PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
NIEPODLEGŁOŚĆ
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
Niepodległość
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BAZA WIEDZY
DOKUMENT
Piękne, ale i przedziwne jest kino Bogdana Dziworskiego, laureata nagrody Platynowego Zamku 20. Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych Off Cinema w Poznaniu.
Samo nazwisko Bogdana Dziworskiego podpowiada skojarzenia przylegające do wymowy i charakteru jego niezwykłych dokonań filmowych – te krótkometrażowe obrazy mówią o zadziwieniu światem portretującego go artysty. Stworzone do oglądania po wielokroć, budzą podziw dla artystycznego kunsztu, wyobraźni i oryginalności. Jakaś prawda o talencie tego wielkiego artysty kina kryje się w jego umiejętności dostrzegania i pokazywania na ekranie, że epicentrum wydarzeń nie znajduje się wcale tam, gdzie spogląda większość, ale tam, gdzie nie patrzy prawie nikt poza nim. Już w zrealizowanej wspólnie z Edwardem Bernsteinem (Żebrowskim) w łódzkiej PWSF dokumentalnej etiudzie, "Szkoła uczuć" (1963, Dziworski podpisał ją jako autor zdjęć), po raz pierwszy zabłysnął talent tego filmowca. W tym reportażu z meczu bokserskiego tylko przez chwilę spoglądamy na walczących pięściarzy, gdyż kamera Dziworskiego koncentruje się na innych emocjonujących zmaganiach –  malujących się na twarzach widzów obserwujących walkę na ringu. To tu rozgrywa się wyjątkowy i niepowtarzalny spektakl nie do zobaczenia bez pośrednictwa filmowca. Bo któż obserwuje emocje malujące się na twarzach innych kibiców, skoro przyszedł oglądać pojedynek pięściarski?

Odkrywanie cudowności w zwyczajności to charakterystyczny rys twórczości autora "Dwuboju klasycznego" (1978). Film zawiera scenę wiele mówiącą o stylu pracy „Dziwora”. Już na samym początku kamera odwraca się od biegnących narciarzy, na których skierowane są spojrzenia kibiców, i zaczyna śledzić ruchy osobliwego „sportowca”. Ubrana w czerwoną kurtkę, spodnie i kapelusz kobieta, pochylając się niczym skoczek narciarski, precyzyjnie wymierzonymi ruchami ramion celuje w stronę mijających ją w pędzie biegaczy. W dłoni trzyma kubek z wodą, a może gorącą herbatą. Przechylając się z nogi na nogę, niczym szermierz, wyczekuje odpowiedniego momentu, by rozpędzonemu zawodnikowi podać w biegu naczynie, nie narażając go na oblanie, ani tym bardziej utratę kropli ożywczego napoju. Nie słychać tu wrzawy zawodów, gwizdów, czy megafonowych anonsów. W kompletnej ciszy skrzypią tylko stawiane na śniegu kroki Siostry Warszawskiej (tak nazywali ją uczestnicy zawodów, jak zapamiętał reżyser) i słychać świst przejeżdżających narciarzy. Dziworski łowi kamerą zdarzenia, które nie zainteresują żadnego korespondenta sportowego – opowiada historię odczepionej narty sunącej samotnie po stoku skoczni aż do swego kresu, na skraju skalnej przepaści, czy, jak w "Fechtmistrzu" (1980), spogląda na wróbla krążącego pod sufitem hali sportowej, by porównać ruchy szpadzistów do zwinności jego podrygów.

Jedna z zasłyszanych przeze mnie przed laty anegdot trafnie oddaje odmienność kina Bogdana Dziworskiego. Opowiada o operatorach, którym zlecono sfilmowanie stolarza pracowicie piłującego deskę. Każdy szuka gorączkowo najdogodniejszego miejsca dla swojej kamery. Jeden kieruje ją na raz po raz zagłębiającą się w drewnie piłę, drugi kadruje utrudzoną i zroszoną potem twarz starego majstra, trzeci z poziomu posadzki szerokokątnym obiektywem obejmuje całość. Tylko czwarty operator idzie na przeciwległą stronę i wpatruje się przez obiektyw swego aparatu w maleńki wiórek na końcu długiej deski, podskakujący miarowo, w rytm cięć… To właśnie Bogdan Dziworski.

Określenie „kino poetyckie” pasuje do niego bardziej niż do kogokolwiek innego. Dziworski podąża swoją własną drogą, rozwijając i pieczołowicie chroniąc świeżość spojrzenia na świat. W pamiętnym ujęciu z "Kilku opowieści o człowieku" (1983) pojawia się wolno sunący po rzece statek. W pełnym słońcu, na tle bujnej nadbrzeżnej zieleni, majestatyczny kolos mija żelazny most, z którego za chwilę oderwie się sylwetka człowieka bez ramion, pikującego w dół, do wody, z gwizdem spadającej bomby. Ikar jak z Pietera Bruegela – gdyby nie świst, czyli ten tak charakterystyczny dla Dziworskiego sposób wysuwania dźwiękiem na plan pierwszy zdarzeń i detali z dalekiego tła – pewnie byśmy go nie zauważyli. Minie jeszcze kilka minut tej fascynującej filmowej opowieści, gdy uświadomimy sobie, że ten Ikar – w jakimś sensie, nadanym tej postaci przez reżysera – wcale nie spadał, a właśnie wznosił się ponad swe zdawałoby się nieprzekraczalne ograniczenia, jak w na poły fantastycznym finale filmu.

Z podobnych momentów utkane jest kino Dziworskiego. Chwile podpatrzone, a czasem sprowokowane, czy zainscenizowane, sfilmowane raz w lekko zwolnionym tempie, a innym przyspieszonym. Odnajdujemy je w filmowych opowieściach o małych miasteczkach i zakątkach Polski, w "Trenie dla miasta Szydłowa" (1974), czy w "Podróżach Georga Philippa Telemanna z Żar do Pszczyny" (1974), obrazkach życia cyrkowców – jak w "Arenie życia" (1979), czy "Szapito" (1984), portretach artystów malarzy ("Obraz", 1979; "Sen", 1987) i we wspomnianych filmach o sportowcach – "Pięcioboju nowoczesnym" (1975), "Hokeju" (1976), "Olimpiadzie" (1978), "Fechtmistrzu" (1980), czy "Scenach narciarskich z Franzem Klammerem" (1980; współreżyseria Zbigniew Rybczyński i Gerald Kargl). Pokazane w nich ludzkie zmagania dzieją się jakby poza czasem historycznym, bo trudno w tych filmach znaleźć wyraźniejsze wzmianki o jakimś tu i teraz. Próżno szukać w nich informacji, jacy to zawodnicy i w jakim meczu hokejowym toczyli zażarty bój na lodzie, pomrukując niczym zmagający się na lodowcu troglodyci ("Hokej"), lub na jakiej mecie padali z wyczerpania biegacze, ostatkiem sił rozgryzający podane im do ust kostki cukru ("Dwubój klasyczny"). Nie o to też chodzi w sztuce Dziworskiego. Ucieka on od faktograficznych referencji, by odmalować cud rzeczywistości. „Montażowe widzę” – hasło awangardowego dokumentalisty Dzigi Wiertowa – którego nie waham się nazwać patronem twórczości Dziworskiego – podwaja się w filmach polskiego poety ekranu w widzenie zintensyfikowane efektami dźwiękowymi (ale nie słowem, bez którego jego filmy w swej większości się obywają), wydobywającymi z tła to, co umyka gołemu i głuchemu oku.

Fotografie Dziworskiego (także zaprezentowane na wystawie otwartej na tegorocznym Off Cinema) mają wiele wspólnego z jego filmami, bo artysta ten patrzy na świat, dostrzegając zdarzenia ulotne, do złapania jak owad w bursztyn. Fotografowanie i filmowanie nie konkurują u niego, ale się uzupełniają. Otwarte usta, zmarszczone brwi, rozszerzone źrenice – Dziworski utrwala na zdjęciu i gromadzi kolekcję min, spojrzeń, wyrazów twarzy, póz. Krótkometrażowy Obraz (1979) ogląda się jak film naśladujący sposób widzenia fotograficznego. Autor chwyta w locie najdrobniejsze ślady emocji i myśli przebiegających przez twarz młodej malarki. Opisane w zwolnionym biegu taśmy filmowej pozwalają nam wpaść na trop procesu twórczego pulsującego tuż pod powierzchnią jej oblicza. Na końcu patrzymy na efekt – powstający obraz na płótnie, dzieło pięknej artystki. Ale film okazuje się też obrazem, nie tylko na mocy swego tytułu, co talentu i kunsztu reżysera tych ruchomych fotografii.
Tadeusz Konwicki, admirator tej twórczości i pierwszy widz filmów Dziworskiego, tuż przed ich finalnym dopracowaniem, napisał o jego fotografiach we wstępie do katalogu „1/250”: „Zdjęcia zdumiewające. Czytam je, tak, właśnie czytam jak wiersze. Na pierwszy rzut oka robią wrażenie fotografii reporterskich. Wyzute z pokus estetyzowania, malarskich nastrojów, tego natrętnego artyzmu, który czai się w aparacie fotograficznym. Są często nawet brutalne. Po chwili wszakże doznaję olśnienia, spostrzegam morał, przesłanie, niezwykłość zaobserwowanej chwili naszego życiorysu. I tak jak w wierszu rozkoszuję się metaforą, hiperbolą czy poetyckim symbolem ukrytym w zgrzebności naszego powszechnego bytu. Często się uśmiecham, bo Dziworski jest nam życzliwy, a już dzieci to naprawdę uwielbia. Bo i on jest dzieckiem, dzieckiem daru Bożego”.

Podczas jubileuszowego, 20. Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych Off Cinema w Poznaniu, znakomity polski autor filmowy, operator i fotograf, realizator filmów krótkometrażowych, Bogdan Dziworski, odebrał nagrodę Platynowego Zamku za całokształt twórczości.

Mikołaj Jazdon
"Magazyn Filmowy SFP", 64 / 2016
  26.02.2017
fot. M. Kaczyński CK Zamek
Drążenie Drążewskiego
Marek Kraszewski: człowiek-orkiestra
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll