PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Z Andrzejem Fidykiem rozmawia Darek Kuźma
Jak to się stało, że polski absolwent handlu zagranicznego postanowił dokumentować różne oblicza świata?
Przypadkiem. Przez dwa lata po studiach pracowałem w Biurze Handlu Zagranicznego „Remex”. Nienawidziłem tej pracy. Dowiedziałem się w pewnym momencie, że Telewizja Polska ogłosiła konkurs na kierowników produkcji i wziąłem w nim udział. Przygotowywali się do realizacji "Sherlocka Holmesa" w koprodukcji z Anglikami i potrzebowali ludzi po studiach ekonomicznych ze znajomością języków obcych (ostateczne powstał serial "Sherlock Holmes i Doktor Watson" – przyp. red.). Znalazłem się w grupie piętnastu osób, które najlepsi specjaliści w firmie kształcili na kierowników produkcji. Czułem się tam tak, jakbym cofnął się na studia, ale szybko zorientowałem się, że nie chcę być kierownikiem produkcji. Udało mi się dostać etat dziennikarski i zacząłem robić małe felietony, a za pierwszy reportaż – trwający 20 minut Idzie "Grześ przez wieś" – dostałem nagrodę za debiut reżyserski na Ogólnopolskim Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Krakowie. Uznałem, że jeśli zostałem wyróżniony za coś, czego nie umiem robić – bo wtedy nie umiałem – to znaczy, że trzeba się tego po prostu nauczyć.

W książce „Świat Andrzeja Fidyka” dzieli się pan wspomnieniami z realizacji filmów dokumentalnych na czterech kontynentach. Czasem opisywane przygody wywołują śmiech, czasem gęsią skórkę, ale ani przez chwilę nie przestają fascynować. Czym jest w takim razie świat Andrzeja Fidyka? Gdzie przebiegają jego granice?
Odpowiem w sporym uproszczeniu, bo inaczej się nie da. Podjąłem kiedyś świadomą decyzję, że będę tym polskim dokumentalistą, który robi filmy na świecie, a nie w kraju. Dzisiaj sytuacja jest zupełnie inna, młodzi wyruszają na inne kontynenty, ale na przełomie lat 80. i 90. XX wieku nikt z Polski nie jeździł daleko. Mało kto był w stanie zorganizować taki budżet, zrobić logistykę, opracować koncepcję dokumentu kręconego za granicą. A gdy filmowcy rzeczywiście wyjeżdżali gdzieś dalej, przeważnie upajali się egzotyką. Ja miałem natomiast przykłady od kolegów z Holandii czy Anglii, że dokumentaliści potrafią wynajdywać interesujące tematy na krańcach świata, jechać tam bez kompleksów i realizować fajne filmy. Tak zapoczątkowałem mój świat, opisany częściowo w książce, ale jego granice ciągle ewoluują.

Teoria a praktyka to dwie różne rzeczy. Trudno było z początku zostawić polski bagaż kulturowy i otworzyć się na inność? Tym bardziej, że nie mówimy o inności europejskiej. Obserwował pan m.in. nierozerwalność biedy i przemocy w brazylijskim Rio de Janeiro oraz odkrywał obyczajowość i patriarchalną seksualność afrykańskiego Suazi.

Wszystko zaczęło się od "Defilady". Opisałem codzienność życia w totalitarnym reżimie w Korei Północnej, tyle że użyłem do tego języka propagandy typowego dla tego kraju. Po prostu zrobiłem film, jaki zrobiliby Koreańczycy, bo zdałem sobie sprawę, że takie propagandowe ujęcie bez żadnego komentarza może dać piorunujący efekt. Nie myliłem się, widzowie bez problemu czytali moje intencje między wierszami i oglądali z niedowierzaniem, jak działa ten supertotalitarny system. "Defilada" ukształtowała to, co od dawna instynktownie rozumiałem: w każdym kolejnym filmie chciałem pokazywać dany świat z punktu widzenia mieszkających w nim ludzi. Nie stawiać się w pozycji turysty czy dziennikarza, tylko żyć tam jakiś czas, bardzo dobrze zrozumieć mentalność ludzi i pozwolić im o niej mówić, pokazać ją na przykładach. Dlatego zdarzało mi się spotykać z odrzuceniem ze strony widzów i krytyków. Pamiętam, że gdy pokazywałem nagrany w Suazi Taniec trzcin na festiwalu IDFA w Amsterdamie, pojawiły się zarzuty, że uprawiam imperializm kulturowy, że ośmieszam ludzi, którzy mi zaufali. A ja nikogo nie ośmieszałem, po prostu pozwoliłem im opowiedzieć o znanym im świecie własnymi słowami. Okazało się to na tyle szokujące dla ludzi w Europie, że doszło do ostrej polemiki.

"Defilada", materiały promocyjne

W jaki sposób zdobywał pan w takim wypadku zaufanie swoich bohaterów?
W moim przypadku sytuacja była na tyle skomplikowana, że często rozmawiałem przez tłumacza, co niwelowało możliwość bardziej osobistego kontaktu. Od samego początku wyznawałem jednak zasadę, że jeżeli chce się kogoś otworzyć, trzeba szczerze – tak po ludzku, nie tylko zawodowo – być zainteresowanym nim i jego historią. Zadawać pytania, które nie są wcześniej wyuczone, lecz idą w ślad za tym, co dana osoba mówi. Wielu ludzi chce po prostu komuś o sobie opowiedzieć, zostać dobrze wysłuchanym, więc gdy wyczuwają, nawet instynktownie, że w rozmowie jest coś sztucznego, zamykają się. Kluczem jest zainteresowanie.

A jak te filmy zostały odebrane w krajach, w których je pan kręcił?

Za "Defiladę" miałem dostać medal od samego Kim Ir Sena, jednak nie doszło do tego na skutek protestów ambasadora Korei Północnej w Warszawie, który ze zgrozą obserwował, jak film jest odbierany przez Polaków. Potem przeważnie nie śledziłem tych informacji, ale wiem, że "Taniec trzcin" nie spodobał się w Suazi. Tamtejsze władze uznały, że udowadniam w nim, że ich wielowiekowe tradycje, z których są nieprawdopodobnie dumni, przyczyniają się do rosnącej w kraju liczby nosicieli AIDS. Co było w pewnym sensie prawdą, ale w filmie wynikało nie z mojej osobistej tezy, którą narzuciłem materiałowi jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć, tylko z tego, co i jak mówili mi ludzie do kamery. Ja starałem się rejestrować rzeczywistość tam zastaną.

Na czym polegało w pana przypadku „nasiąkanie” daną kulturą i obyczajowością? Miał pan jakąś sprawdzoną metodę?

Jako dokumentalista uważam, że o jakości każdego projektu decyduje w mniej więcej 80 procentach dokumentacja, ilość pracy włożona w przygotowanie się do niego. Kiedy przystępowałem do zdjęć – niezależnie od tego, czy chodziło o szkołę striptizu w Rosji czy o zjawisko karoshi, śmierci z przepracowania w Japonii – byłem w danym temacie jednym z największych specjalistów na świecie. Miałem przeczytane i obejrzane wszystko, do czego mogłem mieć dostęp. Taka była moja metoda, moja technika. Niezbyt wyszukana, po prostu dobry film musi składać się z dobrych elementów, a w ich wybieraniu pomaga solidna dokumentacja. W innym wypadku reżyser nawet nie wie, ile potencjalnie fajnych momentów mu ucieka.

Trudno było wracać do Polski z tych wielomiesięcznych wypraw do innych światów?
Same powroty nie były dla mnie nigdy problemem. Na ogół wracałem po prostu zmęczony. To były zawsze intensywne emocjonalnie wyprawy, pełne nerwów, często niepewności. Najwięcej nieprzewidzianych zmian zaszło chyba przy "Kiniarzach z Kalkuty". To rozgrywająca się w Indiach opowieść o objazdowym kinie, w której planowany główny bohater uległ dotkliwemu wypadkowi, a film ewoluował w coś zupełnie innego, niż zakładałem. W temacie wracania do kraju przypomina mi się natomiast śmieszny epizod po powrocie z Korei Północnej. Widzi pan, piesi nie mieli tam na szosie żadnych praw, samochód był zawsze ważniejszy, bo państwowy. Kierowcom nawet do głowy nie przychodziło zwalnianie, tylko trąbili klaksonami. Ja tak tym przesiąkłem, że gdy jechałem pewnego razu z żoną, moją wysłużoną skodą po polskich ulicach, zacząłem naciskać na klakson, nie spuszczając nogi z pedału gazu. Aż żona się przeraziła…


Andrzej Fidyk, fot. Borys Skrzyński SFP

Podobno planował pan nakręcić dokument o tym, jak ludzie upijają się w różnych kręgach cywilizacyjnych i częściach świata? Fascynująca i zupełnie nieoczywista perspektywa.
Pomysł zrodził się we mnie, gdy w tym samym czasie robiłem dwa filmy: "Historie z Yodok" o uciekinierach z północnokoreańskich obozów koncentracyjnych i "Białoruski walc" o pewnym malarzu znanym z wywrotowych poglądów. Zaobserwowałem, że ludzie upijają się z kompletnie innych powodów. W Korei Południowej na wesoło, w towarzystwie, a na Białorusi na smutno, często w samotności. Natomiast z pomysłu się wycofałem, bo ktoś mi słusznie uświadomił, że praktycznie żadna telewizja świata nie dopuszcza w reportażach pokazywania momentu upijania się. Pijanego można pokazać, ale nie chwili, gdy wlewa w siebie alkohol. To oznaczało, że film zostałby pozbawiony esencji, a ja uważam, że nie można widza oszukiwać. Dlatego, jak robiłem Rosyjski striptiz, wiedziałem od początku, że muszę pokazać rozbierające się dziewczyny. A w brytyjskiej prasie pisano potem, że w BBC1 nigdy nie było tylu „dyndających cycków naraz”.

Szkoda byłoby taki pomysł całkowicie porzucić. Czasy się zmieniają, może kiedyś się uda…

To niestety idzie w zupełnie odwrotną stronę. Poprawność polityczna jest dzisiaj tak duża, że nie mógłbym sobie pewnie pozwolić na wiele rzeczy, które kręciłem w latach 90., a co dopiero mówić o pokazywaniu upijających się na smutno, wesoło czy jeszcze inaczej ludzi.

Nie kusi pana, żeby wrócić do niektórych z tych historii, nakręcić suplement, dopisać kolejny rozdział, zobaczyć, czy coś się zmieniło u bohaterów?
Z założenia nie, ale raz rzeczywiście chciałem wrócić do dawnego filmu. Zastanawiałem się, co się dzieje paręnaście lat później z bohaterkami Rosyjskiego striptizu, które nagraliśmy podczas nauki w szkole striptizu. Czy zostały czyimiś żonami, czy może stały się prostytutkami. Okazało się, że najciekawsza i najinteligentniejsza z dziewczyn zainteresowała się po naszym wyjeździe pracą filmową, zdała egzamin do słynnej moskiewskiej szkoły WGIK i została reżyserką. Zaproponowałem jej wspólny dokument, w którym ona byłaby bohaterką poszukującą dawnych koleżanek ze szkoły, ale niestety nie znaleźliśmy żadnej z nich. I pomysł upadł, choć był bardzo fajny.

Czuł pan w czasie zdjęć do Rosyjskiego striptizu bądź innego projektu, że coś pan zmienia w życiu ludzi, że sama obecność pana ekipy wpływa na otaczającą rzeczywistość?
Wiem, o co panu chodzi, ale nigdy nie miałem takich myśli. Naprawdę. Jest wielu świetnych dokumentalistów, którym najlepiej wychodzą filmy, w których oni o coś walczą. Na przykład Hania Polak kręci wspaniałe rzeczy o Rosji. Dla mnie celem nie jest naprawianie świata, tylko ciekawe opowiadanie o nim za pomocą dobrych filmów. Tego zresztą uczę także studentów.

A czego ich pan uczy w kontekście podejścia do bohatera?
Że podczas realizacji filmu dokumentalnego liczy się tylko jedna zasada: żeby nie zrobić nikomu krzywdy. Dlatego w trakcie pracy nad "Rosyjskim striptizem" obiecałem dziewczynom, że filmu nigdy oficjalnie nie będzie można obejrzeć w Rosji. I słowa dotrzymałem. Poza tą jedną zasadą wszystko jest dozwolone. To w końcu kino, praca artystyczna, trzeba bez przerwy kombinować, zmieniać koncepcję, myśleć szybko i pracować efektywnie, a nie uważać, że wystarczy postawić kamerę i materiał znajdzie się sam. Uczę studentów, że dobry dokument to taki, który będzie ciekawy dla widza, którego wcześniej dany temat w ogóle nie interesował. Że reżyser powinien wykreować na ekranie tyle fajnych, groźnych, śmiesznych czy fascynujących sytuacji, że zainteresuje rockiem osobę, która w życiu nie myślała, że będzie słuchała takiej muzyki.

"Taniec trzcin", materiały promocyjne

Będę jednak ciągnął temat bohatera dalej. Zdarza się przecież, że dokumentaliście wydaje się, że nie robi nikomu krzywdy, a potem rzeczywistość weryfikuje wszelkie założenia.
To prawda, ale zawsze pilnowałem tej zasady jak oka w głowie i nie doszły do mnie nigdy wieści, że kogoś przypadkiem skrzywdziłem. To kwestia myślenia w kategoriach konsekwencji, nawet tych najbardziej nieoczywistych. Gry robiłem w Korei Południowej "Historie z Yodok", rozmawiałem z wieloma więźniami północnokoreańskich obozów koncentracyjnych, którzy z nich uciekli i przedostali się przez granicę. Dokonywałem selekcji bohaterów do filmu ze świadomością, że władze Korei Północnej mogą wyciągnąć srogie konsekwencje wobec ich rodzin, więc zaprosiłem do współpracy tylko tych, którzy już wcześniej pojawili się w mediach południowokoreańskich, czyli podjęli zawczasu decyzję, by zaryzykować życiem bliskich. W ten sposób odpadło mi kilku bardzo mocnych rozmówców, ale nie miałem zamiaru odpowiadać za czyjeś cierpienie.

W „Świecie Andrzeja Fidyka” opisuje pan zagraniczne projekty, ale przecież kręcił pan również w Polsce. Choćby często przywoływane w zeszłym roku ze względu na 30. rocznicę upadku komunizmu "Ostatki", w którym zarejestrował pan koniec PZPR.

Rzeczywiście udało mi się uchwycić moment historyczny, ale muszę przyznać, że był to jedyny mój film, który zrobiłem bez przygotowania. O ostatnim zjeździe Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej dowiedziałem się dwa dni przed faktem i udało mi się tylko ustalić, że wszystkie opozycyjne organizacje planują demonstracje przed Salą Kongresową. Co się jednak okazało? Że gdy się nie ujawnialiśmy, pod budynkiem nic się nie działo. Krzyki „Precz z komuną!” zaczynały się dopiero, gdy wychodziliśmy i zadymiarze dostrzegali kamerę. To z kolei uruchamiało milicję i zaczynał się cały cyrk. Gdy na zewnątrz nie było dziennikarzy, nikt się nie wyrywał. Ludzi motywowała kamera. To była ważna nauka. "Ostatki" służą mi też za przykład dla studentów, żeby byli zdyscyplinowani na zdjęciach. Nagrywaliśmy wtedy wszystko, co wydawało nam się ciekawe, więc na montażu miałem tak dużo materiału, że wszystkiego nie obejrzałem. A potem, kiedy było za późno, znalazłem najlepszą scenę filmu. W filmie jest sekwencja ujęć, w których delegaci PZPR śpią lub przysypiają na sali. Moi operatorzy chodzili złośliwie między rzędami i nagrywali każdego, kto drzemał, a potem ja to zmontowałem w jeden ciąg. Rzeczone wspaniałe ujęcie, które do filmu nie weszło, ukazywało śpiącego delegata, który budzi się przy okazji braw na sali i sam zaczyna klaskać, nie wiedząc z jakiego powodu. Niby drobiazg, ale jakże wymowny.

No dobrze, to co teraz dzieje się w świecie Andrzeja Fidyka? Przestał pan kręcić dokumenty pełnometrażowe, pana autorski cykl telewizyjny „Czas na dokument” został zawieszony, ale nie wierzę, że siedzi pan bezczynnie.
Nie mam ochoty robić dużych filmów dokumentalnych, ale w zeszłym roku wciągnęła mnie bez reszty praca nad serialem dla Canal+ . To zupełnie oryginalny format, który wymyśliliśmy wraz z dokumentalistką Joanną Frydrych. Projekt nosi tytuł "Chwile szczęścia". Śledzimy w nim trójkę bohaterów – jeden jest świetnym tatuatorem, drugi jednym z najlepszych polskich fryzjerów, a uzupełnia ich śliczna i mądra masażystka – którzy jeżdżą po południu Polski i… rozdają ludziom chwile szczęścia. To znaczy, oferują ludziom za darmo swoje usługi, a oni opowiadają im własne historie. Wszyscy klienci zostali wcześniej zdokumentowani i odpowiednio dobrani, nie było w tym przypadku, ale same historie są prawdziwe, szczere, mocne. Zawsze interesowały mnie historie zwyczajnych ludzi. Już po odejściu z Telewizji Polskiej nakręciłem na podobnej zasadzie dla kanału TLC serię "Babski blues", opowieść o sprzątaczkach – mądrych, pełnych godności kobietach, o których wiele osób ma bardzo złe zdanie. Moje credo od dawna brzmi: gdyby ludzie byli wszędzie tacy sami, świat byłby nudny.

Rozmawiał Darek Kuźma


Darek Kuźma
"Magazyn Filmowy SFP" 119-120/ 2021
  6.02.2022
Andrzej Papuziński – mistrz kina o sztuce
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2022
Scroll