PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
NIEPODLEGŁOŚĆ
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
Niepodległość
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Z Ewą Wiśniewską rozmawia Anna Serdiukow
Anna Serdiukow: Pani Ewo, lubi pani jubileusze, rocznice, obchody?
Ewa Wiśniewska: Nie lubię. Nigdy nie przywiązywałam się do dat, nie wyznaczałam sobie i nie celebrowałam punktów granicznych w życiu. W ogóle – jeśli spojrzeć na to całościowo – nie przepadam za galami, rautami czy obchodami. Zawsze byłam od tego wolna. Nie dość na tym – myślę, że wciąż jestem wolna od pewnego rodzaju... sentymentów.

Wiek nie gra roli?

Nie przywiązuję żadnej wagi do swojego wieku, ponieważ – jeśli człowiek jest sprawny – to wiek nie ma znaczenia. Albo: aż takiego znaczenia. Choroba na pewno odbiera radość życia i uzmysławia, iż jesteśmy coraz starsi, ale będąc zdrowym i potrzebnym w zawodzie – mówię o aktorstwie teatralnym, nie celebryctwie – nie zwraca się uwagi na wiek i nie czuje się upływu czasu. Chociaż, czasami jest mi to uświadamiane.

Jak to?
Byłam ostatnio na dwóch dużych imprezach, jak się okazało: celebryckich. Musi pani wiedzieć – ja tego nienawidzę. I stała się bardzo śmieszna rzecz podczas tych moich dwóch wyjść, otóż poczułam się poza barierą.

Co to znaczy?
Patrząc na uganiających się nie wiem za kim, pokrzykujących, popychających się fotoreporterów i dziennikarzy, pomyślałam sobie: co ja tu robię?! Na szczęście nigdy do tego świata nie chciałam należeć i nie należałam. Jeśli kiedykolwiek robiono ze mną wywiad czy sesję zdjęciową, to na okoliczność filmu, w którym właśnie zagrałam, lub spektaklu teatralnego. Demonstrowanie swojej osoby jako takiej nigdy mnie nie interesowało. Dlatego tak dziwi mnie, gdy inni w to idą.

Ale przecież ludzie się panią interesowali, zabiegali o szczegóły z pani życia, prasa pisała: ikona stylu, polska Catherine Deneuve!
Tyle że ja nigdy tego sama nie napędzałam: nie podgrzewałam atmosfery wokół siebie, nie zabiegałam o zainteresowanie mediów. Ono wychodziło zawsze od ludzi i chcę to podkreślić, bo myślę że warto – od ludzi, nie od fotoreporterów czy plotkarskich pism. To mi się do dziś nie mieści w głowie, że takie działanie może wyjść od artysty. No i od artysty nie może wyjść, za to od celebryty już tak. I tak to zostawmy.

Ewa Wiśniewska w filmie Wyjazd służbowy, reż. Andrzej Jerzy Piotrowski, Fot. Jerzy Troszczyński/Filmoteka Narodowa


A miało dla pani znaczenie, co inni myślą lub mówią o pani?

Byłam świadoma ocen i zawsze brałam pod uwagę, że ludzie lubią i będą wystawiać świadectwa. Cóż z tego! Żyłam, jak chciałam. Nigdy nie czytałam o sobie tego, co pisały tak zwane zaufane źródła. Szkoda mi było czasu na plotki czy jakieś kłamstewka. Miałam do siebie zawsze dość subiektywny stosunek. I jeśli cokolwiek miało znaczenie, to raczej to, co sądzi na mój temat publiczność teatralna. Dowiadywałam się o tym mimochodem, i niemal niechcący, na przykład wychodząc wieczorem z teatru, spotykałam widzów czekających na mnie po spektaklu. Ja jestem aktorką teatralną. To jest mój żywioł, moja namiętność. W związku z tym, jeśli ktokolwiek mnie zaczepia, to nie są to fotoreporterzy, a ludzie stojący pod teatrem po przedstawieniu. Zdarza się, że zaczepiają mnie też na ulicy.

Co mówią, o co pytają?
Dlaczego tak mało pani jest? – to pytanie powtarza się dość często, więc odpowiadam gremialnie wszystkim: to jest mój wybór! Tak jak i ten, że nie biorę udziału w serialach.

A proponują?
Oczywiście. Wie pani, zadziwia mnie, że teraz miarą klasy czy rangi aktora, jest takie dziwne istnienie, wręcz półświatek prawdziwego aktorstwa.

Ładne określenia.

To mnie nigdy nie interesowało. Ogólnie rzecz ujmując: jestem za rozumem, za racjonalnym myśleniem i podejściem do życia, a nie za fanatyzmem.

Dzisiaj to brzmi jak deklaracja polityczna.
Nie boję się deklaracji. Pewnie dlatego nie należę do obecnie jedynie słusznej stajni. I bywam różnie odbierana. A skąd to wiem? Przytrafiła mi się śmieszna rzecz mniej więcej pół roku temu.

Możemy o niej opowiedzieć?

Tak. Zaproszono mnie do telewizji, choć ja wówczas nie wiedziałam, że to jest jedynie słuszna telewizja. Okazja była zacna, miniony rok uznano rokiem Sienkiewicza i właśnie w telewizji nagrywano program o formule konkursu poświęcony pisarzowi. Zagrałam w "Ogniem i mieczem" w reżyserii Jerzego Hoffmana, więc poszłam na nagranie. Siedzieliśmy razem w studio z panem Jerzym Petersburskim, nagranie się odbyło, zapomniałam o tym. Jakiś czas później nadawano reemisję w telewizji, więc miałam szansę zobaczyć swoje wystąpienie. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że nie ma mnie w kadrze. Pan Petersburski jest, dowód na jego obecność zachowano. I choć kamera była kierowana na nas dwoje, to ja nie znalazłam się w obrazku. Zostałam bardzo precyzyjnie przez kogoś ucięta, a w zasadzie wycięta z kadru. W programie nadawanym nie znalazły się również żadne fragmenty z "Ogniem i mieczem" – okazało się, że Henryk Sienkiewicz napisał tylko dwie części „Trylogii”, nie trzy. Różne materiały wyemitowano, a tego filmu nie. Teraz już wiem, że było to czyjeś świadome działanie.

Po co panią zaproszono do tego programu?

Do dziś nie wiem. No chyba nie po to, bym sobie posiedziała w fotelu. Nie widzę powodu, by brać udział w takich mistyfikacjach. Wypowiedziałam się do kierownictwa produkcji tego programu, poprosiłam o to, by mnie więcej nie zapraszać. Mój czas jest cenny. Nie widzę powodu, by siedzieć w studiu telewizyjnym, gdy mogę gdzie indziej. Tam, gdzie rzeczywiście mam na to ochotę.

Czuję się pani osobą niewygodną?

To by były wielkie słowa... Nie, nie czuję się tak, ale też nie kryję się ze swoimi poglądami. Nie latam po świecie i nie informuję o tym społeczeństwa, bo uważam że jest to zbędne, jednak w środowisku moje stanowisko jest znane. Myślę, że to ma znaczenie i przekłada się na różne sprawy. Wiele aspektów naszej rzeczywistości mnie denerwuje i zdarza mi się je krytykować publicznie.

A wycięto panią kiedykolwiek z filmu?

Nigdy. Oczywiście zdarzały się – z racji montażu czy dobra filmu – pewne zmiany i niespodzianki. Jak te w "Ucieczce z kina Wolność" Wojciecha Marczewskiego, w którym to filmie połowę sceny z moim udziałem wycięto. A to była świetnie napisana scena, stanowiła całość i dzisiaj czuć, że czegoś w niej brakuje: Janusz Gajos wychodzi na balkon i nie wraca do pokoju, gdzie odbywa się dalszy ciąg ważkiej rozmowy. Podczas festiwalu filmowego w Gdyni w 1990 roku zapytano mnie, skądinąd słusznie: po co pani tam zagrała? Czy dla pieniędzy?

Przykre.
To mnie bardzo ubodło. Nigdy nie traktowałam tego zawodu zarobkowo. Zawsze uważałam, że pieniądze są niejako przy okazji. Nie dlatego grałam, by mieć pieniądze. Nie wyobrażam też sobie sytuacji, że miałabym grać wszystko jak leci – właśnie dla zarobków – bez przesiania tego przez rozum, przez chęć, przez pomysł na rolę. Bez chwili oddechu pomiędzy rolami. Taki sposób na ten zawód nie jest dla mnie.

To jest jeszcze ciągle „ten” zawód?
To jest dobre pytanie i znam jedną bolesną odpowiedź, tyle że nie nadaje się ona na łamy tego pisma. Powiem tak, dla mnie to nie jest aktorstwo, a jakieś chałturzenie. To są galery – nie zawód, niewolnictwo pieniądza – nie sztuka. Słyszę często, jak chwalą młodych aktorów, którzy bardzo dużo grają, z planu filmowego jadą na plan serialu nocą, nad ranem wracają na plan filmu, a wieczorem grają w teatrze. Być może dzisiaj to norma, za moich czasów takie normy nie istniały. Z szacunku do siebie, ale też z szacunku do widza, człowiek zupełnie inaczej dysponował czasem, talentem, pamięcią. Nie rozmieniał się na drobne. Ten zawód spsiał i nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Jedyne co wciąż trzyma poziom to teatr.

To jest pani fundament?
To jest moja ucieczka, moja nyża – jak mówił Tadeusz Konwicki.

Pani Ewo, ale czy my nie marginalizujemy kina? Zawód być może się zmienił, ale wciąż w kinie – nie tylko w teatrze – zdarzają się fantastyczne propozycje i świetni reżyserzy. A w ostatnich latach pani wspaniałe role w takich filmach, jak "Piąta pora roku" Jerzego Domaradzkiego czy "Zbliżenia" Magdaleny Piekorz – filmie, co muszę podkreślić, okrutnie i niezasłużenie strywializowanym i środowiskowo pominiętym.
Cieszę się, że to pada. Sama byłam zdziwiona – na festiwalu filmowym w Gdyni czuliśmy to wszyscy, a Magda Piekorz była załamana. Ten film został w ten sposób potraktowany przez niechęć jednego z członków jury do reżyserki. Niewątpliwie została skrzywdzona, a włożyła wiele serca, pracy i emocji w ten film. Zdarzają się gorsze filmy, które – co tu ukrywać – mają dużo lepszy odbiór, przychylniejsze opinie. Nie chcę się na ten temat wypowiadać, bo... jak to mówią: szkoda gadać.

Dobrze się pani pracowało z kobietą reżyserem?

Magda na planie była tyranem. Miała swoją, bardzo mocną wizję tego filmu, wielokrotnie wchodziła w przestrzeń interpretacji aktora. Nie było łatwo, musiałam stawiać opór. Ale ja potrafię zrozumieć i docenić takie podejście do sprawy, Magda przemyślała film bardzo dokładanie, „przekochała” ten temat, wypieściła. I na obraz i podobieństwo swojej wizji, chciała stworzyć film. A tak się nie da. Jej poprzedni obraz "Pręgi" został świetnie przyjęty, był zresztą bardzo dopracowany tak pod względem aktorskim, jak i reżyserskim. Tyle że ja uważam, że dyktat w sztuce się nie sprawdza. Najlepsze filmy to są takie, w których reżyser i aktor współistnieją podczas realizacji: potrafią słuchać siebie nawzajem, czerpać z siebie, przyjmować krytyczne uwagi, czasem nieprzyjemne, ale potrzebne. Aktor jak nikt inny potrafi zauważyć mielizny scenariusza, bo kwestia wypowiedziana nabiera zupełnie innego znaczenia niż ta, która do tej pory istniała tylko na papierze.


Piąta pora roku, reż. Jerzy Domaradzki, Fot. Przemysław Jendroska/Kino Świat


Co jest zatem dla pani ważne, gdy przyjmuje pani propozycję: rola, temat, a może spotkanie z reżyserem, szansa na to współistnienie?

Spotkanie z reżyserem to jest sprawa niejako przy okazji. Zwykle jest to człowiek, którego lubię i chcę z nim pracować, więc wiem że będziemy w stanie się porozumieć. Temat? No też jest istotny, ale on nie determinuje moich wyborów. Najważniejsza jest rola. W pracy jestem osobą szalenie precyzyjną. Odwrotnie niż w życiu chyba, gdzie bywam szalona. Gdy jednak pracuję nad rolą w filmie lub w teatrze, muszę mieć wszystko dokładnie określone i zaplanowane. Tu nie ma miejsca na niewiadome. Pilnuję tekstu, trzymam się scenariusza, korzystam z uwag reżysera – o ile są dobre. Muszę mieć grunt, po którym pewnie się poruszam. Słyszałam, że niektórzy lubią improwizować, oderwać się od scenariusza, dać się ponieść emocjom. Ja sobie tego nie wyobrażam, jestem aktorką i mam swoje narzędzia: scenariusz, pamięć, warsztat. Korzystam z tego. Grając w "Cudzoziemce" Ryszarda Bera nie odważyłam się zmienić ani jednego słowa, czy przestawić szyku zdania w tekście Marii Kuncewiczowej. Uważałam że tak trzeba, że moja w tym głowa, jak ja to powiem, by trafiło do widza. Czy nie prościej byłoby zmienić tekst, ułatwić mi w wielu miejscach zadanie? No prościej, ale nie o to chodzi. Śmiem twierdzić, że dzisiaj nie przywiązuje się już takiej wagi do słowa mówionego. Nie ma dbałości o dykcję, słowo czy o sens wypowiadanej kwestii. W teatrze po spektaklu często słyszę pytanie, jak to jest możliwe, że nas – starszych aktorów – słychać nawet w ostatnim rzędzie, a tych młodszych w pierwszym trudno zrozumieć. Nas uczono w szkole teatralnej, że pewien splot wydarzeń doprowadza do takiej a nie innej puenty. Oczywiście można położyć nacisk na różne rzeczy, niekoniecznie tylko na słowo, także na gest czy jakieś działanie. Jednak tekst to podstawa, od tekstu – sztuki i scenariusza – wszystko się zaczyna. Ktoś coś pisze, potem ja to czytam, rodzi mi się obraz w głowie. Pytanie, czy ten sam co autorowi, czy ten sam co reżyserowi, który tak jak ja dostał ten sam tekst do przeczytania, i te same słowa uruchomiły w jego głowie jakąś projekcję. Te zaczątki są bardzo ważne, zatem wszystko bierze się od słów. Dlatego tak szanuję słowo w zawodzie aktora.

Mówiła pani kiedyś w wywiadzie, że ma coś takiego jak rentgen podczas pierwszej lektury scenariusza.
Tak jest po pierwszym czytaniu. Mam ten rentgen, który mi mówi jaką decyzję podjąć – przyjąć czy odrzucić rolę.

Zawsze tak było, bez wyjątków?
Namówiono mnie na spektakl telewizyjny "Boulevard Voltaire" w reżyserii Andrzeja Barta. Przeczytałam raz i odrzuciłam.

Dlaczego?
Wydawało mi się, że nie będę potrafiła tego zagrać.

A na Festiwalu Teatru Polskiego Radia i Teatru Telewizji Polskiej „Dwa Teatry” otrzymała pani nagrodę za rolę Pani Z w tym przedstawieniu.

Co mogę powiedzieć, dobrze że mnie przekonano. Pamiętam, że dzwoniono do mnie i długo namawiano do tego spektaklu, który zresztą był świetnie napisany.

Jestem ciekawa, co panią przekonało do przyjęcia tej propozycji?

Koledzy powiedzieli: Ewa, dasz radę! No to dałam. A mówiąc poważnie, ja naprawdę bałam się, że nie podołam, a bardzo nie lubię niedoróbek. W pewnym wieku lepiej nie zagrać, niż zagrać źle. Wcześniej, jak jest się młodym, ma się czas na potknięcia, to jest wpisane w próbowanie, w smakowanie tego zawodu. Później margines błędu się kurczy.

Spytałam o panią jednego reżysera, który z panią współpracował, mówi: uparta. Pytam drugiego: piekielnie inteligentna, dowcipna, zdolna. Trzeci wspomina: zawsze miała swoje zdanie. Na każdy temat.

Patrząc z perspektywy wielu lat, odkąd jestem w zawodzie, możliwe że kiedyś byłam bardziej spolegliwa.

Dlaczego?

Bywałam rozchwiana, niepewna, miałam różne wątpliwości i obawy. Byłam młoda, nie miałam kogo zapytać o radę. Wieszałam się na reżyserze, czy na operatorze, który podpowiadał mi różne rzeczy – często to właśnie operator dawał najcenniejsze wskazówki. Dziś mam doświadczenie, dorobek, mam się od czego odbić, potrafię też zaufać intuicji. Mam porównanie i wiedzę, ale też pozycję, świadomość siebie i własnych możliwości. Już się nie łudzę, że coś mogę zrobić, nawet wbrew sobie. Jak w coś nie wierzę, nie zrobię tego. W młodości człowiek szuka, sprawdza, testuje siebie. To jest czasem potrzebne, ale czasem zupełnie nie. A własne zdanie miałam zawsze, ale być może nauczyłam się wyrażać je wprost. Kiedyś chciałam coś powiedzieć, dzisiaj po prostu to robię!

Krąży taka anegdota z panią w roli głównej, jak to udziela pani wywiadu na żywo. I w przerwie chce pani zapalić. Niestety nie pozwalają pani, więc bez słowa idzie pani do domu.
O nie, nie wyszłam bez słowa. Powiedziałam wcześniej: do widzenia. I poszłam.

Chciałabym widzieć ich miny.

Przy śmietniku w deszczu mogłam zapalić. Ale po co miałam to robić?

Pani Ewo, a była rola, która kosztowała panią więcej niż inne?
Tak, to był film "Dotknięcie" w reżyserii Wiesława Saniewskiego. Wcieliłam się w Joannę, chorą psychicznie kobietę. Bardzo przeżyłam tę rolę, ponieważ przy okazji produkcja obwiozła mnie po różnych ośrodkach dla umysłowo chorych.

Na pani życzenie?

Tak. Chciałam zebrać summę wrażeń i potem to przetworzyć przez siebie. To była naprawdę przytłaczająca wiedza, a jednocześnie przez cały czas realizacji zdjęć nie chciałam z tego wychodzić, by nie odbijać za daleko od bohaterki, od jej stanów. Bardzo ciężkie przeżycie.

A gdyby miała pani dzisiaj powiedzieć, co sprawia że aktor się wyróżnia?
Osobowość. Tak na ekranie, jak i na scenie, wielka osobowość przykuwa wzrok. To jest twarz, która coś wyraża, czuć charyzmę, jakiś magnetyzm i szczerość, prawdę, naturalność. Osobowość nie ma nic wspólnego z tak zwaną urodą, ona tu nie ma nic do rzeczy. Niestety nie ma na to patentu, nie ma recepty, nie sposób się tego wyuczyć. Mnie to zawsze szalenie intrygowało, że jednym jest to dane, a drugim nie. A jak jest równocześnie i osobowość, i talent, to jest wielka sprawa.

A co to jest talent?

Dar od Boga.

To co szlifuje szkoła teatralna? Może ona jest niepotrzebna tak naprawdę?

Szkoła szlifuje wszystko, przede wszystkim uczy świadomości grania danej postaci, przynajmniej za moich czasów tak było. Uczy rozłożenia na składniki pierwsze każdego tekstu – uświadamia, na co położyć nacisk, co może być ważne, gdzie zrobić pauzę, a gdzie postawić wykrzyknik. I dlatego pewnie tak bardzo irytują mnie przebitki, szczególnie w teatrze telewizji. Często jest tak, że aktor nie ma już nic do powiedzenia, jest koniec jego kwestii, ale pauza, lub tekst, który dopiero co powiedział, powinien jeszcze wybrzmieć.

A tu buch, przebitka na osobę słuchającą?
No właśnie. Jeżeli jednak prowadzi się do puenty i robi specjalnie takie crescendo argumentacji, to przebitka odbiera siłę wypowiedzi. Dlatego tak kocham scenę, tu mi nikt niczego nie odbierze.

Przez lata była pani związana z wieloma teatrami.

I zawsze bardzo się przywiązywałam.

To dlaczego pani odchodziła?

Zwykle działo się to przy zmianie dyrekcji.


Ewa Wiśniewska w filmie Zbliżenia, reż. Magdalena Piekorz, Fot. Adam Golec/SF Tor/Kino Świat

Najpierw był Teatr Ludowy/Nowy. Potem przez moment Teatr Kwadrat.
Tylko dwa lata i to chyba wyłącznie z miłości i sympatii dla Dudka Dziewońskiego. Repertuar Teatru Kwadrat jest jednoznaczny: komedia i farsa. To są genialne wprawki aktorskie, ale nie permanentnie, i nie tylko i wyłącznie.

Potem był Teatr Ateneum i do teraz jest pani w Teatrze Narodowym.
Dobrze wspominam każdy czas i każdą scenę. To były moje drugie domy i za każdym razem byłam bardzo zżyta z ludźmi. Teraz w Narodowym też jestem już bardzo zadomowiona. Podoba mi się, jak prowadzony jest ten teatr, cenię to, że repertuar jest tak różnorodny, a publiczność to weryfikuje. Publiczność nie urzędnicy. To jest mądre prowadzenie teatru. Jestem tu od 2003 roku i myślę sobie, że bez teatru ten zawód straciłby dla mnie sens. Energia, która wyzwala się podczas tworzenia spektaklu jest niepowtarzalna. Kino – naprawdę staram się nie deprecjonować kina – tego nie ma. W teatrze potrafimy osiem miesięcy pracować nad samym tekstem, który film mi to da?

Grała pani w ukochanym spektaklu wielu pokoleń widzów, mianowicie w „Błądzeniu” Jerzego Jarockiego
. Pamiętam, na ten spektakl chodziło się po kilka razy. Miałam to szczęście, że pracowałam wówczas w Teatrze Narodowym, często przychodziłam na próby, siadałam na widowni i po prostu słuchałam was i reżysera.
Jeden z ostatnich, co tak poloneza wodził.

Jak się z kimś takim pracowało?
Było ogromne zaufanie. Jarocki szukał, ale nigdy po omacku. Człowiek wierzył, że on nie błądzi, a jedynie idzie słuszną drogą, tylko czasami ta droga jest mozolna. To nie był rozkapryszony artysta. Aktor wiedział, że to nie jest reżyser, który z niego wyssie pomysły, by potem powiedzieć, że to on sam, w pojedynkę wpadł na wszystko. Tęskni się za tym.

Pani aktualnie gra w pięciu spektaklach w Teatrze Narodowym.

Z każdą rolą jestem bardzo związana. Osiem lat gram Babcię w „Tangu” Sławomira Mrożka też w reżyserii Jerzego Jarockiego i za każdym razem, gdy staję na scenie myślę o tym, jak śmiertelnie aktualna jest ta sztuka. Jarocki też to wiedział. Dlatego zrobił taki spektakl. Marcin Hycnar, który gra Artura, mówi w pewnym momencie: najważniejsza jest władza. I proszę mi wierzyć, wtedy cichną najdelikatniejsze nawet szmery na sali. Śmiech też milknie, i to na długo, a to jest jednak bardzo dowcipna sztuka. Publiczność słucha tego w absolutnym milczeniu.

Aktor w takich momentach cieszy się, że gra w aktualnej sztuce, czy jednak to bolesna świadomość, że aż w tak aktualnej?
Gdy rozmawiamy z kolegami aktorami, to rzadko wpadamy w radość, że to tak aktualne, raczej w wielką, gorzką zadumę, bo nikt nie podejrzewał, że sztuka, która powstała w 1964 roku może być aż tak na czasie. Chamstwo jest wszechpotężne. Uzurpacja władzy zawsze wraca, w każdych czasach, to jest wielka trwoga każdego niemal pokolenia. Publiczność wstaje na naszych ukłonach, bo my w tej sztuce mówimy, jak jest dzisiaj. Jako aktorka, która przepracowała wiele lat na scenie, mogę powiedzieć, że rzadko zdarza się spektakl tak akuratny, aktualny i na miarę czasów zrealizowany. Tu się wszystko zgadza, i to jest trochę bolesne, ale też i piękne. Teatr pozostanie na zawsze tajemnicą, bo potrafi dotknąć odbiorcę jak żadna inna forma czy odsłona sztuki. Mam świadomość ulotności tego typu zaistnienia.

Sztuka powinna być też komentarzem do rzeczywistości? Artyści mają obowiązek ukazywania widzom, co jest słuszne, moralne, dobre?
Sztuka powinna być przede wszystkim wolna, z lękiem myślę o tym, że miałyby wrócić czasy cenzury. Sztuka to przetworzenie rzeczywistości, w pierwszej kolejności wyraz artystycznych poszukiwań twórców, nie powinno tu być miejsca na politykowanie, edukowanie czy dokumentowanie. Ale jeśli pani pyta mnie, czy artyści niosą z uprawianym zawodem jakiś rodzaj posłannictwa, to ja odpowiadam, że tak. Wszystko zależy od czasów, ale skoro nastały takie, w których należy przypominać podstawowe pojęcia, takie jak: niezależność, wolność, demokracja, moralność, dobro – róbmy to. Nie ma innego wyjścia.

Jest coś, co panią w tym zawodzie jeszcze zaskakuje?

Uwielbiam oglądać dobrych aktorów. Cieszę się wtedy, bo mam świadomość, ile pracy kosztuje zrealizowanie niedoskonałego nawet spektaklu. Na ogół widzę wokół miałkość i szarzyznę, więc gdy dostrzegam coś dobrego, to jest niczym olśnienie. Wie pani, co mnie zdumiewa? Jak mało publiczność dzisiaj wymaga. O, jak nisko można szybować, by zachwycić widzów. Zdumiewa mnie radość na widowni podczas wystąpień średnich zaledwie kabaretów. Po czym nagle ta sama publiczność rozumie i docenia Kabaret Starszych Panów. Człowiek nie przestanie mnie zaskakiwać.

A pani samą siebie zaskakuje?
Mam nadzieję, że jeszcze nie raz siebie zaskoczę. A tym samym i widzów. To nie będzie takie trudne, bo ja nienawidzę rutyny. Zawsze uciekałam od tego, co rutyniarskie, wygodne, znajome, łatwe. Sporo ten zawód kosztuje, dlatego my się wszyscy nadajemy do Tworek! Ale tak musi być, inaczej nic nie miałoby sensu. To profesja dla odważnych. Zawsze lubiłam wyzwania i nie bałam się ich. Byłam szczera w swoich działaniach i wyborach, bo rachowanie i kombinowanie nie leżało w mojej naturze. I wiem, że moja prostolinijność była ceniona i nagradzana. Wielokrotnie słyszałam: pani Ewo, dziękujemy za to, jaka pani jest.

Czyli jaka?
Powiem być może za ostro: nie szmacę się zawodowo. Dla mnie zawsze było ważne, by po każdej roli móc sobie spojrzeć w oczy. Zawsze mówiłam: w łazience w lustro spojrzeć sobie. Wtedy się wie, czy się dało pewnej części ciała. Człowiek sam czuje najlepiej, czy poszedł w szkodę czy nie.

Warszawa, wiosna 2017

Anna Serdiukow
"Magazyn Filmowy. Pismo SFP" 68, 2017
  23.03.2018
Jerzy Stawicki – warsztat i talent
Marcin Szczygielski. Pisanie dla dzieci daje więcej radości
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll