydowanie coś przedawkowali, a script-doctor był ewidentnie zajęty reanimacją innego scenariusza, na innej sali operacyjnej.
W rezultacie, na ekranie mamy absolutnie szalony coctail wszystkich ulubionych burtonowskich ingrediencji, który, zamiast uderzyć do głowy, powoduje mdłości. Po raz kolejny okazuje się się, że co za dużo, to niestety - nudno.
Grudniowy box office pokaże, czy ta próba sprzedania publice, co dusza zapragnie, a budżet udźwignie, się udała. Mam nadzieję, że Burton wróci do krótkich form, w których nie miał czasu (i pieniędzy) na więcej wątków, niż trzy.
Agnieszka Sadurska
Portalfilmowy.pl
Box Office. „Skyfall” niezwyciężone.
Box Office. James Bond z rekordem na starcie
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2026

