PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BAZA WIEDZY
DOKUMENT
Z Pawłem Łozińskim rozmawia Ola Salwa

Nagrywa się? 

Tak.
Sprawdzę, dobrze? Wie pani, jak trudno jest, gdy trzeba coś powtarzać, robić duble. Parę razy mi się to zdarzyło.

W takim razie, proszę sprawdzać. Jak pan, dokumentalista, czuje się po drugiej stronie sprzętu nagrywającego? Zwykle to pan zadaje pytania.
Sytuacja jest niezręczna. Siedzimy w kawiarni, przy stoliku obok ktoś słucha, patrzy. Nie ma intymności. Ja bym w takiej sytuacji nic ze swojego bohatera nie wyciągnął. Choć te sytuacje nie są do końca identyczne, bo w dokumencie staram się nie robić wywiadów, tylko obserwować czyjeś życie, słuchać rozmów. W filmie często tak właśnie jest - mamy bohatera, mamy reżysera zadającego pytania i coś nie idzie. Na dokumentacji wszystko było w porządku, a teraz bohater jest skrępowany i zastanawiamy się, co jest źle? Czy to dlatego, że mam kamerę, mikrofon, czy chodzi o coś innego? Potem szukamy wyjścia z kryzysowej sytuacji. Tak było w przypadku filmu "Werka", który właśnie skończyłem. Miałem ciekawą bohaterkę, Edytę, pracownicę fabryki zapałek w Czechowicach-Dziedzicach. Miała za sobą trudne życie, a na dodatek marzyła, żeby zaadoptować głucho-niewidomą małą dziewczynkę - Werkę. Jedyne intymne miejsce do rozmowy, jakie udało nam się znaleźć było w jej pracy. Ale nie w głównej hali, bo tam jest straszny hałas, tylko w takiej salce obok. Prawie cały dzień byliśmy sam na sam, trochę ją filmowałem przy pracy, a jak szła odpocząć, rozmawialiśmy. Edytka patrzyła przed siebie, w okno, tak jej chyba było wygodniej. Nie miała potrzeby, żeby patrzeć w kamerę, zaistnieć. Z doświadczenia wiem, że tacy bohaterowie są najlepsi. Ci, którzy się strasznie pchają na ekran, mają zwykle niewiele do zaoferowania.

Jak pan wybiera bohaterów?
Czasem jest tak, że oni wybierają mnie. Tak było z filmem "Siostry": dwie starsze panie same się do filmu „zaprosiły”. Ale to rzadkie przypadki. Muszę się w nim albo w niej najpierw zakochać. W tym mieści się wszystko – chęć rozmowy, ciekawość drugiego człowieka, potrzeba opowiedzenia jego historii. Uczucie musi być wzajemne, bo inaczej bohater mi nie zaufa, nie otworzy się przede mną. Potem trzeba to tylko sfilmować, zmontować i udźwiękowić tak, żeby to moje pierwotne uczucie do bohatera przeszło za pomocą filmu na widza.


"Chemia", reż. Paweł Łoziński, fot. Paweł Łoziński Produkcja Filmów

Dlaczego tak często wybiera pan na bohaterów osoby ze swojego otoczenia? Choćby w "Takiej historii", "Siostrach", "Pani z Ukrainy". To przypadek?

Wolę kręcić filmy o ludziach znajomych, bo wtedy etap poznawania mamy za sobą. Tak było z panią Lesyą i filmem "Pani z Ukrainy". Pani Lesya przychodziła codziennie do nas do domu opiekować się dziećmi, sprzątać, lepić pierogi. Jednocześnie opowiadała mi o sobie i o 6-letniej córce, za którą tęskni, bo została ze swoją babcią na Ukrainie. Pomyślałem, że skoro ona mi to codziennie opowiada, to wyjmę kamerę, nagram i będzie film. Oczywiście, to nie jest takie proste, bo chcąc skonstruować jeden dzień z życia pani Lesyi, musiałem nakręcić tych dni dużo więcej. Umówiliśmy się, że ona będzie przychodzić codziennie w tej samej żółtej bluzce. Bluzka w trakcie zdjęć zmieniła kolor na zielonkawy, bo pani Lesya ją codziennie prała. Była na mnie o to zła. Obiecałem jej kupić dziesięć takich bluzek, ale okazało się, że ona ją przywiozła z Ukrainy. Pani Lesya jak miliony ludzi na świecie musiała zostawić swoją rodzinę i szukać pracy w innym kraju. To wielka niesprawiedliwość i chciałem też to pokazać. Zobaczyła film o sobie i chyba jej się spodobał, bo pokazała go rodzinie. Dla mnie to zawsze dobry znak, zaakceptowała bez wstydu, jak ją pokazałem. Minęło 14 lat, a Lesya ciągle pracuje w Polsce. Teraz zbiera na studia dla swojej - już dużej - córki.

Jak pan selekcjonuje materiał w trakcie montażu? Idzie pan za swoją fascynacją bohaterem, czy próbuje pan spojrzeć z dystansu?
To trudny etap. Nie montuję filmów sam. Pracowałem z Kasią Maciejko-Kowalczyk i Dorotą Wardęszkiewicz. Kasi już niestety nie ma. Montażystka to pierwszy widz, zawodowy i superkrytyczny. Nie była na planie, gdy było nam zimno, nie wie, czy zdrętwiały nam nogi, co często w poczuciu reżysera przekłada się na wartość emocjonalną materiału. Ona widzi, co działa, a co nie. Bywa, że spieramy się. Pokazałem Dorocie materiał z Edytą, bohaterką "Werki". Moim zdaniem świetny. Ona mówi: „Nie podoba mi się, jak ta dziewczyna się śmieje, ona tym coś tuszuje, będę wycinać ten śmiech”. Wcześniej, po pierwszych dniach kręcenia "Chemii", kiedy  z operatorem Kacprem Lisowskim przynieśliśmy materiał do montażowni, byliśmy nim zachwyceni. Tak często bywa na początku zdjęć. Udało nam się wejść na dzienny oddział chemioterapii na Roentgena i namówić pacjentów na film. Ale Kasia Maciejko, która montowała "Chemię", ścięła nas: „Na razie to mało ciekawe. Nie pokazujcie szpitala, żadnych sprzętów, lekarzy. Pokazujcie tylko twarze pacjentów w bliskich planach, bo to o nich jest film”. Tą jedną, celną uwagą ustawiła cały materiał. Tak potem kręciliśmy.

Zanim porozmawiamy o kolejnych elementach pana warsztatu, chciałam zapytać, dlaczego po liceum nie zdawał pan do łódzkiej Szkoły Filmowej, tylko na Uniwersytet Warszawski?
Nie wiedziałem, co chcę robić w życiu. Skończyłem profil matematyczno-fizyczny w liceum, więc pomyślałem, że zdam na fizykę. Zwłaszcza, że było 0,75 kandydata na miejsce. Ale temperament nie pozwalał mi tam usiedzieć – w salach z jarzeniowym światłem i ciszą, którą przerywało skrobanie kredą po tablicy. Zrozumiałem, że muszę być w ruchu: szukać, oglądać, działać. A fizyka, choć o ruchu też mówi, nigdy mi tego nie da. Po pierwszym semestrze zrezygnowałem. Była połowa lat 80., ponury czas po stanie wojennym. Trzeba się było utrzymać, więc pracowałem: a to w sklepie spożywczym, a to w jakiejś firmie budowlanej; kładłem przewody albo malowałem z kolegami przejścia podziemne.

I potem poszedł pan na reżyserię. Jak pan wspomina studia?
Byłem zafiksowany na dokumencie. Wydawało mi się, że będę pracował tylko w tym gatunku, więc mało skorzystałem z lekcji fabularnych. Dziś tego żałuję. Pamiętam świetne zajęcia z montażu z Lidią Zonn albo z muzyki filmowej u profesora Henryka Kuźniaka. Moim nauczycielem od dokumentu był też Tadeusz Pałka. Najwięcej nauczyłem się chyba od ojca. Przez lata patrzyłem, jak robi film, potem asystowałem mu przy kilku. Dużo mi to dało. Kiedy zdałem za drugim razem do szkoły filmowej, miałem już jakąś praktyczną wiedzą, jak działa kamera, jak nagrać dźwięk. I pewną świadomość, jak można myśleć o filmie, jak próbować go konstruować. Na trzecim roku nakręciłem "Miejsce urodzenia" i zacząłem pracować w zawodzie. Studiów jeszcze formalnie nie skończyłem, nie mam dyplomu, żałuję, bo bardzo bym chciał. Może się uda to nadrobić?


"Miejsce urodzenia", reż. Paweł Łoziński, fot. Paweł Łoziński Produkcja Filmów

"Miejsce urodzenia" to opowieść o powrocie Henryka Grynberga do rodzinnej miejscowości. Jak pan go namówił na udział w swoim filmie?

Szukałem bohatera historii, która wydarzyła się między Polakami a Żydami w czasie II wojny światowej. Rozglądałem się po wspólnotach żydowskich, w Izraelu, Stanach i Kanadzie. Nikogo nie znalazłem i wtedy pomyślałem o Grynbergu. Znałem jego książki, na 2 roku zrobiłem w szkole etiudę fabularną “Podróż” na podstawie fragmentu jego powieści „Żydowska wojna”. Henryk akurat wybierał się z USA do Paryża, więc pojechałem do niego i opowiedziałem, jaki mam pomysł na film. Pomyślał chwilę, odmówił. Ale po kilku tygodniach zmienił zdanie. Pewnie pomyślał, że kamera pomoże mu dowiedzieć się więcej.

I zaczął pan dokumentację. 
Jeździłem do podwarszawskich wiosek, gdzie to wszystko się wydarzyło. „Bawiłem” się w detektywa, w czasie dokumentacji miałem ukryty  w kieszeni magnetofonik.  Nie po to, żeby potajemne nagranie wykorzystać w filmie, ale żebym nie musiał niczego notować. Kiedy to robię, ludzie się pilnują, ważą każde słowo, a w luźnej rozmowie są szczerzy. Jeździłem tak przez miesiąc, od domu do domu,  i dowiedziałem się, co się stało, kto z rodziny Grynberga zginął i z czyjej ręki. Nie rozmawiałem tylko z domniemanym mordercą, żeby go nie spłoszyć. Kiedy zebrałem więcej informacji niż jak mi się wydawało miał Henryk, zrozumiałem, że warto ten film zrobić. Grynberg nie będzie udawał, że czegoś się dowiaduje, „odgrzewał” emocji, wszystko naprawdę się stanie. Zadzwoniłem do niego i powiedziałem, że jestem gotowy. Nie opowiedziałem mu wszystkiego, co wiem, tylko dawałem małe wskazówki, kogo ma zapytać o matkę, kogo o siostrę, a kogo o ojca. Film nakręciliśmy w dziesięć dni. Wszystko wydarzyło się naprawdę. Odkryliśmy butelkę po mleku, udało nam się odkopać ciało zabitego ojca. Dobra gwiazda nad nami świeciła, pomagała. To chyba jedyny film, który wyszedł tak jak chciałem, z którego jestem do końca zadowolony. Ale wtedy tego nie doceniałem, byłem bardzo młody.

Jak pan się czuł w trakcie realizacji filmu? Zachowywał pan dystans czy czuł emocjonalny ciężar tej historii?

Z dokumentalistą – to porównanie trochę na wyrost – jest jak z chirurgiem. Gdyby sam cierpiał przy każdej operacji, to żaden pacjent by jej nie przeżył. Kiedy kręci się scenę nawet najbardziej wstrząsającą, to myśli się głównie o tym, żeby taśma w kamerze i w magnetofonie się nie skończyła – wtedy jeszcze nagrywało się obraz i dźwięk oddzielnie. Na przeżywanie w trakcie filmu nie ma czasu. Po filmie już prędzej. Może przeniesiemy się dwa stoliki dalej? Ludzie obok nas strasznie ryczą.


"Siostry", reż. Paweł Łoziński, fot. Paweł Łoziński Produkcja Filmów

Możemy. Nie chce pan sprawdzić, czy dyktafon nagrywa? Mnie zawsze korci, żeby to robić, mieć pewność, że wszystko działa, ale nie wypada mi rozpraszać rozmówców.

Wszystko pani wypada. To tak jak w dokumencie. Ja bohaterowi też kilka razy sprawdzam mikroport. Możemy zresztą wyłączyć pani sprzęt i sprawdzić, czy nie jest za głośno, czy nie słychać samochodów. Albo tej pary, która siedziała obok nas. Wiedzieli, że rozmawiamy i walczyli z nami o uwagę, kto powie głośniej.

A może to pan chciał ich podsłuchać? Sprawdzić, czy nie nadaliby się na bohaterów kolejnego filmu?
Nie sądzę. Człowiek, który siedzi cały dzień na słońcu i nic nie robi, chyba nie jest dobrym bohaterem. Chociaż dokładnie taki był mój Wiesio (o nim jest film "Taka historia" - przyp. red.), ale on był specjalny. Bohaterów nie muszę na siłę szukać, czasem sami do mnie przychodzą. Na przykład wczoraj. Wychodziłem akurat z domu, przy drzwiach do klatki stała skromnie, a nawet biednie ubrana starsza pani. Mówiła coś do domofonu. Zacząłem się temu przysłuchiwać. Wygłaszała całe osobiste tyrady. Ale po drugiej stronie nikogo nie było, rozmawiała sama ze sobą albo z jakimś nieistniejącym bogiem. Nawet mnie nie zauważyła. Wyjąłem telefon, zrobiłem ujęcie, żeby zapamiętać ten obrazek szaleństwa i samotności w jednym. Pomyślałem, że może będę za tą staruszką łaził, aż namówię ją na udział w filmie. Tylko że ona jest chora, a jeśli chcę zrobić film o samotności, to dodatek szaleństwa nie jest mi potrzebny, ludzie nieszaleni też są samotni… Odbyłem taki proces myślowy i odszedłem. Ona dalej monologowała do domofonu.  Mamy teraz młodego psa, Lolitę. O niej też chciałem zrobić film.

Dlaczego wybrał pan to imię?
Bo ona jest piękna.

I na razie młoda. A jak się zestarzeje?
To będzie Lola. Codziennie chodzę z nią do parku Skaryszewskiego na spacer. Można tam spotkać przekrój społeczeństwa: eleganckich panów, dzieciaki na rowerach, zakochane pary, parkowych świrów. Chciałem zrobić taki film – "Lola w parku". Dobry tytuł, nie? Kojarzy się z "Milou w maju" Louisa Malle’a. Pies miał być pretekstem do spotkania z drugim człowiekiem. Wszystko się składało, bo ludzie do nas podchodzili, głaskali małą Lolitkę, chcieli się z nią bawić. Rozmowa zaczynała się sama, o wszystkim. Niestety szczeniaczek urósł i ludzie zaczęli się jej bać. Lola jest pitbullką, a panuje rasistowski stereotyp, że to groźny pies. Tak więc Loli w parku już nie zrobię, spóźniłem się. A w dokumencie trzeba być szybkim!


Artur Reinhart i Paweł Łoziński podczas realizacji etiudy "Podróż", reż. Paweł Łoziński, fot. Paweł Łoziński Produkcja Filmów

Ile pomysłów ostatecznie nie zamienia się w film?

Dwa z trzech. Ale proporcje są ok. Lola w parku się nie udała, ale zrobiłem "Ojca i syna" i "Werkę".

Kiedy było panu najtrudniej znaleźć kolejny temat? Po mocnym debiucie?
Poprzeczkę postawiłem sobie wtedy wysoko, miałem kłopot, żeby do niej doskoczyć. Długo nie mogłem znaleźć pomysłu, który wydałby mi się równie interesujący i ważny dla mnie jak "Miejsce urodzenia".

Co pan wtedy robił?
Szukałem dalej, ale też zajmowałem się innymi rzeczami. Miałem małe dzieci, rodzinę, musiałem zarabiać na życie, więc robiłem jakieś filmy. Na przykład "Kto jest winny?", w którym ludzie różnych zawodów nawzajem się oskarżają – rolnik miastowych, miastowi biznesmena, ten urzędników, ci kogoś jeszcze, a na końcu wracamy do rolnika. To był sztuczny schemat, choć wtedy wydawał mi się dobry. Trzymałem się go kurczowo, więc gdy mi ludzie mówili ciekawe rzeczy, ale nie pasujące do konstrukcji, nie słuchałem. Nie szedłem za rzeczywistością. To był błąd, na którym się trochę nauczyłem.


"Pani z Ukrainy",reż. Paweł Łoziński, fot. Paweł Łoziński Produkcja Filmów

Gdyby w tym łańcuszku pretensji znalazł się dokumentalista, to co by powiedział?

Nie jestem do tego, żeby się skarżyć, ale, by szukać odpowiedzi. Często za pomocą filmu stawiam pytania, które mnie samego męczą. Albo szukam rozwiązań dręczących mnie problemów. Tak było z dwoma ostatnimi filmami: "Chemią" oraz "Ojcem i synem". Ten pierwszy nakręciłem, gdy trafiłem z moją chorą na nowotwór mamą do warszawskiego Szpitala Onkologicznego na Roentgena. Mama brała chemię, ja siedziałem obok niej. Milczeliśmy, bo nie potrafiliśmy rozmawiać o tym, co się dzieje. A przecież działo się coś strasznego. Pomyślałem, że podsłucham, o czym rozmawiają inni pacjenci, może czegoś się dowiem, coś zrozumiem. I dlatego tam postawiliśmy z Kacprem Lisowskim kamerę.

Pomogło?
Chyba lepiej zrozumiałem, jaki splot uczuć w środku może mieć moja mama. W takiej sytuacji dla mnie najważniejsze jest, żeby mówić pewne rzeczy wprost, nie udawać. Widziałem, jak pacjenci kłamali bliskim, że czują się lepiej, z kolei rodzina mówiła choremu: „Świetnie dziś wyglądasz”. A wyglądał jak trup. Ta gra jest straszna, szkoda na nią czasu. Warto wykorzystać go na rozmowę. Przecież choroba dotyczy całej rodziny, całego układu, nie tylko tego, który ten nowotwór w sobie nosi. Myślę, że w pewnym sensie można zrobić dobry użytek ze swojego umierania. "Chemia" miała być taką zachętą do rozmowy w obliczu choroby. Dostałem mnóstwo sygnałów od widzów, że tak właśnie było, że film im pomógł dotrzeć do bliskich. To jest idealna sytuacja – ja coś dostaję od bohaterów, ale też dzięki nim mogę coś dobrego dać widzowi. A mama? Ona do dziś nie obejrzała filmu, nie chce oglądać niczego, co jej się kojarzy z chorobą. Ma prawo.

Czy kiedykolwiek podczas realizacji filmu pożałował pan swojej zawodowej ciekawości?
Nie, ale ja czuję się wysłannikiem w stronę tych nieprzyjemnych, trudnych tematów. Taką już pewnie mam naturę. Gdybym chciał pokazywać, że świat jest miły i elegancki, robiłbym reklamówki. Film potrzebuje konfliktu. Każdy: dokumentalny czy fabularny. Bo inaczej robimy widokówkę. Tak było w przypadku "Ojca i syna" – wsiadając z ojcem do busa wiedzieliśmy, że musimy rozmawiać bez tabu i po bandzie szczerze. Bo inaczej widz pomyśli, że jesteśmy minoderyjni, pindrzymy się i niby zaprosiliśmy go do swojego świata, a nic mu o sobie nie opowiadamy.


"Wiesio", reż. Paweł Łoziński, fot. Paweł Łoziński Produkcja Filmów

Początkowo "Ojciec i syn" miał mieć jednego bohatera, Marcela Łozińskiego.
Od dawna chciałem go sfilmować, bo to jak unieśmiertelnić człowieka. Wiedziałem, że ojciec jest świetnym bohaterem filmowym: inteligentnym, dowcipnym, niekonwencjonalnym, złożonym. Kamera go lubi, widać, że on „ciągnie” mój film, choć to ja zadaję pytania. On się nie zgodził na film tylko o nim, sam zaproponował, żeby to był film o naszej relacji, na dwóch reżyserów i dwóch bohaterów. Pomyślałem, że po dwudziestu latach celowania kamerą w innych, przyszedł czas, żeby ją odwrócić na siebie. Zobaczyć, poczuć, jak to jest, choćby z czystej uczciwości. Już wiem, że bycie bohaterem jest z różnych powodów bardzo obciążające.

Czego pan się chciał dowiedzieć z tego filmu?
Wszystkiego o moim ojcu. Jaki był w dzieciństwie, jak mu było w domu dziecka, jaki był, gdy był w moim wieku… Jak przeżył rozstanie z moją mamą. On nigdy nie odbył takiej rozmowy ze swoimi rodzicami. Chyba nie był pewny ich uczuć. Bał się, że może ich stracić, jeśli zada im trudne pytania. Nasz układ jest inny, czułem, że mogę pytać o wszystko bez tego strachu. Potrzebowałem tej rozmowy, bo chciałem lepiej zrozumieć, kim jestem, skąd przyszedłem, z jakim bagażem. Co dostałem od ojca, co on dostał od swojej matki i swojego ojca. Jeśli nie znamy swoich rodziców – mam na myśli takie głębsze poznanie – to trudno nam się określić w życiu. I choć ta rozmowa przyniosła różne nieprzewidziane efekty, przynajmniej zostałem wysłuchany. Wczoraj był pokaz "Ojca i syna" w Iluzjonie. To niesamowite, bo spotkanie z publicznością trwało dłużej niż film. Widzowie opowiadali o swoich relacjach z rodzicami, inni mówili, że kupią film i pokażą ojcu, córce, bo może to będzie zachętą do szczerej rozmowy. Ktoś pytał, po co się tak obnażać? Czuję, że tym filmem włożyłem kij w mrowisko, naruszyłem tabu czwartego przykazania. Film budzi skrajne emocje i dobrze, o to chodziło.

Czy to doświadczenie sprawiło, że inaczej pan podchodzi do  bohaterów swoich kolejnych filmów?
Staram się być ostrożny i przede wszystkim nie szkodzić. Edytka, bohaterka "Werki", przez wiele lat starała się o adopcję głuchoniemej dziewczynki. Bała się, że kamera ten proces utrudni, a ja z doświadczenia wiem, że jest odwrotnie. Kamera przepchnie sprawę przez urząd szybciej,  a urzędnik będzie milszy. Chcą się pokazać z jak najlepszej strony. Mówiłem to Edytce z pełną świadomością, że tak właśnie będzie. Ona coś mi dała - kawałek swojej trudnej życiowej historii, swoje zaufanie, a w zamian dostała pewne ułatwienia, które przecież nawet bez kamery jej się należały. Pojawiła się nawet grupa ludzi, która po obejrzeniu "Werki" postanowiła jej pomóc. Cieszę się, że tak się stało, bo my przecież strasznie dużo bierzemy od naszych bohaterów.

I chciałoby się coś im oddać.
Tak. Cudownie, jeśli bohaterowi jest lepiej po filmie.

Panu po "Ojcu i synu" było?
Tak. Cieszę się, że zrobiłem ten eksperyment. Doceniam też odwagę ojca, że się zgodził w nim wziąć udział. Dzięki temu dokumentowi zrozumiałem pokomplikowanie naszych historii rodzinnych. Dowiedziałem się też czegoś o sobie. To, że ojciec zdecydował się zrobić swoją wersję filmu też powiedziało mi wiele o konkurencyjności naszej relacji.


"Werka", reż. Paweł Łoziński, fot. Paweł Łoziński Produkcja Filmów

Czego teraz pan jest ciekaw?

Chcę zobaczyć, jak wygląda rozmowa w obliczu konfliktu, tematem będą mediacje rozwodowe. Bo rozstanie małżeństwa, czyli rozpad rodziny jest na skali przeżyć tuż za śmiercią kogoś bliskiego. Sam to przeżyłem. To koniec świata i chcę zobaczyć, jak ludzie sobie z tym radzą. Interesuje mnie też mediacja jako proces dochodzenia przez rozmowę od stanu skrajnego konfliktu do rozstania po ludzku. Chciałbym nagrać wiele par, pokazać różne warianty mediacji. Mam nadzieję, że uda mi się je znaleźć.

Zawsze może pan napisać scenariusz i nakręcić fabułę. Jedną ma pan już na koncie, "Kratkę" z 1996 roku.
Możliwe, że pójdę w tym kierunku, bo w dokumencie robi mi się ciasno. Interesuje mnie to, co jest głęboko ukryte we wnętrzu człowieka, a do tego ciężko się dobrać. Ślizganie się po powierzchni mało mnie ciekawi. Ciągle łapię się na tym, że nie mogę postawić kamery tam, gdzie chcę. Nie mogę, bo sam sobie na to nie daję zgody. Jeszcze walczę, nie wycofuję się z dokumentu, ciągle wierzę, że uda się pokazać to samo, ale inaczej, nie szkodząc bohaterom. Świat się zmienił, przesunęły się granice ludzkiej intymności. Wiele osób pokazuje się nago – dosłownie i w przenośni –  w różnych momentach swojego życia. Tylko czy i na ile nas to zbliża do prawdy o człowieku?

Ale czy ktoś do tej prawdy chciałby się dokopać?
Patrząc na świetne dokumenty moich kolegów jestem pewien, że tak. Myślę, że jest naprawdę duże zapotrzebowanie na rozmowę na poważne tematy. Czuję to na spotkaniach po filmach. Dla mnie konfrontacja filmu z publicznością jest najważniejsza. Wtedy widzę, czy historia działa.

Albo czy pańska miłość do bohatera przeszła.
Czy raczej do jego wizerunku, który powstał w montażowni. Sam jako widz lubię po seansie czuć rodzaj ciepła do innych ludzi, mieć z nimi poczucie solidarności i bliskości. Wtedy wiem, że film przyniósł mi coś dobrego: oderwanie od poczucia samotności.

Po obejrzeniu pana filmów nasuwa się raczej wniosek, że każdy jest sam i że tego nie da się zakląć.
Naprawdę staram się, żeby tak nie było. Jako ludzie mamy dar tworzenia par, rodzin, zespołów, ale podstawowe doświadczenia naszego życia – chorobę, śmierć - przeżywamy zawsze sami. I to jest dla mnie chyba największy temat każdej twórczości. Samotność i jej przełamywanie.  

Warszawa, wiosna 2014

Ola Salwa
Magazyn Filmowy SFP 33/2014
  15.07.2014
fot. Fot. Archiwum prywatne Pawła Łozińskiego
Kamermistrz – kilka opowieści o Dziworskim
Film to dodatek do życia. Z Jackiem Bławutem rozmawia Jerzy Armata
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll