PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BAZA WIEDZY
DOKUMENT
Janusz Majewski (1931): W łódzkiej szkole minęliśmy się, on w 1955 skończył ją, ja zacząłem. Poznaliśmy się dopiero w latach 60., w WFD. Moje pierwsze wrażenie: człowiek skupiony, oschły, zamknięty, introwertyk, ale w związku z tym ktoś nieprzeciętny. Kiedy poznałem jego filmy, a potem bliżej jego osobiście, zobaczyłem niezwykłą empatię, jaką darzy ludzi, swoich bohaterów, portretowanych ze zrozumieniem, z wyrozumiałością, z czułością – wtedy mi zaimponował. I imponuje do dziś.
Marcel Łoziński (1940): Kilka razy oglądałem "Muzykantów" i dopiero za którymś razem zrozumiałem, że obrazy, które zapamiętałem: małe mieszkania, łóżka z puchatymi kołdrami, święte obrazy na ścianach, ręcznie haftowane serwety, kryształowe wazony ze sztucznymi kwiatami, synek przy kuchennym stole odrabiający lekcje – że to wszystko narodziło się w mojej głowie. Na ekranie była po prostu tylko próba orkiestry, ale sfilmowana takim magicznym sposobem, że to, co sobie wyobrażałem, istniało naprawdę, tylko było ukryte pod tym, co na pierwszy rzut oka było widać. Kazimierz Karabasz, jak prawdziwy sztukmistrz pokazał mi, że w kinie można zobaczyć i usłyszeć coś, czego na ekranie w ogóle nie ma, ale ja zapamiętam, że to widziałem i słyszałem.


Spotkanie Kazimierza Karabasza z Franciszkiem Wróblem, bohaterem jego słynnego dokumentu Rok Franka W. (1967). Efektem tego spotkania po latach stała się realizacja Pana Franciszka (2006).Fot. Mikołaj Jazdon

Witold Stok (1946): Lata 70. Ten niezwykły, bezpretensjonalny człowiek, zaraził nas wirusem dokumentu. Odkryliśmy, że zdrowo jest być ciekawym zwykłego szeregowego człowieka. W niepowtarzalnej chemii pomiędzy Karabaszem a Stasiem Niedbalskim nic bardziej się nie liczyło niż prawda twarzy.
Podczas Camerimage 2005 w Łodzi poszedłem do naszej starej szkoły sprawdzić parę szczegółów technicznych przed warsztatem dla studentów trzeciego roku. I nagle, w poczekalni rektora – miejscu zwykle psychologicznie związanym z oczekiwaną naganą – spotkałem profesora Karabasza. Prawie 40 lat przedtem robił wrażenie, jakby dekadę starszego niż naprawdę, głęboko skoncentrowanego i mimo całej jego ciągłej ciekawości człowieka – również nieco zamkniętego w swoim świecie. Człowiek czuł się trochę, jakby w obecności arcykapłana najczystszej odmiany analitycznego dokumentalizmu, rozbitka na wyspie jego bardzo własnej wrażliwości. Ile w tym było zewnętrznej maski ochronnej, a ile niezbędnej twórczej prywatności?
Nie widzieliśmy się przez trzy dekady, od czasów WFD. Utyłem, włosy przyprószył szron. Pomyślałem, lepiej przedstawię się. Ale nie, jego oko dokumentalisty działa doskonale i naturalnie rozpoznał mnie od razu. Nie zmienił się. Oczywiście, jest kilka zmarszczek, trochę mniej włosów. Ale oczy badawczo przymrużone dokładnie tak samo sięgają do wnętrza, ten sam uśmiech ojca spowiednika rozbraja jak zawsze. Wydaje się, że przestał starzeć się, jakby zdołał przerwać wysiłki czasu. Teraz jest w tyle za kalendarzem 10 lat lub więcej. I tak też mu mówię – niespecjalnie z uprzejmości, ale po prostu z tego, co naprawdę widzę. – „Ale, ale... – mówi – panie Witoldzie, jednakowoż...”. I nawet, co nadzwyczajne, uznaje za właściwe, aby mnie skomplementować. –„Pamiętam i cenię pana Film o Babci”. I dodaje: „Wie pan, często pokazuję ten film moim studentom. Mogę nawet przywołać jego niektóre cięcia...”. To jak mówi, nie brzmi jak konwencjonalna konwersacyjna uprzejmość, być może naprawdę przypomina sobie ten mój krótki dokument. Rosnę oszołomiony, takie słowa od prawdziwego mistrza – ważniejsze od nagród. Mówię mu, jak interesujące są spostrzeżenia o patrzeniu dokumentalnym w jego książce. Na co profesor odpowiada, jak zwykle - mentalnie wyprzedzając rozmówcę – że tak, dziękuje, ale wydał od tego czasu trzy następne. Czuję się jakoś specjalnie naszprycowany przez te kilka minut rozmowy z profesorem. Wydaje się, że on wciąż ulatuje w rzadszym powietrzu niż reszta nas.
Tydzień później dostałem kopertę A4 z jego trzema nowymi książkami, z miłą dedykacją. Wewnątrz, prawdziwe perły mądrości. Kiedy jest najlepsza chwila, aby włączyć aparat? Kogo filmować? Zwróć uwagę na ludzi, którzy są gotowi otworzyć się, którzy chcą się uwolnić od obcisłej zwyczajności i pozostawić coś po sobie. Najbardziej obiecujący są ci, którzy potrafią utrzymać zdolność bycia sobą – także w obecności ekipy filmowej. Trzymaj się blisko rzeczywistości, ale umiarkowanie, a nie w złudnych odświętnych chwilach. Mam wrażenie, że choć to przecież rady dla młodych dokumentalistów, nie mógł przez to lepiej powiedzieć o samym sobie”.


Kazimierz Karabasz na planie filmu "Pan Franciszek" (2006), fot. Mikołaj Jazdon



Andrzej Sapija (1954): Dzieli nas spora różnica wieku – 24 lata. Byłem jego studentem. Potem przez kilka lat prowadziliśmy wspólnie zajęcia z filmu dokumentalnego na latach magisterskich w Szkole Filmowej w Łodzi. To on zaproponował mi ten wspólny pedagogiczny układ. Obserwowałem go na zajęciach. Jako pedagog był przede wszystkim wymagający. Najpierw od siebie, a potem od innych. Wkładał w zajęcia całą energię, siły, skupienie. Cierpiał, kiedy zajęcia były odwoływane. Nie rozumiał nieobecności studentów. Wymagał od nich przede wszystkim powagi i zaangażowania. Robienie filmu było dla niego czymś niezmiernie ważnym i odpowiedzialnym. Nie wszyscy gotowi byli sprostać tym wymaganiom. Ale ci, którzy zdecydowali się na taką współpracę, otrzymywali coś więcej, co wychodziło poza sferą warsztatową. Dochodzili do pewnej koniecznej, pożądanej przy pracy nad filmem, sfery świadomości. I byli mu za to wdzięczni.

Michał Rogalski
(1970): Kazimierz Karabasz nauczył mnie obserwować małe zwycięstwa. Takie jak zwykle człowiek w życiu odnosi. Kiedy przyniosłem mu pierwsze materiały do dyplomowego Filmu życia, byłem przekonany, że mnie wyrzuci. Tam się nic nie działo. Jacyś ludzi kręcili się w kółko, desperacko próbując zapanować nad swoim chaotycznym życiem. Żadnych łez, krzyków, rozdzierania szat. Myślałem, że żadnego materiału na film tam nie ma. Nuda. A jednak Karabasz był zachwycony, bo pod tym „nic” czaił się prawdziwy dramat codziennej egzystencji. Dzięki niemu ten film powstał i okazał się całkiem niezły. Nigdy potem nie zrobiłem tak prawdziwego dokumentu. Ta nauka obserwacji małych zwycięstw pomogła mi też chyba cieszyć się moimi małymi zwycięstwami.

Leszek Dawid
(1971): Pierwsze spotkanie z Karabaszem to była Szkoła Filmowa w Łodzi. Egzamin wstępny. Trzeci etap. Wyłożyłem właśnie na stół moje zdjęcia. Podszedł Karabasz i wziął chyba najgorsze z nich – jakiś plener z ławką. Zdjęty strachem, natychmiast zapomniałem, po co je zrobiłem i dopadła mnie oczywista myśl – to był idiotyczny pomysł, żeby coś takiego przynieść na egzamin. Ale Karabasz pochylił się nad tą ławką i zobaczył w niej coś prostego i szczerego. Zadał kilka pytań, pochwalił zdjęcie i obronił w nim uczciwość, w którą sam na chwilę zwątpiłem. To była ważna lekcja jak w prostych rzeczach dostrzegać ich niezwykłość. Na tym polega ogromna siła Karabasza.

Małgorzata Szumowska
(1973): Kazimierz Karabasz to obok Wojciecha Jerzego Hasa najważniejszy mój nauczyciel, właściwie śmiało mogę powiedzieć człowiek, który ukształtował mnie jako reżysera. Karabasz poświęcił mi wiele uwagi, wiele długich rozmów o tym, czym jest pokora wobec swoich bohaterów, czym jest wybór miejsca, w którym stawiasz kamerę, gdy na nich patrzysz, czas, który z nimi spędzasz i w końcu montaż, który w dokumencie spełnia funkcję szczególną. Montażu również uczyła Lidia Zonn (prywatnie żona Kazimierza Karabasza – przyp. red.) i te dwa głosy wspaniale się uzupełniały. Gdyby nie Karabasz, nie powstałaby Cisza, mój trzecioroczny film dokumentalny, dzięki któremu właściwie zaczęła się moja międzynarodowa droga. Karabasz był uważny na swoich uczniów, skupiony, i tej uważności na drugiego człowieka uczył. To jedna z większych lekcji, jaką dostałam zarówno jako filmowiec, jak i człowiek.

Wojciech Staroń (1973): Kazimierza Karabasza widywałem w Studiu Kronika w WFD, gdzie pod koniec szkoły filmowej zacząłem pracować jako operator. Zazwyczaj chodzili we dwójkę z Lidią Zonn, którą pamiętałem ze szkoły, eleganccy, spokojni, dostojni…
Kolejne spotkanie, podczas którego się poznaliśmy: pan Kazimierz razem z Marcelem Łozińskim oglądają pierwszą układkę Syberyjskiej lekcji – i to jest dla mnie zimny prysznic… Ale wyczuwam u Karabasza ciekawość i wrażliwość, i jakby nieco skrywaną sympatię. Dużo satysfakcji miałem, gdy za jakiś czas poprosił mnie o kasetę VHS z Syberyjską lekcją, by ją pokazać studentom.
Powiedział mi kiedyś, że w domu ogląda telewizję ze zdjętym kolorem, bo bardziej ciekawi go świat czarno-biały.
Był dobrym duchem dla mnie początkującego dokumentalisty. Do dziś jego Rok Franka W. jest dla mnie bardzo ważnym, ponadczasowym filmem. Podziwiam go za jego wytrwałość i konsekwencję, że nie rozstaje się nigdy z kamerą lub aparatem fotograficznym.”

Rafał Skalski (1985): „Dla mnie filozofia profesora Karabasza jest esencją myślenia o dokumencie: aby przede wszystkim kręcić filmy o zwykłych ludziach, aby szukać i czasem znajdować rzeczy nadzwyczajne w sytuacjach banalnych. Żeby stawiać pytania, zamiast na siłę dawać odpowiedzi. Profesor z uporem, ale też ciepłem na każdych zajęciach stawiał nam pytania: po co chcesz to robić? A przede wszystkim – „W IMIĘ CZEGO chcesz zrobić ten film?”. To pięknie postawione pytanie staram się, za profesorem Karabaszem, powtarzać przy każdym kolejnym projekcie.

Maria Kolano-Pecyna (bohaterka filmów Kazimierza Karabasza: Przenikanie, 1978; Lato w Żabnie, 1977 oraz Czas podwójny, 2001): Moje pierwsze spotkanie z panem Kazimierzem Karabaszem to rok 1975. Właśnie przyjechałam do Warszawy z odległego zakątka Polski, nieco zagubiona i przytłoczona dużym, tętniącym życiem miastem. Życiowy plan to indeks renomowanej uczelni SGGW. Na mojej drodze wówczas pojawił się skromny, na pozór zwyczajny człowiek, który w tłumie młodych, przebojowych ludzi dostrzegł mnie, dziewczynę ze wsi. Pan Kazimierz zobaczył we mnie bohaterkę swojego filmu. To było niezwykłe doświadczenie, znajomość na długie lata z człowiekiem potrafiącym dostrzegać to, co ważne w codziennym życiu zwyczajnych ludzi. I choć pan Kazimierz Karabasz w mych wspomnieniach jest cichym, cierpliwym obserwatorem, w mym sercu jest wielkim człowiekiem

Mikołaj Jazdon
"Magazyn Filmowy. Pismo SFP" 69, 2017
  18.03.2018
Kazimierz Karabasz – dokumentalista honoris causa
Wincenty Ronisz: Drogi do prawdy
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll